Gorące mecze, dobre decyzje, mało błędów. Tak to powinno wyglądać co tydzień
Weszło

Gorące mecze, dobre decyzje, mało błędów. Tak to powinno wyglądać co tydzień

Sędziowie podejmujący dobre decyzje, świetnie wspomagający VAR, mecze o najwyższej temperaturze prowadzone bezbłędnie i niewiele pomyłek – taka właśnie była ósma kolejka ekstraklasy. A nam pozostaje się cieszyć, że w obliczu wielu beznadziejnych występów piłkarzy przynajmniej panowie z gwizdkiem złapali w ostatnim czasie przyzwoitą formę.

Klasycznie jednak kontrowersji nie brakowało. Zacznijmy od szlagierów (tych faktycznych oraz tych papierowych). W meczu Wisły Kraków z Lechią (szlagier faktyczny) Paweł Gil oraz asystujący mu VAR poradzili sobie więcej niż dobrze. Co ciekawe, najtrudniejsze decyzje musiały zostać podjęte przy obu trafieniach gości. Przy golu numer jeden należy rozważyć, czy po uderzeniu z rzutu wolnego przez Lipskiego Flavio:

a) znajdował się na pozycji spalonej
b) czy absorbował uwagę bramkarza Wisły

Jako że nie ma dobrej powtórki z tego zdarzenia, gdzie widać całą sylwetkę ostatniego obrońcy krakowian oraz że decydowały tam centymetry, ciężko jednoznacznie mówić o spalonym. No i twierdząca odpowiedź na punkt b) również nie jest oczywistością. Innymi słowy, za uznanie tego gola nie zamierzamy czepiać się zespołu sędziowskiego. Podobnie zresztą, jak za rzut karny podyktowany na Sobiechu, który w gruncie rzeczy był faulowany przez dwóch wiślaków. A zatem w niewydrukowanej tabeli ten mecz pozostawiamy bez zmian.

Z kolei w starciu Legii z Lechem (szlagier papierowy) najwięcej kontrowersji wzbudziła sytuacja z podyktowanym rzutem karnym dla gospodarzy i interwencją VAR-u, która anulowała tę decyzję. Zacznijmy od tego, że kontakt między Rogne a Nagy’em faktycznie był, a decyzja Daniela Stefańskiego nie kwalifikowała się pod jasny i oczywisty błąd. Innymi słowy, wóz powinien w tej sytuacja milczeć. Skoro jednak zainterweniował i Stefański podszedł do monitora oglądać zdarzenie jeszcze raz, to jak najbardziej mógł (i powinien) zmienić swoją decyzję, co zresztą zrobił. Co prawda było tam lekkie ciągnięcie za koszulkę, ale raczej nie spowodowało upadku Nagy’a, który wyłożył się, kiedy tylko poczuł kontakt z przeciwnikiem. W naszych oczach całość nie kwalifikowała się do podyktowania jedenastki i szkoda tylko, że w pierwszym odruchu arbiter wskazał na wapno. Paradoksalnie mieliśmy więc dwa błędy sędziowskie – Stefańskiego (pierwsza decyzja) oraz VAR-u (bo skoro był tam minimalny pretekst, to według protokołu jednak nie powinien interweniować).

Kontrowersji nie brakowało także w meczu Piasta z Arką, a konkretnie w starciach Maka z Bohdanowem. Najpierw ten drugi pociągnął swojego rywala we własnym polu karnym, ale – podobnie jak w sytuacji Nagy’a – trochę zabrakło tu do rzutu karnego  (zwłaszcza, że piłka była poza zasięgiem Maka). Po drugim kontrowersyjnym starciu zawodnik Arki wyleciał z boiska z drugą żółtą kartką i tu można mieć większe zastrzeżenia, ale – jakkolwiek spojrzeć – Bohdanow potraktował łokciem twarz Maka, czym dał pretekst do wyrzucenia go z boiska. I tak, jak na miejscu Bartosza Frankowskiego nie sięgnęlibyśmy po drugie żółtko, tak nie możemy jednoznacznie napisać, ze arbiter popełnił błąd. Nie, jedyny błąd w tej akcji to nierozważne machanie łokciem przez Bohdanowa, za które on i cała Arka zapłacili bardzo wysoką cenę.

Kolejna kontrowersyjna sytuacja to ta z meczu Zagłębia ze Śląskiem – przy stanie 0:0 Łukasz Broź wchodził w pole karne gości i został przewrócony przez Bohara. Jeżeli jednak było tam nieprzepisowe zagranie, to tylko i wyłącznie przed polem karnym gospodarzy. A tego typu zdarzenia nie mogą mieć przełożenia na naszą niewydrukowaną tabelę.

I gdy już wydawało się, że sędziowie wyjdą z tej kolejki zupełnie zwycięsko, do akcji wkroczył Mariusz Złotek w meczu Zagłębia Sosnowiec z Górnikiem. I w naszej ocenie popełnił dwa poważne błędy. Po pierwsze, nie podyktował rzutu karnego za zagranie piłki ręką przez Jimeneza (a była to piłka oczekiwana z dalszej odległości, co w myśl wytycznych powinno skutkować wskazaniem na wapno). A po drugie, nie wyrzucił z boiska Wrzesińskiego za bandycki atak na złamanie nogi rywala. I tu nie przekona nas żadna argumentacja, że przeciwnik szybko zabrał nogę, bo skutek mógł być TRAGICZNY.

Złotka ratuje tylko to, że obie drużyny skrzywdził po razie, przez co i ten mecz nie zostawi śladu w niewydrukowanej tabeli. Ale wczoraj był po prostu bardzo słaby. A jako, że więcej spornych sytuacji nie odnotowaliśmy, przechodzimy już do samej tabeli, która została uzupełniona o aktualne wyniki, ale w kolumnach „sędziowskich” pozostała niezmieniona: