Dobre pierwsze wrażenie i tyle. Gdzie podziała się forma Tiby i Amarala?
Weszło

Dobre pierwsze wrażenie i tyle. Gdzie podziała się forma Tiby i Amarala?

Aklimatyzacja? A komu to potrzebne? A dlaczego? Mniej więcej takie pytania zadawaliby na początku swojego pobytu w Poznaniu Pedro Tiba i Joao Amaral, gdyby tylko znali język polski. Pokazali oni, że w ich słowniku o aklimatyzacji nie ma mowy. Niestety, z biegiem czasu coraz mocniej wyhamowywali, a dobre wrażenie, które zostawili po sobie na początku, na razie jest tylko miłym wspomnieniem.

Zarówno jeden, jak i drugi w sezon weszli z buta. Trzeba było sięgnąć głęboko do kieszeni, by sprowadzić ich do Poznania, ale szybko odetchnięto z ulgą, gdy okazało się, że są oni w stanie z miejsca zapewnić jakość. Amaral strzelił gola w debiucie, pokonując bramkarza Szachtiora Soligorsk. W rewanżu zaliczył dwie asysty, walnie przyczyniając się do awansu Kolejorza. Imponował przede wszystkim sprintami z głębi pola, wydawało się, że tym sposobem przyprawi niejedną ekstraklasową defensywę o mdłości.

Kto do niego asystował, gdy wyrównywał stan rywalizacji na Białorusi? Rzecz jasna Tiba, bo przecież nie Gajos czy Radut, którzy zawodzą od dłuższego czasu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest on typem gracza, który z miejsca zagwarantuje fajerwerki. Jego atuty są inne. Portugalczyk do perfekcji opanował piłkarskie fundamenty – tak przynajmniej wydawało nam się na początku – co czyniło go zawodnikiem o naprawdę dużej wartości. Pamiętamy mu jeszcze chociażby mecz z Wisłą Płock, kiedy w końcówce – po bardzo ładnym uderzeniu – zapewnił swojemu zespołowi zwycięstwo.

Niestety, im dalej w las, tym forma portugalskiego zaciągu coraz bardziej się ulatniała. Rzut oka na nasze oceny mówi wszystko. Amaral: 3, 6, 5, 3, 5, 3. Tiba: 7, 4, 5, 7, 5, 4, 5, 4. Niby tragedii nie ma, przede wszystkim w kontekście tego drugiego, ale gołym okiem widać, że od dłuższego czasu nie są oni w stanie przebić bariery noty wyjściowej. Nie są w stanie dać Kolejorzowi czegoś ekstra.

Tak samo było wczoraj, z Legią. Zamiast pociągnąć Lecha do walki, imponowali minimalizmem. Oczywiście nie tylko oni, cały zespół – delikatnie mówiąc – nie wylewał siódmych potów. Ale od Portugalczyków – gości, sprowadzonych za tak duże pieniądze i gości, od których tak dużo się wymaga – żądaliśmy czegoś innego niż tylko bezbarwnego wegetowania z dala od pola karnego Legii.

Tiba niby miał całkiem wysoką dokładność podań (82%), ale z drugiej strony wygrał tylko 38% pojedynków, w tym zaledwie trzy z dziesięciu na ziemi. Miał tylko jeden udany zwód (cztery próby), zaliczył również sześć strat, tylko czterokrotnie odbierając piłkę. Amaral nie był lepszy – ciut więcej wygranych pojedynków, trochę mniej strat, ale generalnie spora bryndza.

Gdybyśmy mieli wskazać, kiedy to wszystko tak koncertowo się spartoliło, najprawdopodobniej zwrócilibyśmy uwagę na mecz z krakowską Wisłą. I to nie tylko w kontekście Tiby i Amarala, lecz całego Lecha. Amaral odegrał jednak główną rolę, bo przy stanie 2:0 dla Kolejorza nie wykorzystał świetnej sytuacji. Lech prowadziłby 3:0, a tak poległ 2:5. Przegrał, od tego momentu zaliczając ostry zjazd. Miał szansę na pięć ligowych zwycięstw z rzędu, tymczasem obecnie nie wygrał od czterech spotkań.

„Kolejorz” wpadł w kryzys, podobnie jak portugalski zaciąg. Jeżeli Ivan Djurdjević cierpi w ostatnich dniach na nieprzespane noce, to z powodu wielu problemów Lecha, nie tylko tych portugalskich. Nie ma co jednak ukrywać – spadek formy Tiby i Amarala jest jedną z najbardziej wyraźnych dolegliwości, które nękają jego zespół.

 Fot. FotoPyk