„Muszę cały czas coś udowadniać samemu sobie. To moje uzależnienie”
Weszło Extra

„Muszę cały czas coś udowadniać samemu sobie. To moje uzależnienie”

– Kręci mnie przede wszystkim wysiłek. Poznawanie, do czego jest zdolny człowiek w sytuacji ekstremalnej. W natłoku tych wszystkich podróżników z Facebooka, zwiedzanie świata stało się bardzo pospolite i wyblakłe – przyznaje Marcin Gienieczko. Człowiek, który swoją działalnością już dawno wymknął się podróżniczym ramom. Ma w swoim dorobku niezliczone kilometry przepłynięte kajakiem, tysiące godzin pieszych i rowerowych wypraw. Najchętniej – na czas, po rekord, po zwycięstwo. Jak sam przyznaje – potrzeba rywalizacji zniewoliła go jak narkotyk.

W wielowątkowej i inspirującej rozmowie Marcin opowiedział między innymi o swoim uzależnieniu od pokonywania kolejnych barier wytrzymałości. O konflikcie ze środowiskiem związanym z festiwalem „Kolosy”, przez które został wyklęty. O kontrowersjach wokół Światowego Rekordu Guinnessa. O tym, że nie kupił synom zeszytów do szkoły, żeby uciułać środki na kolejną wyprawę, od której uzależnił całą swoją sportową przyszłość. O dwóch piekielnie trudnych wyścigach na rzece Jukon, które przyniosły mu oczyszczenie.

Krótko mówiąc – o wzlotach i upadkach pasjonata bardzo ekstremalnych wrażeń.

*

W jaki sposób mobilizujesz swój organizm do nadludzkiego wysiłku, startując w kolejnych ekstremalnych wyścigach?

Niektórzy ludzie muszą widzieć przed sobą cel. Mój ostatni partner, Ben Schmidt, musiał mieć w zasięgu wzroku łódkę przeciwników. Wtedy nabierał tempa, przyspieszał, raptownie zaczynał wiosłować szybciej. Ja nie muszę tego widzieć, wystarczy mi świadomość, że inna łódka jest gdzieś za zakrętem, albo kilka kilometrów przede mną. Wystarcza mi to wewnętrzne poczucie, że wkrótce ich dogonię.

Jesteś w ogóle jeszcze podróżnikiem, czy już wyłącznie sportowcem?

W pewnym momencie życia interesowały mnie aspekty podróżnicze. Zauważyłem jednak, że to wszystko zbladło. Trzeba mieć naprawdę olbrzymi projekt, żeby z nim zaistnieć wśród tłumu. To ma oczywiście swoje plusy – jest to w pewnym sensie otwieranie ludziom okna na świat, propagowanie otwartości. Jednak przedstawianie pewnych sytuacji, które są dla turystów, dajmy na to, japońskich, totalnie pospolite, w otoczce wielkich odkryć… To jest dla mnie bardzo irytujące. I rodzi wewnętrzne przepychanki. Nasze środowisko jest w wielu aspektach skłócone, co przedstawiał w rozmowie u was Denis Urubko. Młodzi podróżnicy, którzy wchodzą na ten rynek i przedstawiają swoje działania, zacierają trochę aspekty prawdziwych wyzwań. Psychicznych i fizycznych.

Od czegoś muszą zacząć.

Może to jest moja zła interpretacja, ale ja to w ten sposób widzę. Za dużo jest promowania pewnych rzeczy na siłę. Ja ostatnio wziąłem udział w dwóch wielkich wyścigach w ciągu trzech tygodni. Mogłem przecież wystartować tylko w jednym. Jednak od razu wiedziałem, że chcę zrobić dwa z rzędu. Nie chodzi o to, żeby zdobyć biegun południowy. Chodzi o to, żeby tam dotrzeć i o własnych siłach wrócić. Nie chodzi o to, żeby być podróżnikiem, sportowcem, dziennikarzem przez rok. Czy trzy lata. Chodzi o to, żeby utrzymać się w tym przez dekady.

Fakt, ty trzymasz się już w tym biznesie całkiem długie lata.

Ja zacząłem od roweru. Mam czterdzieści lat i robię różne wyprawy od 1997 roku. Mimo wszystkich najazdów i ataków. Zawsze miałem bardzo bogatych sponsorów i patronów, więc nagonka na mnie brała się również ze zwykłej zawiści. Do czego zmierzam – nie w tym rzecz, żeby chwilowo zabłysnąć jako gwiazda jakiegoś show. Trzeba się utrzymać na tym samym poziomie zaangażowania i pasji. Jeżeli ci wszyscy podróżnicy z Facebooka będą w tym dalej za dziesięć, za piętnaście lat, to znakomicie. Ja w 2003 roku pierwszy raz przepłynąłem rzekę Jukon. To był jednocześnie bardzo ważny rok dla polskiego himalaizmu, wyprawa Krzysztofa Wielickiego na K2. Facet cały czas jest wierny temu, co robi. Teraz znowu podjął się tego wyzwania. Na tym polega prawdziwość podróżnika czy odkrywcy, że nigdy nie traci wiary. Prawda prawdziwej pasji kryje się w tym, że nigdy nie rezygnujesz ze swoich ideałów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W 2003 roku przepłynąłeś Jukon, ale do twoich początków jeszcze wrócimy. Tym bardziej, że wróciłeś na tę rzekę latem tego roku.

Wziąłem udział w dwóch wyścigach. Najpierw Yukon River Quest, później Yukon 1000, czyli nieoficjalnie mistrzostwa świata w pływaniu długodystansowo łódką canoe. River Quest sprowadza się do przepłynięcia 720 kilometrów w kategorii „solo”. Zająłem szóste miejsce, ale najważniejsze było dla mnie, żeby w ogóle ukończyć ten wyścig. Z kilku powodów. Po pierwsze – już kiedyś w nim wystartowałem, ale z powodu ataku kamicy nerkowej nie mogłem go zrealizować do końca. Będąc na trzecim miejscu, zostałem zmuszony do rezygnacji. Ból był tak dotkliwy, że nie byłem w stanie unieść trzystu gramów wiosła. Leżałem w szpitalu w Dawson City, zupełnie załamany.

Drugi powód?

Zastanawiałem się wtedy co robić dalej. Po dwóch miesiącach pojawił się głód kolejnych wypraw. Wyjechałem do pracy, by w ten sposób dorobić sobie na następny projekt. Wówczas postanowiłem przepłynąć Amazonkę, lecz to mi nie wystarczyło jako satysfakcja. Dlatego zdecydowałem w tym roku powrócić do punktu wyjścia i zrealizować dwa wyścigi, jeden po drugim. Aktualnie piszę książkę o Amazonce i jej prolog zaczyna się właśnie w 2013 roku, podczas Yukon River Quest, gdy przegrałem w starciu z chorobą. Później opisuję całą historię mojej przeprawy przez Amazonkę, natomiast tegorocznym YRQ chciałbym tę całą opowieść spuentować. Musiałem znowu wystartować w tym wyścigu, inaczej nie dałoby mi to spokoju.

Oczywiście dużą rolę grał też fakt, że wyścig River Quest odbywa się w kategorii „solo”. Dlatego chciałem za wszelką cenę go ukończyć w jak najlepszej formie. Miał mnie przygotować do startu w Yukon 1000, bo to właśnie ten drugi występ był dla mnie kluczowy.

Yukon River Quest udało ci się ukończyć w dobrej kondycji, choć płynąłeś dwuosobową łodzią. Skąd taki pomysł?

Jako jedyny wystartowałem tandemową łódką, jeżeli chodzi o płynących w kategorii „solo”. Dlaczego? Wszystko było podporządkowane pod kolejny wyścig, w którym startowałem jako kapitan dwuosobowej załogi. Zadecydowałem, że w obu wyścigach muszę skorzystać z podobnego canoe, żeby być jak najlepiej przystosowanym do warunków. Zatem podczas Yukon River Quest miałem z przodu siedemdziesiąt litrów wody balastu. Tylko wówczas tandemowa łódka może płynąć właściwie, jak gdyby siedział w niej mój partner. Musiałem włożyć dwukrotnie więcej wysiłku więcej niż normalny uczestnik, żeby  w ogóle zdążyć do kolejnych punktów pomiaru czasu.

Brzmi to trochę jak niepotrzebny wysiłek. Nie dało się jednak popłynąć normalną łódką, przeznaczoną dla jednej osoby?

Moim zadaniem było jak najlepiej przygotować się do Yukon 1000. Przed wyruszeniem do Ameryki, trenowałem u mojego mentora z Belgii, Francisa Soenena, jednego z najlepszych specjalistów od canoe w Europie. Wtedy faktycznie pływałem solową łódką. Jednak kiedy już dotarłem na rzekę Jukon, po prostu przestałem ją czuć. Nie czułem tej łódki, od razu się w niej przewróciłem. Organizatorzy wyścigu znali mnie już z różnych innych akcji robionych na tej rzece, więc zaproponowali, żebym spróbował swoich sił na podwójnej łódce. Od razu zapowiedzieli, że na pewno nie powalczę w ten sposób o podium. Ale skoro moje marzenia meandrowały przede wszystkim wokół kolejnego wyścigu, to warto było spróbować. Chociaż dali mi tylko 60% szans na to, że w ogóle dotrę do mety.

Więcej zawodników zdecydowało się na tak zdumiewający manewr?

Nikt do tej pory nie płynął w kategorii solo łodzią tandemową, z siedemdziesięcioma litrami wody na pokładzie. Ale innej opcji niż dodanie obciążenia nie było. Gdybym tego nie zrobił, łódka byłaby wypięta do góry, zmagałbym się z większym oporem. A przecież musiałem koniecznie mieścić się w check-pointach. Ostatecznie przepłynąłem 720 kilometrów w czasie 67 godzin 55 minut i 27 sekund. To mnie podniosło na duchu. Poczułem się silny. Na tyle silny, że mogłem zawalczyć o zwycięstwo w wyścigu Yukon 1000.

Jak to jest płynąć w takim tempie, organizm nie odmawia posłuszeństwa?

Jest się na skraju wytrzymałości. Warto dodać, że podczas obu wyścigów na Jukon trzeba przemierzyć 50 kilometrów wzburzonego jeziora. Nie ma nurtu, wiatr jest przeciwny. To w takich warunkach bardzo daleki dystans. Człowiek wręcz przesiąka potężnym wysiłkiem fizycznym. To jest w końcu wyścig. Nie ma takiej sytuacji, że wiosłujesz z całych sił, aż w pewnym momencie odpadasz, wyciągasz wiosło i odpoczywasz. Nie ma takiej możliwości, stracisz w ten sposób czas, a liczy się każda sekunda. Ja nie chcę być nigdy cieniem za plecami przeciwników, nie po to startuję. Samego siebie cisnę wtedy psychicznie do bardziej wytężonej pracy. To powoduje duże wyczerpanie psychiczne i fizyczne. Po drodze pękło mi nawet kevlarowe wiosło. Bezustanny stres.

Tymczasem czas nagli.

Płynąc w kategorii „solo” musiałem utrzymać tempo sześciu kilometrów na godzinę. Non stop. Miałem camelbaki [specjalistyczne bukłaki na wodę – przyp. red.], przyklejone pod nosem banany, żele energetyczne, batony. Jeżeli chciałem coś zjeść, musiałem to uwalniać jedną ręką, ale nie wyciągać wiosła. Cały czas utrzymywać tempo. Kiedy już opuściłem jezioro i wpłynąłem na rzekę, poczułem moc. Mogłem się ścigać z innymi łódkami, nawet sam płynąc tandemowym canoe. Bardzo dobrze znam rzekę Jukon, jestem tam przewodnikiem. Kilku przeciwników udało mi się wyprzedzić, co jest dla mnie sporym osiągnięciem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co jest najgroźniejsze podczas takiej harówki, błąd techniczny i wywrotka?

Wywrotka to na pewno najgorsze, co się może wydarzyć. Na Jukon występują bystrza. Tak zwane Five Finger Rapids. Łatwo się tam przewrócić, bo regatowa łódka może się przechylić i wytracić prędkość. Gdy canoe po takim wypadku odpłynie i nie uda się od razu do niego wrócić, to kaput. Strata kilku godzin.

Nie ma takiej opcji, że nagle osłabniesz podczas wyścigu?

Znam swój organizm na wylot. Mam stuprocentową pewność co do sygnałów, jakie mi wysyła. Jeżeli tylko poczuję coś delikatnie w kręgosłupie, lekko zapukam w nerkę – wiem wszystko. Zazwyczaj między godziną piątą a siódmą jestem bardzo ospały. Jadam po dziesięć cukierków kawowych. Kolejny moment kryzysu przychodzi po południu, około godziny czternastej. Wtedy jestem zakręcony, mam kolorowe plamy przed oczami. I nie mówię tutaj tylko o pływaniu. Kiedy robiłem pieszą wędrówkę przez Góry Mackenzie, reagowałem na wyczerpanie w ten sam sposób. Wiedziałem w którym momencie mój organizm nie da już rady podjąć dalszego wysiłku.

Jak to wygląda z odpoczynkiem w trakcie wyścigu, jest w ogóle czas żeby się porządnie posilić i cokolwiek odespać?

Podczas wyścigu w canoe jem zawsze podwójne porcje. Z rana wsuwam bardzo pożywne śniadanie. Płatki owsiane z migdałami, olejem sojowym. Wszystkimi składnikami, które pozwalają mi trzymać energię co najmniej do tej czternastej. Później podwójne porcje spaghetti. Trzeba tego przyjąć bardzo dużo. Nie jestem w stanie jechać na batonie, muszę mieć energię z mięsa. Bez różnicy, czy chodzi o pływanie, przejście gór czy przemarsz na nartach. Tłuszcz, tłuszcz i jeszcze raz tłuszcz. A kiedy mój organizm jest już doprowadzony do takiego etapu, że wymiotuję z wysiłku – wtedy przyjmuję miętę, żeby ten metabolizm trochę uspokoić. Mam tylko sześć godzin przerwy w nocy, więc płynąc wykonuję wszystkie czynności fizjologiczne, łącznie z sikaniem. Tylko te grubsze sprawy z brzegu, traci się na to raz dziennie jakieś dwie minuty. Reszta – w łódce.

W którym momencie człowiek postanawia, że życie spędzi narażając się na tak skrajny wysiłek? Pytając bardziej sztampowo – jak to się wszystko zaczęło?

Wszystko zaczęło się od sportu. Jak już wspominałem, w ogóle nie interesuje mnie dzisiaj podróżowanie. Żeby gdzieś pojechać, pozwiedzać. Jestem facetem zadaniowym. Interesuje mnie wszystko, co związane z rywalizacją. Nie tylko to, że przejdę z punktu A do punktu B. Chcę się z kimś ścigać. Chylę czoła przed Aleksandrem Dobą, ale mnie by nie interesowało, żeby przepłynąć Atlantyk, tylko żeby zrobić to szybciej od kogoś innego.

Wracając do początków…

Od siódmego roku życia trenowałem tenis stołowy. To była moja największa pasja. Sześć godzin treningów dziennie, między innymi w Centralnym Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Cetniewie. Inspiracja historiami Andrzeja Grubby i Lucjana Błaszczyka. W wieku osiemnastu lat nabawiłem się poważnej kontuzji kolana i to wszystko raptownie z mojego życia zniknęło. Zostałem bez pasji. Bez niczego.

Trzeba była znaleźć sposób, żeby spełniać się w innej dyscyplinie?

Zastanawiałem się, co dalej ze sobą zrobić. Miałem dziewiętnaście lat z kawałkiem, kiedy postanowiłem wsiąść na siodełko. Dwa miesiące pojeździłem rowerem i wpadłem na pomysł, że wyruszę nim dookoła Polski. Na czas. Niestety, to był akurat słynny rok 1997. Wszystko miałem już dopięte na ostatni guzik, wyruszyłem, pięknie jechałem. Jednak pod Wrocławiem dopadła mnie pamiętna powódź. Cholerna powódź, która zalała całą południową Polskę. Poległem.

Jako początkujący rowerzysta mogłeś w sumie skrócić trasę.

Ja muszę wszystko wykonać zgodnie ze wcześniejszym założeniem. Albo coś robię na maksa, albo wcale. Skoro miało być dookoła Polski, to albo przy granicach, albo w ogóle nie ma to sensu. Więc wsiadłem do pociągu i wróciłem do domu, zupełnie podłamany. Dostałem jednak sygnał od rodziców, żeby się nie poddawać. Jeszcze nie wiedziałem, że tak potoczy się całe moje życie – pasmo sukcesów i porażek, na zmianę.

Odpuściłeś sobie wtedy rowerowe przygody?

Zająłem się innymi projektami. Skończyłem dziennikarstwo, prowadziłem swój program w Polskim Radiu Olsztyn. Do dwudziestego szóstego roku życia zajmowałem się podróżowaniem. Jednak w końcu wróciłem do korzeni sportowych. Kiedy ma się czterdzieści lat na karku, było się na niemal wszystkich kontynentach, poznało wszystkie klimaty… Podróżowanie to już dla mnie nic wielkiego. Chodzi mi tylko o to, żeby wyznaczyć sobie sportowy cel, zrealizować go i jak najszybciej wrócić do domu.

Dzisiaj nawet mnie już trochę irytuje, gdy ktoś tytułuje mnie podróżnikiem. Mnie nie interesuje to, żeby poznawać inne kultury. Żeby się gdzieś zatrzymywać i rozmawiać z tubylcami. Kiedy w 2003 roku pierwszy raz płynąłem rzeką Jukon, to jeszcze mnie takie rzeczy obchodziły. Dzisiaj chcę wszystko robić dynamicznie. Jak najszybciej. Kręci mnie wysiłek. Trochę przypomina to rajd Dakar. Jest rywalizacja, ale jest również natura. Człowiek ściga się w warunkach ekstremalnych. Nie sądzę, żeby uczestnicy rajdu zachwycali się kiedykolwiek spacerującymi wielbłądami. Zależy im na zwycięstwie.

Jak to się w ogóle stało, że trafiłeś po raz pierwszy na rzekę Jukon? Klimaty związane z canoe nie są w Polsce powszechnie znane, a już tym bardziej popularne.

W 2001 roku przepłynąłem Wisłę pontonem. Byłem młody, a wtedy człowiek ma znacznie mniej rozsądku i bardzo szybko wpada na różne pomysły. Postanowiłem przemierzyć również rzekę Kongo w Afryce. Ale niestety, w regionie wybuchła wojna. Tutsi, Hutu i tak dalej. Nie poleciałem, choć miałem już wszystko załatwione. Przelot sponsorowała firma KGHM, bo oni mają tam w okolicy swoje kopalnie. Jednak z powodu konfliktu lądowanie w Ugandzie było niemożliwe. Zresztą, może to i dobrze się stało, bo pewnie bym skończył w jakimś dole w dżungli.

I kolejny raz zastanowienie – co dalej robić? Wyrosłem na tych wszystkich opowieściach Jacka Londona, miałem sprzęt… Mój palec błądził po globusie, aż w końcu wylądował na Jukon. Patrząc z tej perspektywy, mocno się zastanawiam, jak mogłem się na coś takiego porwać. Płynąłem pontonem, tyłem do nurtu. Bez odzieży specjalnej, bez map topograficznych, bez GPS-u. Miałem do dyspozycji tylko telefon satelitarny. Na pewno brakowało mi wówczas rozsądku, działał tylko instynkt i chęć osiągnięcia celu. W sumie ponad 3000 kilometrów przepłynąłem w siedemdziesiąt sześć dni. Jezu, tyle czasu płynąć…

Faktycznie, chyba już lepiej się ścigać.

Zamieszkałem wtedy na Alasce i tam poznałem ludzi, pływających w canoe po górskich rzekach. Zaczęli mnie szkolić. Wywróciłem się kilkanaście razy. Powiedziałem: „to nie dla mnie”. Ostatecznie jednak się przekonałem, udało mi się przemierzyć jedną małą rzekę, później następną. Dzisiaj brakuje mi w dorobku tylko jednej rzeki z tamtego rejonu – White River. Byłem na Jukon przewodnikiem w dużej firmie eksploracyjnej. Znam tę rzekę i czuję ją. Nie zabrzmi to może najlepiej, ktoś pewnie powie, że jestem arogantem. Ale ja w pływaniu canoe jestem naprawdę zajebiście dobry.

Przepłynąłem taką łodzią nawet przez Bałtyk, od Bornholmu do Darłowa. 110 kilometrów przez otwarte morze w 27 godzin i 30 minut. Świadkiem tego wyczynu był Arkadiusz Pawełek, którzy sam pontonem przepłynął przez Atlantyk. Więc wiem, że w canoe potrafię naprawdę wiele osiągnąć. Dlatego w tym roku wróciłem tam, gdzie się to wszystko zaczęło.

Czyli na Jukon. Wyścig Yukon River Quest już omówiliśmy, pora zatem na danie główne. Yukon 1000, gdzie popłynąłeś z partnerem.

Mój partner, Ben Schmidt z Alaski, nabrał do mnie większego przekonania, widząc, że ukończyłem River Quest. Płynąc samotnie w tandemowej łodzi. On sam był na podium Yukon 1000 podczas pierwszej edycji tego wyścigu. Uwierzył we mnie i zaufał, że mogę nas poprowadzić do zwycięstwa.

Popłynęliście pod szyldem „Independent Poland”. Bardziej pasuje do polsko-polskiej załogi.

Po raz pierwszy w historii wyścigu wystartowała mieszana drużyna. Alaska i Polska. Na początku miał ze mną płynąć kolega z Polski, ale – niestety – nie czuł tej chemii, nie widział tego projektu. Zrezygnował w ostatniej chwili. Ja ufam ludziom. Ale kiedy tydzień przed wyścigiem facet rezygnuje, bo przeszkadza mu moje chrapanie… To tak, jak gdyby Hołowczyc jechał ze swoim pilotem i zrezygnował, bo ten mu puszcza bąki w samochodzie. Myślałem, że dostanę zawału. To zabija w człowieku wszystko. Może teraz to jest nawet trochę zabawne, ale naprawdę mnie dobiło. Bo zostajesz z długiem na 30 tysięcy złotych, wszystko masz ustawione, a partnera nie ma. Wiedziałem, że jeżeli teraz przegram, to stracę wszystko – finanse, wiarygodność. Nie mogę całe życie wkładać majątku w te wyprawy, przez to może się rozlecieć moja rodzina. To są wszystko poważne dylematy i wyrzeczenia. Niebawem wyjeżdżam do pracy na statek, żeby to wszystko spłacić.

Jak udało się się znaleźć kogoś na ostatni moment?

Poszukiwałem dość rozpaczliwie. Jednak organizatorzy Yukon River Quest dobrze mnie znają, rozpuścili wici, że szukam partnera. Zgłosił się właśnie Ben i od razu między nami zrodziła się chemia. Nawet w korespondencji. Mieliśmy ze sobą tylko jeden trening przed wyścigiem, przepłynęliśmy razem dwadzieścia kilometrów. I tyle.

To nie grało roli podczas wyścigu? Nie trzeba się lepiej znać i dopasować?

Grało, choć od razu zaznaczam, że to najlepszy partner jakiego miałem w życiu. Nic złego nie mogę na jego temat powiedzieć, co zdarza się w sumie dość rzadko, bo różne sytuacje się rodzą podczas rywalizacji. Łączy nas na pewno ta sama mentalność. On ma czwórkę dzieci, ja mam dwójkę. Chcieliśmy udowodnić, że potrafimy coś osiągnąć dla innych. Że nie trzeba być synem prezesa Orlenu, żeby dokonywać wielkich rzeczy. Jednak faktycznie, były problemy związane z innym stylem wiosłowania. Ja mam tak zwane długie wiosłowanie, silne. On – krótkie. Ciach, ciach, ciach.

W pierwszych godzinach, jeszcze na wspomnianym już jeziorze, to odegrało wielką rolę. Tam nie ma nurtu. Na rzece płynie się inaczej, bardziej technicznie. Szukając odpowiedniej drogi. To się wiązało z tym, że na początku straciliśmy kilka godzin do reszty stawki. Które później trzeba było nadrabiać na dystansie całego wyścigu. I to było jedynym minusem naszej relacji. Styl alaskański i mój, polski. Poza tym, dyplomatycznie to ujmując, Ben na starcie wyścigu był znacznie słabszy ode mnie. Sam to przyznał. Ja miałem za sobą 720 kilometrów poprzedniego wyścigu, po którym moje mięśnie wciąż były nagrzane.

Powrócę na chwilę do nazwy,Independent Poland”. Taka symbolika ma znaczenie?

Ogromne. Chciałem zrobić ten wyścig na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Jestem głębokim patriotą. Obca ziemia to macocha – nie wypieści, nie wykocha. Mieszkałem w północnej Alasce, Jukon znam na wylot, to właśnie tam powstała moja książka „Pokonać siebie”. Jednak najlepiej czuję się w Polsce. Dlatego ten podwójny projekt chciałem zrobić właśnie z okazji tak wspaniałej rocznicy dla kraju. Nazwać odpowiednio swój team, swoją łódkę. Dzięki temu prasa w Kanadzie mogła pisać o „Independent Poland”. Ben wiedział, że tak się nazywamy i tylko pod takim tytułem możemy wyruszyć.

Koniec końców nie udało wam się zatriumfować podczas Yukon 1000.

Zajęliśmy drugie miejsce… Niewielu sportowców stawiaj sprawę jasno, tak jak ja postawiłem. Klarownie oświadczyłem, że liczy się dla mnie wyłącznie wygrana, ewentualnie druga lokata. Ben już kiedyś trzecią pozycję w tym wyścigu zajął, więc musieliśmy być lepsi. Zapowiedziałem, że jeżeli tego pułapu nie osiągnę, kończę z eksploracją. Kończę ze wszystkim. Ostatecznie udało się zająć drugą pozycję w rywalizacji canoeistów [z czasem 7 dni 9 godzin 30 minut – przyp. red.], choć szansa na zwycięstwo było wielka. Zabrakło tego czasu, który umknął nam na jeziorze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Te dwa wyścigi na Jukon mocno się od siebie różnią?

River Quest i 1000 toczą się w pierwszej fazie dokładnie tą samą trasą. Później Yukon 1000 toczy się oczywiście dalej, bo jest dłuższy. Przewidywałem, że na pierwszym etapie Ben będzie słabszy, a moje zmęczenie pojawi się dopiero później, już na granicy z Alaską. Dlatego na początku mocno dawałem w górę, on w dół. Zabrakło nam zgrania. No i pech chciał, że kiedy zbliżyliśmy się już na dystans ośmiu kilometrów do hawajskiej ekipy, która prowadziła, na granicy Alaski i Kanady wybuchł pożar. Oni jeszcze przepłynęli przez rodzącą się ścianę ognia.

A wy musieliście się zatrzymać i przeczekać?

Zatrzymaliśmy się o godzinie 20:35, dalej już nie sposób było płynąć. Do godziny 22 straciliśmy kolejne, cenne minuty, wtedy mogliśmy wyruszyć dalej. Sęk w tym, że zaraz trzeba było szukać miejsca na nocny biwak. Między godziną 23 a 5 nad ranem wszystkie łódki muszą stać. Niezależnie od tego, czy będzie do skarpa czy wyspa. Wtedy wyłącza się swój czujnik i z tego samego miejsca rano należy wyruszyć. Takie są reguły. Nie można sobie pozwolić nawet na dziesięć minut obsuwy. To wiąże się z karami i dyskwalifikacją. Zatem lider znowu uzyskał nad nami przewagę. Choć tak naprawdę to największe straty powstały jeszcze na tym nieszczęsnym jeziorze. Wtedy mieliśmy przed sobą aż pięciu przeciwników, ostatecznie wyprzedziliśmy czterech. Rzeka nam sprzyjała, jednak pożar zaprzepaścił szanse na ewentualne zwycięstwo.

To dla ciebie duże rozczarowanie?

Można powiedzieć, ze i tak, i nie. A gdybym w ogóle nie znalazł partnera? Nawet start byłby niemożliwy. Podczas samego wyścigu oczywiście nie ma miejsca na tego rodzaju emocje, sytuacja losowa pokrzyżowała nasze plany. Jednak biorąc pod uwagę, że z Benem odbyliśmy jeden trening i nasze style wiosłowania tak bardzo się różniły – uważam, że to jest wręcz sukces. Mogło być znacznie gorzej. Przepływaliśmy przez bystrza, wzburzone jezioro, sztormowe akweny. To nie są Igrzyska Olimpijskie. No i tutaj nikt nam nie pomoże i nas nie wesprze w razie wypadku.

Złe emocje między partnerami również się nie pojawiają?

Do pewnego stopnia oczywiście wchodzą w grę. Nie mówię rzecz jasna o wielkich konfliktach, to za krótki czas. Gdyby to były regaty dookoła świata przez dziewięćdziesiąt dni, coś by się na pewno zrodziło. Ale te inne style… Gdybyśmy razem trenowali przez sześć miesięcy, to pierwsze miejsce by było spokojnie w naszym zasięgu. Choć ja, mimo wszystko, wolę generalnie działać samemu. Jeżeli byłaby możliwość przepłynięcia Yukon 1000 w kategorii „solo”, byłbym wniebowzięty. Wiele razy tę rzekę przepłynąłem w całości. Najdziksza jaką znam, a przemierzyłem również Amazonkę, Mackenzie czy Lenę. Jednak jeżeli jest się samemu, to człowiek najlepiej wie, jak wszystko zaplanować. Odpowiada tylko za swój organizm. Czasami po prostu lepiej jest osiągnąć coś w pojedynkę, to wewnętrznie jest poczucie większego sukcesu.

Zazwyczaj działasz na własną rękę?

Tak, większość wypraw zrobiłem samotnie. Czuję się komfortowo, przebywając tylko sam ze sobą. Aczkolwiek chciałem teraz wszystkim pokazać, że potrafię również współpracować z ludźmi. Choć zdarzało mi się już działać w zespole – dopłynąłem na Ziemię Franciszka Józefa z kapitanem Remigiuszem Trzaską. Najlepszą nagrodą jest to, kiedy po zakończonym wyścigu partner przyznaje, że dzięki mnie osiągnęliśmy drugie miejsce.

Były momenty, kiedy zaiskrzyło między tobą a Benem?

Pojawiały się. Jednak on powiedział „przepraszam”, ja też. I to chyba najważniejsze, żeby skończyć w zgodzie. Ostro się robiło, kiedy widziałem, że Ben słabnie. Kiedy jestem kapitanem, siedzę z tyłu, on cały czas patrzy tylko przed siebie. Natomiast ja steruję, mam kontrolę nas wszystkim. Oczywiście muszę też włożyć wtedy więcej pracy, sterując i wiosłując. W pewnym momencie dostrzegłem, że on zwalnia. Nie mogłem od razu na niego naskoczyć. Ostatecznie to ja finansowałem całość wyprawy, pokrywałem wszystkie koszty związane również z jego udziałem w tym przedsięwzięciu. Nie chciałem, żeby stracił motywację do działania.

Jak go pobudziłeś?

Musiałem działać dyplomatycznie. Najpierw delikatnie:

– Ben, czy mógłbyś trochę mocniej? Jesteśmy niedaleko przeciwników…

Rzeczywiście dostawaliśmy wtedy takie informacje od napotkanych po drodze kajakarzy, że najbliższy team jest już niedaleko. Tylko to nas interesowało – kto jest przed nami i kto jest za nami. Więc mówię dalej:

– Ben, kurczę, tyle już włożyliśmy w to wszystko sił. Dawaj, mocniej!

On wciąż utrzymywał, że mocniej już naprawdę nie da rady. Postanowiłem więc zrobić mu wykład motywacyjny. Opowiadałem, że piszemy historię, że ogląda nas kilka tysięcy ludzi na Facebooku. Że musimy stworzyć coś wielkiego, że jesteśmy już bardzo blisko. Żebyśmy zrobili to dla swoich dzieci. Że nie dorobiliśmy się majątków i nigdy nie dorobimy, bo mamy pasję. Tymczasem on dalej swoje. No to ja odłożyłem wiosło i powiedziałem, że nie będę w ogóle pracował. Wytrzymałem tylko pół minuty, później ciśnienie było już zbyt wielkie. Znowu zacząłem gadać.

– Ben, przestań się opierniczać. Nie bądź miękką fajną. Klepiesz tym wiosłem jak babę po tyłku. Jesteś myśliwym z Alaski, wpływasz na swoją ziemię. Zaraz poczujesz się mocniejszy! Napiszemy historię!

On w końcu się odwrócił, spojrzał na mnie i powiedział tylko: „Ok, man. Let’s go!”. Taka to była wymiana światopoglądów na środku wielkiej rzeki. Trochę go nakręciłem, aż w końcu wrzeszczał do mnie tylko, żebym już przestał gadać. Tego rodzaju bałagan emocjonalny podczas wyścigu jest olbrzymi. Gdyby to była wyprawa, to całkiem inna rozmowa. Usiądziesz sobie, odpoczniesz, spokojnie się wysikasz. Ale tutaj znacznie ma każdy postój. Nie ma czasu na strzelanie fochów, bo można zmarnować cały swój wysiłek.

Rozumiem jednak, że rozstaliście się w przyjaźni?

Kiedy Ben poczuł już swoją ziemię, zaczął wiosłować zdecydowanie lepiej. Jego organizm się zaaklimatyzował, mój słabł. Kiedy ja miałem godzinę kryzysu i potrzebowałem się zdrzemnąć, to on z przodu wiosłował i trzymał kurs, a ja z tyłu położyłem się na łódce i spałem. Na koniec, kiedy dostawaliśmy już medale, przyznaliśmy sobie, że jesteśmy braćmi. Łączą nas wspólne wartości i to zniwelowało złe emocje związane z kwestiami technicznymi. Trudniej by mi się chyba było porozumieć z partnerem, z którym miałem pierwotnie popłynąć. Ważne jest w tym wszystkim, żeby nie dopuścić do sytuacji, gdy usta otwierają się zbyt często i za głośno.

W canoeingu jesteś spełniony?

Mogę tak powiedzieć. To co sobie założyłem, to osiągnąłem. Nie chciałem całe życie kroczyć tą samą ścieżką. Jak himalaiści, którzy po prostu zdobywają kolejne ośmiotysięczniki. Dlatego teraz planuję coś całkiem innego. To naprawdę nie jest przypadek, że rozmawiamy tutaj, na portalu sportowym. Od dziecka kochałem sport, marzyłem o dużych imprezach, nawet o Igrzyskach Olimpijskich. Tak się szczęśliwie złożyło, że mój kolejny projekt, którym jest wyprawa na biegun południowy przez całą Antarktydę, odbędzie się pod patronatem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Który stanął w mojej obronie w momencie największej nagonki na mnie. Wypunktował wszystko, co było nieprawdą. A jest to instytucja walcząca z kłamstwem, jakim jest doping w spocie.

Ano właśnie, nagonka. Wszystko zaczęło się w Ameryce Południowej, trzy lata temu.

Zgadza się, realizowałem tam wielki triathlon. 700 kilometrów rowerem w Andach na wysokości przeszło 4700 kilometrów nad poziomem morza. Później 6000 kilometrów w canoe, za co przyznano mi Światowy Rekord Guinnessa i 80 kilometrów biegu jednego dnia. To wszystko zostało zrealizowane. Rekord został mi przyznany za przepłynięcie Amazonki na tym dystansie, który zgłosiłem, czyli 5573 kilometry.

Dla mnie, jako dla laika, te dystanse brzmią kosmicznie. Ale wokół całej wyprawy i rekordu narosły gigantyczne kontrowersje.

Powstały na ten temat różne dyskusje. Przyznano mi jednak rekord. I teraz mówię, specjalnie dla Weszło, jako Marcin Gienieczko, podpisując się pod tymi słowami z imienia i nazwiska: rekord nie został mi nigdy odebrany! Została zniesiona konkurencja, w której go otrzymałem. Tak jak to bywa na Igrzyskach Olimpijskich. Były zapasy, dzisiaj ich nie ma. Zostały zniesione. Jednak ci, którzy zostali mistrzami, nadal cieszą się tymi tytułami. Ja mam wciąż certyfikat, którego nikt nie kazał mi odesłać i nie zabronił się na niego powoływać. Choć to przecież znak firmowy organizacji World Record Guinness. Oficjalnie powołuję się w prasie anglojęzycznej na to osiągnięcie.

Jeszcze raz mówię – została zniesiona kategoria, rekord Guinnessa pozostał. Specjalna komisja powołana przez WRG po nagonce na mnie analizowała tę sytuację. Najpierw unieważnili mój rekord i opublikowali taki komunikat na swojej stronie. Później ten wpis został usunięty, ale nieprzychylni mi ludzie nadal się nim posługują, choć po kolejnej analizie jest on już bezwartościowy.

Ludzie ze środowiska podróżniczego przedstawiali sprawę zupełnie inaczej i ostro swój punkt widzenia argumentowali. Chciano ci z powodu tej afery odebrać patronat PKOl, wystosowano specjalny apel w tej sprawie. 

Obiecałem prezesowi PKOl, że się zrehabilituję w innych aspektach sportowych. Nie bezsensowną polemiką, tylko kolejnymi wyczynami. Mam tę świadomość, że już nigdy nie zdobędę olimpijskiego złota. Dlatego pomyślałem, że najbardziej imponującym sposobem, żeby odbudować wiarygodność będzie mój powrót na rzekę Jukon. Moją przyszłoroczną wyprawę na biegun południowy zrobię pod szyldem uczczenia stulecia PKOl, tak jak teraz było ze stuleciem odzyskania przez Polskę niepodległości. Najważniejsze jest dla mnie, żeby przedstawić hart ducha Polaków, również w tak nietypowej dyscyplinie. Nie musimy być przecież znani w świecie tylko ze skoków narciarskich. Również w canoingu, który, nie ukrywajmy, jest sportem niszowym w Polsce.

Właśnie dlatego porwałeś się na dwa wyścigi? Żeby udowodnić swoją wartość?

Od początku mojego życia wiedziałem, że albo coś trzeba robić na maksa, albo w ogóle się za to nie zabierać. Przeżyłem mnóstwo sytuacji kryzysowych. Miałem myśli samobójcze, co mówię po raz pierwszy komukolwiek w mediach. Jeżeli odwraca się od człowieka całe środowisko… Walczyłem o prawdę. Odkryłem nieprawidłowości na gdyńskim festiwalu „Kolosy”. Myślałem, że ta prawda sama się obroni. Odmówiłem im przyjęcia nagrody. Napisałem o tym otwarcie. Zostałem jednak skontratakowany. Działałem zawsze zgodnie z zasadami, tymczasem na swojej drodze spotkałem mur. Dlatego wziąłem udział w tych dwóch wyścigach. Żeby oczyścić umysł. Ja nie muszę niczego wyjaśniać komuś, kto kliknie w negatywny artykuł na mój temat i coś o mnie przeczyta. Jednak muszę cały czas coś udowadniać samemu sobie. To moje uzależnienie.

O jakich nieprawidłowościach mówisz? Poza tym – z tego co wyczytałem, to właśnie tobie odebrano nagrodę na „Kolosach”, a nie odwrotnie.

Zgłosiłem nieprawidłowości na festiwalu „Kolosy” do Urzędu Miasta w Gdyni. Wyszło wtedy tak, że ja zrobiłem wyprawę, a – według zasad festiwalu – do nagrody nominowani są ci, którzy zaczynają i kończą swoją wyprawę w danym roku. Tymczasem ludzie lobbowani przez jury zakończyli swoje podróże już w kolejnym roku, jednak również otrzymali nominacje do nagrody. To tak, jak gdyby Justyna Kowalczyk wygrała coś, dajmy na to, w roku 2012, ale Przegląd Sportowy by ją zgłosił do walki o tytuł Sportowca Roku w 2013. Ja zgłosiłem w tej sprawie petycję. Piotr Chmieliński, główny członek jury, zanegował wówczas wszystkie moje osiągnięcia. On też przepłynął Amazonkę, więc pewnie byłem dla niego w jakimś sensie konkurencją.

Punktowano cię wtedy bardzo mocno, między innymi w Gazecie Wyborczej. Według publikacji, które przeglądałem, wytknięto ci wiele przekłamań podczas wspomnianego triathlonu przez Amerykę Południową.

Obok ostatniej wyprawy na Jukon, Amazonka to był mój największy sukces sportowy. World Record Guinness. Jednak z tego sukcesu zrodził się jednocześnie smród i porażka. Dzisiaj uważam cały temat za wyczyszczony, PKOl wypunktował moich oponentów, stając w mojej obronie. Ale to była osobista klęska. Dużo za to zapłaciłem, tracąc co najmniej pięćdziesiąt procent wiarygodności. Ludzie w Internecie powąchają tylko temat, zerkną i od razu ocenią: „kurwa, kręci”. Ja wtedy zamieniam się z Syzyfa i staram się cały czas coś udowadniać.

To cię tak bardzo załamało, że aż doprowadziło do najczarniejszych myśli?

Prawda broni się sama, ale takie sytuacje podłamują człowieka. To nie była dla mnie porażka sportowa, ale porażka w wymiarze relacji międzyludzkich. W atakach na mnie przodował Dominik Szczepański z Gazety Wyborczej, wielki sojusznik Piotra Chmielińskiego z jury „Kolosów”. To była potężna rywalizacja na słowa. Że odebrano mi nagrodę, choć to ja odmówiłem jej przejęcia, nie przychodząc na wręczenie wyróżnień. Tak jak mówiłeś, próbowano mi odebrać patronat PKOl. Niczego później nie sprostowano, choć Polski Komitet Olimpijski dalej mnie wspiera i ostatnio opublikował wyniki mojego wyścigu na swojej stronie.

Wdałeś się jednak ochoczo w te przepychanki na słowa i argumenty.

To nie miało sensu. Zrozumiałem, że to bezcelowe. Największym dla mnie sprostowaniem jest sukces podczas ostatniego wyścigu. Największą satysfakcję mam teraz, kiedy zapraszam szkalujące mnie osoby do Muzeum Sportu i Turystyki, gdzie przekażę swoje wiosła. Wyznaję obronę poprzez czyn. Gdybym w to nie wierzył, na pewno bym już nie robił kolejnych wyścigów. Ale one uzasadniają moje racje. Oczywiście w nowej książce również poświęcę temu jakiś rozdział.

Skoro cię pomawiano, dlaczego sprawa nie skończyła się w sądzie?

W eksploracji nie ma tak, że pójdę po prostu do sądu. W sporcie to trochę inaczej wygląda, łatwiej coś udowodnić. Była słynna sprawa z Wandą Rutkiewicz. Koledzy ją posądzili, że nie zdobyła szczytu Annapurny. Potem zaangażowała się właśnie w sądy, sprawy, sranie w banie. Aż kobieta straciła wątek czystego napierania i się w tym wszystkim pogubiła. Tłumaczenie się nic nie daje. Wyłącznie działanie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że nie wszyscy kochają Gazetę Wyborczą. Tak naprawdę, to krytycy tylko pomagają mi dojść na biegun południowy.

Mówisz, że straciłeś wskutek tego konfliktu na wiarygodność w oczach innych. A we własnych?

Najważniejsze jest zaufanie do samego siebie. Jeżeli go nie zdobędę i nie wytnę czarnych myśli z głowy, że ktoś mi coś zarzuca, to podczas wyprawy będę szedł i popełniał kolejne błędy. A, choćby na biegunie, to nie jest tak, że zadzwonię i ktoś przyleci na ratunek. To są kolosalne pieniądze – sam lot na Antarktydę kosztuje 70 tysięcy dolarów. Koszt całej wyprawy to około pół miliona złotych. To nie jest tak, że po prostu popełniasz błąd i nie ma konsekwencji. Tutaj można stracić życie. Człowiek musi być czysty. Wielu trenerów mentalnych to powtarza. Głowa musi być czysta. Jeżeli jakiś zawodnik nie ma poukładanej sytuacji emocjonalnej w domu czy najbliższym otoczeniu, nie może się tak naprawdę skupić. Dlatego przed wyprawą na Jukon nie zachowałem się jak piłkarze. Mówiąc coś w stylu: „no, postaramy się wyjść z grupy”. Ja powiedziałem jasno – albo będzie pierwsze lub drugie miejsce, bo jestem zawodowcem, albo kończę.

I co, serio byś skończył? To nie był po prostu blef przed samym sobą?

Dobre pytanie. Oczywiście odchodziłbym od sportu związanego z wyczynem stopniowo. Mógłbym pływać dalej na barkach i zarabiać pieniądze, zająć się czymś innym. Napisałem swoje oświadczenie na stronach również dlatego, żeby przeczytali je moi oponenci. Postawiłem samego siebie pod gigantyczną presją. Żeby znaleźć dodatkową motywację. Ale gdybym poległ, tak – zrezygnowałbym. Nie przekonałbym już nigdy samego siebie, że warto znowu spróbować. Nie chciałem dezerterować, lecz najważniejsze jest samemu wierzyć w swój sukces. Żeby polecieć na Antarktydę, potrzebna jest mi zupełnie abstrakcyjna suma 70 tysięcy dolarów. Jednak ja naprawdę wierzę, że uda się tyle zebrać. Mam wewnętrzną wiarę i mogę przekonywać do tego innych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zastanawiam się, komu chcesz coś udowodnić bardziej – sobie czy krytykom?

Wymiar moich wyścigów to ciągłe udowadnianie własnej wartości. Przede wszystkim sobie. Społeczeństwu – przy okazji. Trzykrotny mistrz świata w Formule 1, Ayrton Senna, został po zdobyciu trzeciego tytułu zapytany, dlaczego nie zejdzie już ze sceny. Odpowiedział: „ściganie się jest jak narkotyk”. Ja też jestem w jakiś sposób uzależniony. Mam wokół siebie bardzo dobrych ludzi, bardzo dobrych przyjaciół. Ale to ciągłe udowadnianie we mnie siedzi. Cały czas spadam i cały czas chcę się podnosić. Wewnętrzny Syzyf.

Nagrody i wyróżnienia znaczą dla ciebie wiele?

Nagrody? W dzisiejszych czasach możesz być prezydentem, a później okazać się człowiekiem skończonym. Możesz być mistrzem olimpijskim, wejdziesz w złe relacje, raptownie zostaniesz rozjechany. Jak Kusznierewicz. Oczywiście mistrzowie pozostawiają po sobie to, co jest najważniejsze dla Polski. Ja takich rzeczy nie zdobędę. Dla mnie istotne jest to, że moja książka jest na półce w bibliotece. Że moja łódka jest w Muzeum Morskim. Że moje wiosło zostanie przekazane do Muzeum Sportu. Położone obok butów Korzeniowskiego i piłki siatkarskich czempionów. Zależy mi na tym, żeby to wszystko było wyeksponowane i docenione. To mnie nakręca.

Chodzi o to, żeby zostawić po sobie ślad?

Zdaję sobie sprawę, że kiedyś nic nie będę robił. Padnie mój organizm. Jednak chłopcy w wieku mojego syna pójdą do muzeum, zobaczą pamiątki po mojej działalności, ktoś im coś o nich opowie. Złapią pasję. Pieniądze pojawiają się zawsze przy okazji, jeżeli w ogóle się kiedykolwiek zjawiają. Pasja jest najważniejsza. Ze swojej działalności eksploracyjnej nie czerpię żadnych funduszy, wręcz przeciwnie – sporo do niej dokładam. Chodzi mi o wyczyny czysto sportowe. Nie ma się co czarować, sport polega na chęci ciągłego zwyciężania. Dlatego – wracając do kontrowersji wokół Amazonki – gdybym się z tego wewnętrznie nie oczyścił, byłbym w ciągłej depresji.

Porażka zawsze powoduje, że odrodzenie się w aspektach sportowych trwa wiele czasu. Kiedy przed laty nie ukończyłem Yukon River Quest z powodu ataku kamicy nerkowej, przez siedem długich miesięcy biłem się z myślami. Tyle trwa regeneracja. Dlatego jestem pod wrażeniem, kiedy reprezentacja Polski remisuje 1:1 z Włochami na ich ziemi tuż po mundialu. Bez względu na to, jak wygląda sytuacja z zespołem włoskim. Bardzo szybko się odbudowali.

Przemknęliśmy po aspekcie finansowym. Ile kosztowała taka wyprawa na Jukon i udział w dwóch wyścigach?

Cała wyprawa kosztowała około 50 tysięcy złotych. Czyli: opłacenie biletu, wynajęcie łódek regatowych. W moim przypadku aż trzech, bo z jednej zrezygnowałem. Koszt łódki to jakieś dwa tysiące dolarów. Do tego zakwaterowanie i przygotowanie kondycyjne. Zakupienie sprzętu, zakupienie żywności. Sama wysyłka tego wszystkiego do Kanady to było około sześciu tysięcy złotych. Bo wszystko trzeba mieć sprawdzone już w Polsce. Nie ma takiej możliwości, że ja sobie pójdę gdzieś do sklepu spożywczego na miejscu i kupię byle co. Może mój organizm takiego akurat spaghetti nie będzie tolerował, dostanę rozwolnienia? Wszystko należy przetestować.

To koniec wyliczanki?

Skąd. Przyszycie odpowiednich narzędzi do specjalnych kamizelek – kolejna sprawa. Dla mnie się jeszcze tak nieszczęśliwie złożyło, że zostałem narażony na dodatkowe koszty związane z rezygnacją partnera i koniecznością opłacenia Bena. Wspierała mnie jedna z firm bukmacherskich, podobnie jak organizacja Kajaki bez granic. Kilka instytucji, na czele oczywiście z Muzeum Sportu i Turystyki, parę osób fizycznych. Aczkolwiek w tym przypadku 80% kosztów sfinansowałem sam. Dostałem od rodziny zgodę na to, że fundusze, które zarobię na statku mogę przeznaczyć na ten wyścig. Jeżeli się nie uda, była umowa, że kończę. Udało się, więc będę dalej walczył. Jednak nigdy już nie zainwestuję tak dużych pieniędzy z własnej kieszeni.

Brzmi to wszystko jak, delikatnie rzecz ujmując, finansowe szaleństwo.

Mam teraz potężne długi związane z tą wyprawą. Ale było warto. Mogłem osiągnąć coś wspaniałego na stulecie odzyskania niepodległości. Dało się to oczywiście zrobić o połowę taniej, lecz moim celem nie było pozostawanie w cieniu. Chciałem walczyć o sukces. Musiałem mieć sprzęt na poziomie moich rywali, albo i ciutkę lepszy. Ultralekkie łodzie kevlarowe, bardzo szybkie.

Rodzina dopinguje tę zajawkę, czy raczej z trudem toleruje?

Ze strony rodziców, mamy i taty, to jest od zawsze potężny doping. Ze strony żony – jeszcze tolerancja. Z naciskiem na „jeszcze”! Gdybym nie dostał zielonego światła i ktoś by mi powiedział: „Marcin, sorry, ale to już za długo trwa”, to nigdzie bym nie pojechał. Tak jak mówiłem – głowa musi być czysta. Jeżeli ja będę miał cały czas w pamięci to, że zachowałem się jak egoista, kiedy żona mi zabroniła wyjechać… Wciąż bym wydzwaniał, zastanawiał się czy zagrałem fair. Żeby dojść gdziekolwiek, trzeba osiągnąć wewnętrzny spokój. Kiedy nie poczuję od najbliższych dopingu, odpuszczę. I mówię tu o realnym dopingu, nie chodzi mi o wymuszone całowanie przez szybę. Musi być i tolerancja, i odczuwalne wsparcie. Inaczej wszystko mi się rozpadnie.

Przywołałeś Denisa Urubkę, to ja przywołam Tomasza Mackiewicza. Po tragedii na Nanga Parbat rozpętała się spora dyskusja, czy dorosły facet ze zobowiązaniami finansowymi i rodzinnymi powinien kontynuować tak niebezpieczną i kosztowną pasję.

Powiem tak… Podstawą jest zielone światło od rodziny. Druga sprawa jest taka, że trzeba zachować w tym wszystkim umiar i rozsądek. W odpowiednim momencie się wycofać. I wie to każdy, kto kiedykolwiek zbliżył się do granic swojej wytrzymałości. Trzecia sprawa – nie ma co ukrywać, każda wielka rzecz sporo kosztuje. Tylko rzeczy łatwe i liche są proste. Tak się tworzy historię. Jakakolwiek pasja łączy się z wielkimi wyrzeczeniami. Ja w swoim przypadku nie spłacałem domowego kredytu, nie kupiłem dzieciakom zeszytów do szkoły. Wyprawa wiąże się z wyrzeczeniem i z tym nie można przeginać. Trzeba ten tort rozsądnie podzielić.

Nie masz poczucia, że przeginasz?

Historia Mackiewicza różni się od mojej. Ja nie jestem zwolennikiem wypraw w jego stylu, które krytykował nawet Piotr Pustelnik. Że to było wszystko robione po amatorsku, za co Tomasz zapłacił najwyższą cenę. Nie można robić eksploracji na zasadzie „jakoś to będzie”. Moja zasada jest inna: „zrób wszystko co możesz, najlepiej jak możesz, a resztą pozostaw Bogu”. Ja swoje wyprawy przygotowuję detalicznie, piszę tysiące maili. Żeby moją łódkę wyciągnąć z urzędu celnego w Ekwadorze, napisałem naprawdę 977 maili, wszystkie po hiszpańsku. Nie ma takiej możliwości, żebym zrobił coś bez przygotowania, podobnie jak bez pasji. O sukcesie decydują detale. Wszystko musi być perfekcyjnie ogarnięte. Oczywiście prawdziwej przygody w każdym szczególe nie zaplanujesz, lecz dzisiaj nawet pewne zmiany pogody można przewidzieć.

Oprócz planu „A” zawsze masz plan „B”, który zakłada przedwczesny powrót?

Trzeba mieć nawet plan „C” w zanadrzu. Jak szachista, planować wszystko trzy ruchy do przodu. Nie można się zachowywać tak, że masz osiemdziesiąt metrów do szczytu, więc postanawiasz: „Lecim! Lecim!”. Trzeba najpierw pomyśleć, jak później zejść. To samo powiedział przecież Andrzej Bargiel, którego pięknie u siebie opisywaliście. Żeby zjechać z K2, musiał najpierw przeprowadzić właściwą linię zjazdu i być dobrze wypoczęty na szczycie. W pierwszej edycji zrezygnował, kiedy wiedział, że tak nie będzie. Mimo takich doświadczeń! Facet, który robił naprawdę potężny projekty. To jest najważniejsze. Nic za wszelką cenę, nigdy na żywioł. To się źle kończy, choć przecież my wciąż przeżywamy przede wszystkim wspaniałe przygody.

Co starasz się przeanalizować przed wyprawą?

Każdy szczegół. Kiedy będę musiał przyspieszyć, kiedy zwolnić. Kiedy zdjąć kurtkę, a kiedy się wysikać. Kiedy zjeść i jaką porcję. Jeżeli to wszystko przemyślisz odpowiednio wcześnie, masz szansę osiągnąć sukces. Na tym polega profesjonalizm. Na analizie i detalach. Każdy prawdziwy eksplorator tak do tego podchodzi. Czego dowodem jest największy wyczyn sportowo-eksploracyjny Bargiela. To jest fenomen, który, mam nadzieję, będzie nominowany w plebiscycie na Sportowca Roku. Top topów. Poszedł swoją ścieżką.

canol2017_15

Dostrzegam, że wciąż są ludzie, którzy potrafią cię inspirować.

Na pewno taką postacią jest Mike Horn. Zdobył biegun północny nocą, biegun południowy, ma na koncie kilka ośmiotysięczników. Przepłynął całą Amazonkę, również i jego osiągnięcia na tej rzece podważał wspomniany Chmieliński. Inspiruje mnie ten człowiek. Każdy musi mieć kogoś takiego, jakiegoś motywatora. Dla mnie to właśnie on. Umie powiązać życie rodzinne ze sportami ekstremalnymi, ja siebie też teraz właśnie w takich kategoriach postrzegam. Horn inspirował również reprezentację Niemiec w piłce nożnej przed finałem mundialu z Argentyną. Duże instytucje i firmy też muszą u siebie mieć takich ludzi, znanych z zupełnie innych dziedzin niż ich działalność.

Też się bawisz w tak zwany „coaching”?

Jestem zapraszany na różnego rodzaju eventy. Trzeciego listopada w Filharmonii Bałtyckiej będę miał bardzo duży wykład. 1200 osób, kilka firm. Będzie to panel motywacyjny. Nie są to może nagminne spotkania, ale prowadzę je od czasu do czasu. Dzielę się swoimi przeżyciami. Ja, rozmawiając o czymkolwiek, bardzo to przeżywam na podstawie własnych doświadczeń. Tacy standardowi trenerzy personalni bazują na wyedukowanym systemie motywacyjnym, który wypracowali na bazie szkoleń, certyfikatów. Ja mogę tylko opowiadać o swoich przeżyciach.

Kiedyś, jeszcze jako przewodnik na rzece Jukon, prowadziłem taką grupę prezesów. Facet, który sponsorował całą akcję mówi do mnie: „zabierz ich tam”. Przez pierwsze cztery dni to była absolutna masakra. Każdy chciał rządzić. Ostatecznie wszyscy zostali postawieni do szeregu. Była na pewnym etapie nawet sytuacja zagrożenia życia, zdobyłem wtedy autorytet. I koniec końców zebrałem podziękowania.

Zarabiasz jednak na statkach?

Mam trzy kontrakty w ciągu roku, choć teraz będzie ich więcej. Piszę sobie coś wtedy, odcinam się. Nie mam dostępu do Internetu. Szukam w życiu również tego rodzaju bodźców.

Trudno w to uwierzyć. Taki lekkoduch zakuty w surowe reguły pracy na barce?

Ciężko mnie postawić do szeregu, ale akurat na statku się to udaje. Kiedy kapitan coś powie, jestem bezwzględnie posłuszny. To dla mnie dobra odtrutka, tam podejście jest proste: „Coś ci się nie podoba? To wynocha!”. Wtedy jestem jak anioł, a tutaj… No niestety, nawet żona nie potrafi mnie tak ustawić jak tam.

Synowie podzielają pasję do ekstremalnych wyczynów?

Moi synowie to piłkarze! Grają w Sokole Kosakowo, więc nie ma żartów. Ostatnio cały dzień byliśmy na meczu młodzików w Pruszczu Gdańskim, zajęli czwarte miejsce. Oczywiście są ze sobą pokłóceni, bo jeden kibicuje Barcelonie, drugi Realowi. Chociaż teraz to już chyba Juventusowi, bo Cristiano Ronaldo tam trafił.

Czyli – duch sportu się w domu unosi.

Zawsze tak u nas było. Sport, nie podróżowanie. Chłopcy piłkę kochają bardzo mocno. Już grają w klubach, choć jeden ma sześć, a drugi osiem lat. Moim zdaniem los wybiera człowieka już w kołysce. Pasja rodzi się w nas od początku. Objawia się to nie tylko w działaniu. Również w rozmowach, przemyśleniach. Żyjesz tym duchem pasji cały czas. Nie mówię, że moi synowie osiągną poziom Lewandowskiego, ale – kto wie? W tej chwili chodzi o to, żeby szli dobrą drogą w dobie Internetu i mcdonaldyzacji. Nie słuchali tak zwanych youtuberów, którzy również przedstawiają złe wartości. Żeby się w tym świecie nie pogubili. Sport jest wciąż czysty. Pozwala ukierunkować młodego człowieka w stronę etycznych zachowań. Oni idą właśnie drogą czystej, sportowej rywalizacji. Widać u nich tę zaciętość. To się wyczuwa, to ich nakręca. Zdrowa ambicja.

Sport oznacza jednak również porażki. Słuchając twojej opowieści wnioskuję, że sam nie znosisz ich łatwo.

Za dużo nie można ich odnieść, to na pewno. Ale są zdrową przeciwwagą dla sukcesów. Może gdybym ich nie ponosił, to kolejnych wyczynów bym wcale nie dokonywał? Gdyby nie afera wokół Amazonki, to nie zrobiłbym dwóch wyścigów na Jukon. Byłbym już przecież spełniony i doceniony. Gdyby nie kamica na pierwszym Yukon River Quest, nie byłoby z kolei Amazonki. Nie istnieję bez porażek i bez moim oponentów. Ale nie każdy potrafi to wytrzymać. Pewnego dnia człowieka to przytłacza i się łamie.

Rozważałeś już „emeryturę”? Nie można swojego organizmu zadręczać w nieskończoność.

Na razie muszę się odkuć finansowo. Przygotowuję się do wyprawy na biegun, to 4000 kilometrów do przebycia. Samotnie, bez pomocy z zewnątrz. Realizuję ten cel krok po kroku, więc najpierw czeka mnie podwójne przejście Grenlandii. Doświadczenia zimowe już mam, bo na nartach przemierzyłem kiedyś Kołymę. A później? Lubię sprawy wojenne, więc chyba zaangażuję się troszkę w politykę. Aspekty przepychanek medialnych są mi bliskie, a polityka to wciąż rywalizacja, choć na innym polu. Chciałbym działać w regionie. Załatwiać społeczne, samorządowe sprawy. Jednak sądzę, że osiem lat jeszcze pociągnę w sporcie wyczynowym.

Później, zamiast szalonych wypraw – raz do roku tygodniowy urlop w tureckim kurorcie…

Tydzień to jeszcze da radę wytrzymać, ale dłużej i częściej – masakra!

Pojawiła ci się już kiedyś w głowie myśl podczas wyprawy: „nie no, to już ostatni raz, więcej się nie ruszam z domu”?

Miałem tak podczas przeprawy przez Góry Mackenzie. Tysiąc kilometrów przez najdziksze rejony północnej Kanady. Spadłem tam do szczeliny, leżałem cztery dni w szpitalu. Odradzano mi ruszenie w dalszą wędrówkę. Ostatecznie przekonałem jednak siebie, że muszę dalej iść. Przyświecały mi kolejne ambicje. Bo co to będzie na biegunie, kiedy mi się złamie narta, albo się rozchoruję? Tam nie pomoże mi nikt. To było ważne, rozegrać tę sytuację psychicznie. Miałem zupełnie pozdzierane ręce, lecz tylko brnąc dalej mogłem się wzmocnić. Inna taka sytuacja, to na pewno podczas przemierzania Amazonki, gdy ktoś otworzył do mnie ogień w rejonie ogarniętym wojną narkotykową. Wtedy pomyślałem, że naprawdę się wpieprzyłem i już nigdy więcej nie podejmę takiego ryzyka. Później, cóż. Budzi się narkotyczny duch Ayrtona Senny.

rozmawiał: Michał Kołkowski

zdjęcia: z archiwum Marcina Gienieczki

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Tomanek

Nigdy nie kończąca się opowieść.
Sam twierdzi, że rekord mu anulowano, Ale ma przecież papier, którego nie kazali odesłać więc głosi że jednak ma rekord. Z taką argumentacją nie da się racjonalnie polemizować. Dostał go, zgodnie z własnym zgłoszeniem, za przepłynięcie SOLO czyli samotnie Amazonki. Zostało mu udowodnione, że na pewnym odcinku NIE PŁYNĄŁ SAMOTNIE. Rekord anulowano. Koniec kropka. I tak uważa nie tylko polskie środowisko podróżników.

Ten Pan przepłynął Amazonkę czego mu nikt nie odbiera, ale nie zrobił tego samotnie więc chwalenie się takim tytułem jest kłamstwem. Jest niewątpliwie mocnym zawodnikiem, co udowodnił podczas ostatnich startów, ale nie zmienia to faktu, że został złapany na oszustwie. Lepiej by było gdyby swoją determinację i wysiłek podejmowany przy upieraniu się bycia tym rekordzistą skierował na inne swoje przedsięwzięcia żeby mu sił podczas ich realizacji nie zabrakło.

https://www.canoekayak.com/news/marcin-gienieczko-great-guinness-fraud/
https://www.pythom.com/Stealing-the-Amazon-2016-05-31-73736

Śladami kłamstw Marcina Gienieczki

Marcin Gienieczko idzie w zaparte. Kłamiąc dalej.

Kolosy odbierają wyróżnienie Gienieczce

wpDiscuz