Profity za konsekwencję. Miedź powoli wychodzi na swoje
Weszło

Profity za konsekwencję. Miedź powoli wychodzi na swoje

Trudne były początki Miedzi Legnica w Ekstraklasie. Z jednej strony piłkarze beniaminka nie prezentowali się źle, od początku szlifowali styl oparty na – szeroko rzecz ujmując – grze w piłkę, co w tej lidze nie jest przecież normą i prezentowali się całkiem nieźle. Z drugiej – filozofia Dominika Nowaka na starcie nie zdawała egzaminu w związku z czym głośno zastanawiano się, czy nie zostanie szybko przedefiniowana. W końcu za wrażenie artystyczne punktów nie dają, a te w kontekście utrzymania, na czym Miedzi zależy pewnie w pierwszej kolejności, są po prostu niezbędne. Nowak nie zamierzał jednak zmieniać swoich przekonań, usilnie trzymał się wytycznych, które określił na starcie sezonu i wygląda na to, że dzięki temu Miedź pomału wychodzi na swoje.

Przez jakiś czas definicją postawy Miedzi był dla nas przegrany mecz u siebie z Górnikiem Zabrze. Piłkarze trenera Nowaka byli w nim zespołem lepszym, który prowadził grę i  dominował na boisku, ale po końcowym gwizdku do szatni i tak schodzili pokonani. Wtedy też po raz pierwszy można było usłyszeć głosy, że być może szkoleniowiec legniczan powinien coś zmienić, bo taktyka, która sprawdzała się w pierwszej lidze, na poziomie Ekstraklasy może okazać się po prostu zabójcza. I to nie dla rywali Miedzi, ale dla niej samej.

Zmian jednak nie było, przyszła za to kolejna porażka, tym razem na wyjeździe z Lechią Gdańsk. W gruncie rzeczy podobna do tej z Górnikiem, bo gra Miedzi znów mogła się podobać, ale nie zagwarantowała choćby minimalnej zdobyczy punktowej. Dodając do tego spotkanie z Wisłą Kraków o niemal identycznym przebiegu, dostaliśmy już trzeci niezły mecz, z którego „Miedzianka” nie do końca zasłużenie wracała na tarczy. Nowak w ogóle jednak na to nie zważał i twardo trzymał się obranej na samym początku linii.

Efekty (szczęśliwego zwycięstwa nad Pogonią na inaugurację nie liczymy) przyszły już w kolejnych meczach. Najpierw po kolejnym dobrym występnie udało się wreszcie coś ugrać i zremisować z Koroną. Później było jeszcze lepiej, bo Miedź wywiozła pełną pulę z Białegostoku, a następnie na luzie ograła Zagłębie Lubin. Cechy wspólne? We wszystkich przypadkach piłkarze Dominika Nowaka chcieli dominować i kreować grę, do której – zaryzykujemy takie stwierdzenie – momentami wkradała się odrobina polotu.

Większość zasług – głównie tych za wytrwałość – należy zapewne przypisać szkoleniowcowi beniaminka, ale nie da się też ukryć, że bez odpowiednich wykonawców zrealizowanie stawianych przez Nowaka założeń byłoby dużo trudniejsze. W Miedzi tego problemu jednak nie ma, czym sami jesteśmy trochę zaskoczeni. Gdyby bowiem przed startem sezonu ktoś powiedział nam, że Henrik Ojamaa w siedmiu meczach zaliczy trzy asysty, to raczej nie uznalibyśmy go za najrozsądniejszą osobę pod słońcem, Tymczasem Estończyk, który faktycznie już trzykrotnie otwierał kolegom z zespołu drogę do bramki, z meczu na mecz wygląda coraz lepiej i jeśli tak dalej pójdzie, to w Legnicy będą mieli z niego jeszcze więcej pożytku. Chwilami nadal widać u niego pewne cechy, którymi irytował w Legii, ale i tak już częściej podnosi głowę, pamiętając o kolegach. Dobry znak.

Bardzo podobnie rzecz ma się z Petterim Forsellem, który trafiał do siatki we wszystkich wygranych meczach Miedzi i z czterema golami na koncie znajduje się w czołówce klasyfikacji strzelców. Fin, o którym wcześniej przeważnie było głośno ze względu na sylwetkę niegodną zawodowego sportowca, ostatnio sukcesywnie odkleja tę mało korzystną łatkę. I to nie tylko za sprawą bramek, ale też ogólnego zaangażowania w grę zespołu. Dość powiedzieć, że w meczu z Jagiellonią, w którym załadował zresztą dwie sztuki, pokonał największy dystans ze wszystkich piłkarzy Miedzi (11,72 kilometra), o co nigdy wcześniej byśmy go nie podejrzewali. To chyba znak, że można już sobie darować wszystkie podśmiechujki i po prostu docenić przemianę, jaką Forsell przeszedł.

Wysoką ocenę należy też wystawić też innym zawodnikom, których wcześniej – jak Forsella – nie mieliśmy przyjemności oglądać w Ekstraklasie. Lewy obrońca Artur Pikk dotychczas wystąpił wprawdzie tylko w trzech meczach, ale zdołał zaliczyć w nich dwie asysty. W dodatku – obie bardzo ważne, bo po jednej z nich Rafał Agustyniak strzelił zwycięskiego gola w meczu z Jagą, a po drugiej Marquitos otworzył wynik spotkania z Zagłębiem. Coraz lepiej w bramce spisuje się też Anton Kanibołocki, który kilka razy pokazał już, że to nie za ładne oczy spędził kilka lat w Szachtarze Donieck. Do tego dochodzi grono odświeżonych dla Ekstraklasy zawodników (Bożić, Zieliński, Augustyniak), a w odwodzie cały czas pozostają – przynajmniej w teorii – największe  asy z hiszpańskiego zaciągu – Juan Camara i Borja Fernandez. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to wkrótce pozycja Miedzi powinna być jeszcze mocniejsza. Wystarczy tylko odrobina konsekwencji, której akurat w Legnicy nikomu nie brakuje.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
jeremy

Nazywanie filozofią kopnięcie piłki, mniej lub bardziej udane, to już lekka przesada.

RadWad

Miedź gra tak samo jak w 1 lidze … może nie jest to filozofia ale konkretny styl to na pewno Miedzianka ma … po prostu grać do przodu a nie uprawiać piłkarskie szachy.Ze względu na nie najwyższy wzrost formacji środkowej i ataku grają po ziemi bo posiadają dobrych technicznie zawodników i tylko taka gra może Miedzi przynieść korzyść.Granie długich(wysokich) piłek na napastników np.Forsella (168 cm) byłoby idiotyzmem a mecze które rozegrała dotychczas Miedź wszyscy chwalą bo nie stawia „autobusu” licząc na kontrę tylko gra w piłkę bez względu na wynik.

mardyl42

Yeah… Klątwa weszło odpalona… Jutro ostry wpierdziel z Wisłą…

Zawisza Czarnecki
KS Admira-Teletra Poznań

Wisłę też chwalą, więc co? Remis? Może obustronny walkover?

wpDiscuz