Z Irlandią możemy iść na kręgle, bo pałować piłki na drugą połowę już umiemy
Weszło

Z Irlandią możemy iść na kręgle, bo pałować piłki na drugą połowę już umiemy

Minęło już parę dni od imprezy masowej – bo nie od meczu – z Irlandią, a ja wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że dalej ktoś wierzy w instytucję spotkań towarzyskich. Przecież to jest najgorszy sort futbolu reprezentacyjnego, gierki, które nie wnoszą nic. Tak, dokładnie: nic. Z gry towarzyskiej nie da się wyciągnąć żadnych daleko idących wniosków i równie dobrze mogliśmy z tą Irlandią pójść na kawę albo na kręgle. Efekt byłby ten sam.

Weźmy za przykład Arkadiusza Recę i nie dlatego, że grał źle albo dobrze, ale jest jednym z piłkarzy, których Brzęczek chce wprowadzać do drużyny. W meczu z Włochami mógł poznać tę reprezentację, schematy mające w niej panować, grał obok ważnych postaci zespołu. Nie musiał machać głową co sekundę w kierunku linii bocznej, wypatrując, kto tym razem wejdzie na boisko, a kto z niego zejdzie i czy przypadkiem nie on sam. Uczył się. A z Irlandią? Kompletny bałagan, by nie powiedzieć gorzej. Zespół, który już nigdy nie zagra w tym samym ustawieniu i zestawianiu (a skład na Włochów bardzo możliwe, że się powtórzy). Niedaleko Recy biegał Kamiński, czyli reprezentacyjny meteoryt, widywany w pierwszym składzie co jakiś czas, ale nikt się do niego nie przywiązuje. Potem schodzi Glik, wcześniej trener Irlandczyków dokonał dwóch zmian, więc też była przerwa. Jeden wielki chaos, ura bura ciocia Agata, brak jakiejkolwiek płynności. Zmiana, przerwa, faul, przerwa, zmiana, przerwa i tak do końca. Kiedy padały gole: w drugiej połowie, gdy szkoleniowcy przeprowadzali w sumie 12 roszad. Strzelcy: O’Chaos i Chaos.

I co może wyciągnąć z takiego spotkania Reca? Koszulkę ze spodenek, co najwyżej.

Ktoś powie: całe zgrupowanie nie jest po to, by kadry uczył się jeden Reca. Zgoda, ale co mecz z Irlandią dał Brzęczkowi? Walczyliśmy nie o siatkę pomarańczy, bo pomarańcze to smaczne owoce są, a to spotkanie nie zasługiwało na taką nagrodę. Nie gra nasz najlepszy piłkarz, Robert Lewandowski. Nie gra nasz drugi najlepszy piłkarz, Piotr Zieliński. Wychodzą w pierwszym składzie Milik z Piątkiem, ale… co z tego? Czy ten schemat się kiedykolwiek powtórzy? Nie. Zawsze to Lewandowski będzie rozdawał karty na boisku, zawsze to jego będzie szukał zespół. Piątek z Milikiem będą dodatkiem, więc pozostawieni sami sobie czują się jak dzieci w domu bez rodziców. Jest fajnie, ale zaraz przychodzi opiekun i gasi światło, każe iść do łóżek, wracają stare reguły.

Naprawdę, lepiej po poważnym meczu tych wszystkich chłopaków puścić do klubów, niech walczą o miejsce na mecze ligowe. Ewentualnie zarządzić gierkę wewnętrzną. Poza tym, czy istnieje jakiś przepis prawny mówiący o tym, że selekcjoner musi zagrać z Irlandią mecz towarzyski? Beenhakker grał, Fornalik grał, Nawałka grał, teraz przyszła kolej na Brzęczka. Nie wiem, po co nam starcia z tymi drwalami, czego mamy się od nich nauczyć, przecież pałować bez sensu na połowę rywala już umiemy.

*

Wraca liga, a w tej klasycznie, czyli wesoło. Dwóch się najebało, jednego bolał palec, więc oficjalnie dlatego zszedł z treningu strzeleckiego – musiał to być straszny ból, promieniujący na drugą stopę, którą najwyraźniej Piech też nie mógł strzelać. A w Legii cięcia etatów i to etatów u nic winnych ludzi. Kompromitował się prezes Mioduski zatrudniając na stanowisku pierwszego trenera cyrkowców, kompromitowali się cyrkowcy – bo w cyrku jest zabawnie, a tam nawet tak nie było – kompromitowali się piłkarze, łapiąc oklep za oklepem i czerwoną kartkę za czerwoną kartką. Z tego powodu musieli wylecieć też ludzie oglądający europejskie przygody w telewizji, a więc pracownicy akademii. Konkretnie pięć osób.

Może więc lepiej nie budować tego ośrodka dla akademii? Postawią go, za jakiś czas prezesowi przyjdzie znowu dziwny pomysł do głowy i też będzie trzeba szukać oszczędności. Na przykład przekształcając ośrodek na plac zabaw dla dzieci. Za opłatą, oczywiście.