Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Remis z reprezentacją Włoch w meczu o punkty na wyjeździe, w dodatku po spotkaniu, w którym naprawdę nie brakowało ciekawych prób rozegrania. Remis z reprezentacją Irlandii w meczu towarzyskim na swoim terenie, w dodatku po spotkaniu, którego obejrzenie do końca bez pomocy kofeiny wydawało się właściwie niemożliwe. 

W kilka dni biało-czerwoni potrafili zagrać nadspodziewanie dobrze i nadspodziewanie źle, więc wstrzymałbym się z jakimkolwiek głębszymi wnioskami po pierwszych dwóch występach podopiecznych Jerzego Brzęczka. Przymknąłbym oko na nieszczególnie przemyślane wypowiedzi w wywiadach (kreowanie atmosfery jakiejś nagonki na Jakuba Błaszczykowskiego, któremu polscy kibice i dziennikarze wybaczyć mogliby właściwie wszystko; potem przekonywanie, że mecz z Irlandią wcale nie był słaby), za to zerknął bardziej na kierunek, który już teraz zdaje się wyznaczać selekcjoner.

Po pierwsze – budowanie swoich zawodników. Mnie też nie przekonał Arkadiusz Reca, nie do końca przemawia skromna liczba minut dla wielu spośród dublerów, ale być może jest w tym jakaś metoda. Nie rozumiałem w pierwszej fazie pracy Adama Nawałki powołań dla Krzysztofa Mączyńskiego czy Arkadiusza Milika, wówczas jeszcze bardzo potrzebnego młodzieżówce, a czas pokazał, że i jeden, i drugi przyczynili się w dużym stopniu do sukcesów kadry. Kto wie, może Reca będzie dla Brzęczka tym, kim dla Nawałki byli choćby ci dwaj, ale też i Michał Pazdan chociażby? Zaufanie do swoich piłkarzy, wielokrotnie pamiętanych jeszcze z pracy w klubie, mogłoby być krytykowane, gdyby nie okazało się skuteczne u poprzedniego selekcjonera. Nie zdziwię się, jeśli do gry wkraczają wtedy również czynniki pozasportowe – bo nie wyobrażam sobie, by piłkarze pokroju Mączyńskiego nie skoczyli za Nawałką w ogień i nie wyobrażam sobie, by Reca nie skoczył w ogień za Brzęczkiem. A jeśli w dodatku prawdą okaże się, że występy w reprezentacji Polski pomogły poszczególnym piłkarzom w walce o skład w ich klubach – tym bardziej logiczna wyda się cała strategia.

Po drugie – konsekwencja wbrew opinii publicznej. Brzęczek już uparciem się na Andrzeja Woźniaka w sztabie pokazał, że nieszczególnie obchodzi go zdanie kibiców czy dziennikarzy. Wrześniowym dwumeczem udowodnił zaś, iż podobnie zamierza postępować na przykład w przypadku Jakuba Błaszczykowskiego. Cała Polska już posadziła Kubę na ławce po meczu z Włochami, a Brzęczek dał skrzydłowemu kolejne 80 minut z Irlandią. Tym samym w reprezentacji tylko za trenera Brzęczka Kuba zagrał więcej minut niż w klubie od początku roku. Wiedział, że narazi się tym na niesamowitą krytykę, że postawi w trudnej sytuacji i siebie, i zawodnika, ale zrobił po swojemu. Kuba miał udział przy obu straconych przez nas golach, a ja, jego naprawdę wielki fan, mam wątpliwości, czy powinien dostać szansę gry zanim pojawi się na boisku w klubie. Nie oceniam, czy takie wyłączenie się na głosy z zewnątrz jest dobre, po prostu widać na pierwszy rzut oka, że ostatnią rzeczą, którą Brzęczek zrobi, będzie nagięcie się w kierunku oczekiwań mediów.

Po trzecie – umiejętność korzystania z darów od losu. Trudno sobie wyobrazić bardziej szczęśliwy dla Brzęczka splot kompletnie nieoczekiwanych wypadków. Kto bowiem mógł się spodziewać, że Marcelo Bielsa, ten wielki apostoł ofensywnego futbolu, zostanie sprowadzony do nieco zapomnianego Leeds? Że zacznie krzewić swoje teorie w bodaj najbardziej wyniszczającej lidze świata, gdzie o wstęp do piłkarskiego raju klepie się 24 zdeterminowanych wojowników podczas absurdalnie długiego i intensywnego sezonu? Kto by pomyślał, że rolę mózgu operacji powierzy Polakowi, który od ładnych paru lat sprawdzał się jedynie w holenderskich średniakach? Kto by pomyślał, że sam Klich uniesie ten ciężar i świetnie rozpocznie sezon w Anglii, po czym z impetem wjedzie do kadry? Brzęczek przy obsadzie środka pola ma farta, którego zabrakło schyłkowemu Nawałce. Zieliński utracił w Napoli jednego z ważniejszych konkurentów w walce o skład plus dostał trenera, który nie widzi problemu w wystawianiu go u boku Hamsika nawet w najważniejszych meczach. Krychowiak zmienił trybuny na status gwiazdy zespołu, w dodatku nadal w dość mocnej lidze, bo tak trzeba traktować Rosję. A na deser pojawił się jeszcze ten Klich.

Po czwarte – znajomość trendów w nowoczesnym futbolu reprezentacyjnym. Nie chcę teraz oceniać samej jakości wykonania stałych fragmentów, część z nich była wykonana dobrze, część kończyła się na piszczelach pierwszego obrońcy. Już na pierwszy rzut oka widać było jednak, że temu aspektowi Jerzy Brzęczek poświęcił naprawdę dużo pracy. Wchodzenie stoperów na przebitki przy wrzutach z autu (Milik miał po jednym setkę), dwóch piłkarzy w narożniku przy wykonywaniu kornerów, jakieś tajemnicze oznaczanie wariantów rozegrania (Błaszczykowski pokazujący „wąsa” z dłoni). Brzęczek odrobił pracę domową, sprawdził, w jaki sposób padały na mundialu gole i zamiast powtarzać ograne frazesy o konieczności utrzymania piłki w środku pola, po prostu napieprzał te stałe fragmenty. Mam nadzieję, że z czasem i liczba wariantów, i jakość wykonania będą na tyle wysokie, by przynosić gole i punkty w meczach eliminacyjnych. Poważne potraktowanie tego wyzwania już od debiutu selekcjonera to na pewno duży plus dla Brzęczka.

*

Swoją drogą, ostatnie mecze przede wszystkim udowodniły, jak kruchy jest ten cały reprezentacyjny futbol. Czy tak naprawdę Włosi mają bowiem o wiele mniejsze możliwości niż parę lat temu, gdy wymieniano ich jednym tchem z najlepszymi reprezentacjami świata? Przecież ich nowoczesne laboratoria nadal stoją, Juventus nadal walczy jak równy z równym z najbogatszymi klubami świata, akademie nadal mają po kilkanaście boisk, a trenerzy raczej przez te kilka lat nie zgłupieli – nadal Włosi radzą sobie w wielu zagranicznych klubach z najwyższej europejskiej półki. I niby mają wszystko, ale patrząc na nazwiska czy kluby reprezentantów – nawet remis z Polską przestaje dziwić.

A Holandia? Rety, jak się muszą czuć wszyscy Davidsowie, Seedorfowie czy nawet Sneijderowie, gdy ich następcami w środku pola są Davy Propper, 27-letni piłkarz Brighton oraz Frenkie de Jong, 21-letni piłkarz, który jeszcze nie wyściubił nosa poza Amsterdam i wciąż pozostaje „wonderkidem”? Bramkę zdobywa zaś 31-letni Ryan Babel z Besiktasu. Ech, a przecież wydawało się, że z takimi akademiami, z taką filozofią szkolenia i renomą w Europie Holandia ma dożywotnie miejsce wśród najlepszych tego kontynentu.

Ostatni gwóźdź wbili Hiszpanie, którzy ograli wicemistrzów świata z Chorwacji aż 6:0. Wiadomo, uraz Vrsaljko, pospieszne łatanie tej wielkiej dziury w obronie, eksperymentalny atak, Subasić na emeryturze. Ale 0:6?!

*

Tym mocniej zresztą zaczyna boleć Euro 2016. Nawet te w teorii najmocniejsze reprezentacje pokazują, że nic w futbolu nie trwa wiecznie i z pozycji faworyta mundiali można spaść do roli telewidza podczas tych rozgrywek. Ale najbardziej na wyobraźnię działają jednostkowe wyskoki tych w teorii słabszych. Chorwaci wycisnęli swoje najlepsze pokolenia jak cytrynę – pierwsze w 1998 roku, drugie w te wakacje. Portugalia potrafiła wykorzystać Ronaldo i w gablocie przybył im jeden puchar, nawet Grecja ma zapis w historii, którego nikt już nigdy nie wykasuje. Nasze najlepsze pokolenie od 30 lat zostanie prawdopodobnie jedynie ze zwycięskimi karnymi ze Szwajcarią.