O psia krew, cóż to był za mecz!
Weszło Extra

O psia krew, cóż to był za mecz!


Wczoraj na Narodowym Stadionie Rugby odbyło się zupełnie niesamowite, piłkarskie widowisko. Obfitujące we wrażenia sportowe, choć nie tylko takie. Aczkolwiek to właśnie futbol był zdecydowanie główną atrakcją niedzielnego popołudnia w Gdyni. Widzowie mieli okazję, by podziwiać spektakularne interwencje Kaźmierczaka i odważne szarże Kowalczyka. Z drugiej zaś strony – szalone dryblingi Gizy i groźne strzały Banasia. Cóż to, sentymentalne spotkanie oldbojów, znanych z boisk polskiej ekstraklasy? Nic bardziej mylnego.

Chodzi o zażarte, choć charytatywne starcie drużyn Raperów i Komików. Którzy dla szczytnego celu naprawdę wypruli z siebie na boisku żyły. Leszek „Eldo” Kaźmierczak, Piotr „Tau” Kowalczyk, Abelard Giza i Rafał Banaś to tylko wierzchołek góry lodowej, bo nad morze zjechała naprawdę śmietanka, jeżeli chodzi o scenę hip-hopową i stand-upową.

Klasyk zapowiedziałby, że „to nie będzie zwykły mecz”. I faktycznie – nie był zwykły. Serio, spotkanie toczyło się na bardzo wysokich obrotach. Jednego z komików musieli w przerwie wziąć pod opiekę medycy, bo po prostu zasłabł i leżał wycieńczony obok ławki rezerwowych. – Jak on fantastycznie grał w tych pierwszych minutach! Naprawdę miał prawo zostać zabrany przez karetkę na sygnale – śmieje się stand-uper Adam van Bendler, organizator imprezy. Jestem pozytywnie zszokowany zaangażowaniem, które widziałem wśród moich kolegów. Każdy osiągnął granice swoich możliwości, a mimo to do ostatniego gwizdka udało nam się jakoś dożyć.

SG209832

Oczywiście osłabiony zawodnik mógł liczyć na wsparcie swoich kumpli, którzy gorąco namawiali go do powstania. Twierdząc, że na pewno tam gdzie zaległ regularnie sikają psy. Ale, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, właśnie wokół psów kręciła się cała impreza, którą zorganizował van Bendler. Bo przecież komicy i hip-hopowcy nie zmierzyli się ze sobą na piłkarskim boisku ot tak sobie. Co do zasady, są to ludzie ze sporym do siebie dystansem, ale przecież nikt nie lubi być obiektem drwin.

Takowych nie brakowało ze strony spikerów, którzy kąśliwymi uwagami kwitowali każde pokraczne zagranie, jakie udało im się wychwycić czujnym okiem szydercy. – Jedno wiedziałem na pewno. Im gorszy będzie poziom naszej gry, tym większa będzie to pożywka dla naszych dwóch komentatorów, Jaśka Borkowskiego i Bartka Zalewskiego. Mieli pełne pole manewru do czystej szydery. Sytuacja win-win, albo fajna akcja, albo fajny żart – mówi organizator.

Wróćmy jednak do wątku czworonogów, bo on jest w całej historii najważniejszy. Bendler zorganizował ten wyjątkowy mecz w ramach działalności Fundacji Psia Krew, której jest założycielem. To nie tylko profesjonalista w dziedzinie rozśmieszania ludzi mniej lub bardziej wulgarnymi monologami i nie tylko wielki fan futbolu, lecz przede wszystkim facet, któremu leży na sercu los i bezpieczeństwo wszelkich włochatych stworów, na czele z psiakami.

– Od jakiegoś czasu realizuję swoje dwa największe życiowe marzenia. Pierwsze z nich to oczywiście działalność komika. Drugie – praca ze zwierzętami. Ciężko mi było wybrać między tymi dwiema rzeczami, bo jeżeli już coś robię, to chcę się temu oddać w stu procentach. Postawiłem na stand-up – mówi organizator imprezy. – Później dotarło do mnie, że teraz, jako osoba publiczna, mogę robić naprawdę wiele dobrego.

– Nadszedł taki moment w moim życiu, w którym miałem wystarczająco dużo czasu, by rozpocząć kolejny projekt. Nie mam rodziny, nie mam długów, kredytów. Mogę poświęcić się mojej fundacji i organizować tak duże akcje, jaką był mecz charytatywny – kontynuuje Bendler. – Futbol to kolejna z moich wielkich miłości, którą przez lata trochę zaniedbałem. Od najmłodszych lat kopałem piłę, ale ta tendencja była spadkowa, trzeba było zająć się po prostu robotą. Więc teraz udało mi się stworzyć idealne połączenie moich największych pasji – stand-up, futbol i pomoc zwierzakom. Ultimate super-combo.

– Środowisko stand-uperów to po prostu paczka kumpli, wszyscy jesteśmy kolegami – kontynuuje Adam. – Tym bardziej się cieszę, że przy okazji tego meczu była szansa się spotkać całą ekipą. Zastanawiałem się jednak, kto może stanąć w takim meczu przeciwko nam. Doszedłem do wniosku, że stand-up i rap mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. W jednym i drugim przypadku twórcy są charyzmatyczni, mają wiele do powiedzenia, chętnie uciekają się do czarnego humoru. Uznałem, że ten mecz to będzie idealne zderzenie dwóch światów, które już od dawna się o siebie ocierały.

SG209813

SG209774

– Sama organizacja spotkania zajęła mi pięć ostatnich miesięcy. Miałem dwa poważne momenty załamania, kiedy po prostu usiadłem na łóżku i zacząłem płakać. Spotkałem się z wieloma problemami po drodze, a najbardziej zawiodłem się na tych osobach, na które najbardziej liczyłem – dodaje organizator. – Nie było łatwo zebrać odpowiednich sponsorów, ale ostatecznie kilku udało się złapać. Spadła na mnie z tym wszystkim cała masa papierkowej roboty. Po pierwsze – z założeniem fundacji, a po drugie – ze zorganizowaniem imprezy masowej. Czy właściwie dwóch, bo mowa nie tylko o meczu, lecz również o wieczornej gali charytatywnej.

– Gdyby pięć miesięcy temu odwiedził mnie Adam van Bendler z przyszłości i opowiedział mi wprost, ile czeka mnie z tym wszystkim roboty to oczywiście i tak bym to zrobił – zapewnia komik. – Choć dla jednej osoby to było praktycznie nie do ogarnięcia. Jeszcze miesiąc temu wiele rzeczy było niedopiętych, więc cała impreza udała się zaskakująco dobrze. To były długie tygodnie pracy od rana do wieczora, wypisywania maili, wiszenia na telefonie, chodzenia na spotkania.

Rzeczywiście – jeżeli chodzi o zainteresowanie, wyszło naprawdę spektakularnie.

Bilety wyprzedały się jak świeże bułki, trybuny Narodowego Stadionu Rugby wypełniły się po brzegi. Patronat nad meczem objęło miasto Gdynia, przed stadionem zaparkowało kilka food-trucków, które również część dochodów z dnia meczowego przekazały na poczet Fundacji. Organizacyjnie – pełna profeska, choć budowana na wariackich papierach przez jednego, ambitnego faceta. Chętnie pojawili się również goście specjalni – w zespole Raperów zagrał choćby sympatyczny redaktor Bartosz Ignacik, drużynę Komików wsparli Rafał Siemaszko i Mateusz Bąk. Ten drugi popisał się kilkoma paradami, po których kibice naprawdę jęknęli ze zdumienia i podziwu. Forma jest.

Aczkolwiek Eldoce, który bronił dostępu do bramki Raperów, również nie można niczego ujmować. To golkiper raczej w starym stylu – przywiązany do linii bramkowej, ze świetnym refleksem. Dyrygujący ustawieniem swoich obrońców. Z daleka troszkę nawet przypominał legendarnego Thomasa Ravellego.

Z bliska wyglądał już po prostu jak Eldo.

SG209767

SG209847

Samo spotkanie miało sensacyjny przebieg. Do przerwy Komicy prowadzili aż 5:2 i demolowali swoich przeciwników, ale w drugiej połowie z gola cieszyli się już tylko raz, po trafieniu Kacpra Rucińskiego. Wyraźnie nie wytrzymywali kondycyjnie, nawet pomimo ofensywnych popisów Łukasza „Lotka” Lodkowskiego. Zwanego przez kolegów nie sercem, lecz „żołądkiem drużyny”, któremu numer 37 na koszulce przyznano (ponoć) dlatego, że tyle kilogramów ważył w dniu narodzin. Z kolei ekipa Raperów wyraźnie się rozkręciła, być może pozytywnie naładowana szybkim papierosem rozmową motywacyjną w przerwie. Ostatecznie 90 minut (mniej więcej, bo po przerwie ktoś zapomniał włączyć stadionowy zegar i zrobiło się lekkie przesunięcie w czasie) gry nie wyłoniło zwycięzcy. Spotkanie skończyło się remisem 6:6, więc Karolinie Bojar nie pozostało nic innego, jak zarządzić rzuty karne.

 Jedenastki skuteczniej (4:3) egzekwowali Raperzy, zapewniając sobie ostateczny triumf.

– Na tym boisku zdarzyło mi się kiedyś zagrać dwa razy po czterdzieści minut w rugby. W piłkę w takim wymiarze czasowym nie grałem jeszcze nigdy w życiu – przyznał DJ Decks, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników na murawie. Jestem zadowolony z postawy drużyny. Traktowaliśmy to jako zabawę, ale na pewno pojawiły się emocje. Oczywiście gdybyśmy podeszli do tego meczu zupełnie na serio, to byśmy ich po prostu zmiażdżyli! Ja sam wielkim fanem futbolu nie jestem, ale chętnie wziąłem w tym wydarzeniu. Szczytny cel, było super.

– Jestem zmęczony, ale było naprawdę bardzo fajnie. Nawet nie liczyłem, ile w sumie pograłem. Moje ostatnie mecze piłkarskie rozegrałem jeszcze na WF-ie w liceum – mówił z kolei Abelard Giza. Komicy koniec końców polegli, lecz on swojego karnego wykorzystał z zimną krwią. – Wszedłem cztery czy pięć razy, ale te interwały, z tego co zauważyłem, były coraz krótsze. Na początku pograłem chyba piętnaście minut, a później to już na ile miałem siłę. W końcówce były takie chwile, gdy ktoś zbiegał, mówił zmiana, a wszyscy chłopcy: „nie, nie, my później…”.

Stand-uper wpisał się niestety w trend pięknych porażek, zapoczątkowany na mundialu przez ekipy Iranu i Maroka. – Ale w jakim stylu oni grali! My również zdobyliśmy dziś serca kibiców, a „Lotek” pewnie także ich żołądki. Ja się bardzo cieszę, bo strzelałem tego  karnego, od którego zależało, czy w ogóle seria jedenastek dalej potrwa. Udało się, więc jestem przeszczęśliwy. Przy karnym pojawiła się nawet lekka presja. Ale generalnie to nie było żadnej – świetna zabawa, zajebisty klimat, kapitalni ludzie. Wygrali dzisiaj wszyscy, szczególnie pieski.

SG209864

Po meczu udało się pomścić polskich ligowców, regularnie terroryzowanych wywiado-spacerem przez pewnego dociekliwego reportera telewizyjnego i zafundować mu podobne doświadczenie.

– Powiem szczerze, teraz absolutnie nie dziwię się Marcinowi Wasilewskiemu, który kiedyś w przerwie powiedział nam wprost: „panowie, nie teraz, nie teraz”. Zebrać myśli po tak ciężkim wysiłku to naprawdę niełatwe zadanie – przyznał ze śmiechem Bartek Ignacik. – Ja w ogóle myślałem, że zagramy dwa razy po dwadzieścia minut! Tymczasem pani Karolina Bojar mówi, że dwa razy po czterdzieści pięć. Jakoś to wytrzymaliśmy i z tego powodu jestem najbardziej dumny.

– W przerwie mieliśmy bardzo poważną rozmowę. Przegrywaliśmy 2:5, zadzwoniliśmy do trenera Bjelicy. Trener na szczęście odebrał, strasznie nas opieprzył. Efekt? Dwadzieścia minut gry i mamy remis. Przecież nie o to chodzi w sporcie, żeby sobie tak po prostu wyjść i wygrać 5:2. Muszą być emocje do końca. Zresztą, u przeciwników aż roiło się od profesjonalistów. Bąk, Siemaszko. U nas? Zlepek pół-piłkarzy, ale, jak widać, dało to odpowiedni efekt – kontynuował dziennikarz.

Bartek akurat niespecjalnie przyczynił się do ostatecznego triumfu w rzutach karnych, bo swoją jedenastkę wykonał w stylu pamiętnego strzału Davida Trezeguet z finału mistrzostw świata. Prosto w poprzeczkę. – Dzisiaj oddałem cztery strzały, połowa w poprzeczkę. Pewnych przyzwyczajeń po prostu nie da się wyplewić. Tyle się tych strzałów naoglądałem, że teraz sam tak walę. Ale jednego gola i tak zdobyłem, więc w sumie, to o co chodzi?! Jak to się mówi, ja już nie muszę nikomu nic udowadniać. Przypominam, że rekord Turbokozaka wciąż należy do mnie.

Swoją jedenastkę przestrzelił również sam Adam van Bendler, uderzając z kolei wzorem pamiętnego karniaka Roberto Baggio. Choć, trzeba przyznać, naprawdę na tle swoich rywali i kolegów z zespołu wyróżniał się zaawansowaniem technicznym. – Nie ma co ukrywać, zachowałem się troszeczkę jak pizda. Trzeba było dać sobie jeszcze sekundę, żeby się odpowiednio skoncentrować – przyznał samokrytycznie organizator. Choć, nie ma co ukrywać, dla niego cały dzień i tak był gigantycznym sukcesem.

– Nie spodziewałem się, że frekwencja na trybunach może tak nas tutaj wszystkich zaskoczyć. W ogóle wielkim cudem było w jednym miejscu zebrać po dwudziestu raperów i komików. Wszyscy mamy obowiązki. Trasy powodują, że rzadko bywamy w domu. Mimo wszystko się udało, a i na boisku kilka fajnych akcji zdołaliśmy zawiązać – mówi Bendler. – Oczywiście mieliśmy dodatkowych, profesjonalnych przyjaciół, którzy troszkę ciągnęli grę. Gdyby nie oni, to nie byłoby takiego sportowego widowiska.

– Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem gry raperów. Każdy widział, że zostawili na boisku jeszcze więcej zdrowia niż my – przyznał Adam. Mając pewnie na myśli Lanka, który w końcówce spotkania dyszał już jak parowóz i oblewał sobie czuprynę wodą, rozpaczliwie poszukując orzeźwienia. – Teraz cały czas mam poczucie, że im więcej osób się o tej akcji dowiaduje, im więcej jest zysków dla Fundacji, tym więcej ja mam w sobie energii do życia.

SG209850

Zbliża się okres zimowy, najtrudniejszy do przetrwania, jeżeli chodzi o schroniska dla zwierząt. To właśnie one otrzymają wsparcie finansowe, które udało się zebrać podczas „Meczu o psią krew”. Sądząc po frekwencji na stadionie, kwota będzie niebagatelna, ale Adam van Bendler ma zamiar bardzo ostrożnie nią gospodarować.

– Schronisk, które otrzymają wsparcie będzie kilka. Chciałbym, żeby to było co najmniej pięć ośrodków – zapowiedział organizator meczu. – Na pewno będzie to gdyńskie „Ciapkowo” i schronisko w Wejherowie. Do tego dobiorę jeszcze przynajmniej trzy, którym będziemy pomagać. Natomiast w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, które to będą. Trzeba najpierw zrobić potężny research, przede wszystkim od strony personalnej. Wiem, że wiele schronisk jest po prostu źle zarządzanych i nie chciałbym, żeby zebrane środki trafiły w niepowołane ręce.

– Na przełomie listopada i grudnia zacznę dokonywać zakupów i dostarczać konkretne towary do schronisk – mówi Bendler. – Ale z różnych schronisk, w których już wcześniej byłem, dochodzą mnie zatrważające słuchy na temat defraudowania pieniędzy. Trzeba to otwarcie nazwać. Byłem w szoku. To jest naprawdę straszne! Wściekam się jak tylko o tym pomyślę.

– W wielu schroniskach trzeba zmieniać wszystko krok po kroku, bo jak patrzę na tych naczelników, a niektórych osobiście poznałem, to uszy więdną i ręce opadają. Gdybym miał być bardziej kolokwialny w tej rozmowie, to leciałyby tutaj same wulgaryzmy – dodaje stand-uper. – Mam mnóstwo pomysłów, żeby to zmienić. Jak już mówiłem: stand-up, futbol i zwierzaki to są moje największe miłości. Chciałbym również wiele poprawić w kwestii znęcania się nad zwierzętami, walczyć o obronę ich praw. Niekoniecznie chodzi tu o zaostrzanie przepisów, tylko ich egzekwowanie. Do tego potrzebne są zmiany personalne na określonych stanowiskach. To nie jest operacja na dwa, trzy lata. Mam zamiar działać w tym do końca życia.

Adam van Bendler zapowiedział również, że chciałby, aby „Mecz o psią krew” stał się imprezą cykliczną, doroczną. Sądząc po zainteresowaniu i samym spotkaniem, i zbieraniem autografów już po jego zakończeniu – chętnych, żeby przyjść i zapłacić za bilet-cegiełkę na pewno nie zabraknie. Wielu czworonogów spędzi zimowe mrozy w znacznie bardziej luksusowych warunkach niż do tej pory. Tymczasem – wciąż aktualne jest spiżowe powiedzonko Hirka Wrony. „Wygrał hip-hop”. Choć można je chyba w tych okolicznościach delikatnie znowelizować.

Wygrał hip-hop i zwierzaki.

SG209870

Michał Kołkowski

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
jelonek666
Brzęczek - wybitny polski trener!

„Nie mam rodziny, nie mam długów, kredytów więc mogłem zostać psiarzem. Psy są ważne. Szczególnie w mieście. A najważniejsze są ich kupy. Na chodnikach, na trawnikach, na placach zabaw i w parkach. Bardzo ważne jest żeby było ich jak najwięcej. To jest naturalny nawóz którego brakuje w zabetonowanych, zaasfaltowanych miastach. O to walczę w swojej fundacji” Bendler (czyli w sumie chuj wie kto).

Król Roastów
FC Taciewo

Ktoś, kto zrobił dla świata zarówno swoją twórczością, jak i działalnością charytatywną więcej niż ty. To wiemy na pewno.

jelonek666
Brzęczek - wybitny polski trener!

A czy ja to podważam? Niech działa dalej. Psy są ważne…

lukaszo23

Roberto Baggio w finale MŚ strzelił nad poprzeczką :)

wpDiscuz