Djoković po raz czternasty. Serb wygrał US Open
Inne sporty

Djoković po raz czternasty. Serb wygrał US Open

Gdyby brać pod uwagę warunki fizyczne, Novak Djoković nie miałby po co wychodzić na kort, bo Juan Martin del Potro ze swoimi 198 centymetrami wzrostu po prostu nad nim góruje. Kiedy rozpoczął się mecz, nie było jednak wątpliwości, kto jest większym tenisistą. Serb nie pozostawił rywalowi i publice żadnych złudzeń, wygrywając w nieco ponad trzy godziny. Na opisanie takich sportowców jest tylko jedno słowo: mistrz.

Na drodze do tego finału obaj wiele przeszli. Del Potro stracił przez urazy kilka lat ze swojej kariery. Stopa, kolano, nadgarstek… kontuzjowane miał właściwie wszystko. O jego powrocie do wielkiej formy pisaliśmy, gdy w marcu ograł Rogera Federera w finale turnieju w Indian Wells. Do finału turnieju wielkoszlemowego wrócił po dziewięciu latach – dokładnie w tym samym miejscu, w którym ograł wtedy… właśnie Szwajcara.

Historia Djokovicia? Rok 2017 był dla niego pasmem porażek, których nie był w stanie zaakceptować. Zwolnił trenera, by kilka miesięcy później ponownie go zatrudnić, próbował nawet korzystać z pomocy guru, a na domiar złego doznał kontuzji, która na kilka miesięcy wykluczyła go z gry… Na Roland Garros odpadł w ćwierćfinale i mówił, że nie wie, czy zagra na trawie. Kilka tygodni później wygrał Wimbledon, a po tamtym triumfie opisaliśmy to wszystko dokładniej.

Dziś Serb dopełnił swego powrotu, triumfując w US Open. Wygrał w trzech setach, ale – nie licząc pierwszej partii – nie była to podróż łatwa i przyjemna. Zresztą, każdy, kto choć raz widział mecz Del Potro, wie, na co tego gościa stać. Jego forehandy z powodzeniem mogłyby kruszyć mury, a dziś jeden z nich sprawił, że siedząca na trybunach Meryl Streep nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Do tego (a może przede wszystkim) za Argentyńczykiem zawsze jeździ wielu kibiców, którzy zupełnie nie przejmują się tym, że to mecz tenisa, a nie piłki nożnej i dopingują swojego ulubieńca z całego serca… i gardła.

Uwierzcie, to działa pozytywnie na Juana, ale też negatywnie na jego rywali. W pewnym momencie finału Djoković miał pretensje… do swojego boksu, gdy ten nie reagował równie żywiołowo. Chyba jednak zbyt wiele od nich oczekiwał, bo trudno byłoby dorównać Argentyńczykom. Ci królowali na trybunach, ale na korcie lepszy był Serb. Pierwszą partię wygrał łatwo. W drugiej szybko przełamał rywala, ale Delpo nie miał najmniejszego zamiaru się poddać i straty odrobił. Fenomenalny był gem przy stanie 4:3 dla Argentyńczyka. Serwował Djoković i kilkukrotnie musiał bronić break pointów. Gdyby tego gema wygrał jego rywal, cały mecz mógłby się potoczyć zupełnie inaczej, wszyscy to wiedzieli. Novak zrobił jednak to, czego nie potrafił Federer dziewięć lat wcześniej: obronił się, choć trwało to dobrych kilkanaście minut. A później – w tie-breaku – skorzystał z błędów rywala i było już 2:0 w setach.

W trzeciej partii scenariusz był podobny: szybkie przełamanie Djokovicia, odrabiający straty Del Potro – to się zgadzało. Zmieniono jednak zakończenie – Serb nie czekał do tie-breaka i wygrał seta wcześniej. Głupio byłoby zresztą nie wykorzystać szansy, skoro Argentyńczyk w kluczowym momencie spotkania zanotował swój jedyny podwójny błąd serwisowy, wręczając rywalowi break pointa. To utarte hasło, ale tenis naprawdę jest grą nerwów. Najdobitniej przekonaliśmy się o tym przy okazji finału kobiet, dzień wcześniej. Ale i tej nocy wygrał ten, kto panował nad nimi lepiej. Czyli Novak. Djoković był zresztą lepszy w niemal każdym aspekcie gry: niesamowicie ujarzmił siłę zagrań Argentyńczyka, wspaniale kontrując jego forehandy. Temu drugiemu pozostało tylko podziękować fanom za wsparcie i pogratulować rywalowi.

Nie jest łatwo mi teraz łatwo cokolwiek powiedzieć, ale też was kocham [Delpo mówił do publiczności – przyp. red.]. Jestem niesamowicie szczęśliwy, że mogłem zagrać w finale przeciwko temu wspaniałemu idolowi. Jest moim przyjacielem i jednym z zawodników, z których dobrej formy się cieszę. Jestem szczęśliwy z jego powodu, zasłużył na wygraną. W trakcie moich problemów z nadgarstkiem nigdy się nie poddałem. Mierzyłem się ze wszystkimi kontuzjami, żeby znów się tu znaleźć. Udało się, po dziewięciu latach i to jest wspaniałe. 

A Djoković? Sprawił dziś, że Wielka Trójka stała się Największą Trójką. Wygrał swojego czternastego Wielkiego Szlema, zrównał się z Pete’em Samprasem i wskoczył na trzecie miejsce w klasyfikacji wszech czasów. Przed nim tylko jego dwaj najwięksi rywale: Rafa Nadal (17) i Roger Federer (20). Wszyscy są mistrzami w swoim fachu. Dla Serba to osiągnięcie tym ważniejsze, że za młodu podziwiał właśnie Samprasa.

– Moja rodzina i zespół byli ze mną przez cały czas. Kiedy w tym roku przeszedłem operację, mogłem zrozumieć, przez co przeszedł Juan Martin. Ale to z takich chwil wyciągasz naukę na przyszłość. Miałem nadzieję, że Pete dziś tu będzie – kocham cię, jesteś moim idolem. Chciałbym też pogratulować Juanowi za to, co osiągnął w ciągu ostatnich kilku lat, że zachował wiarę i nadzieję w możliwość walki o Wielkie Szlemy. Wiem, że jeszcze wygra tu tytuł. 

Komu jak komu, ale Serbowi możemy uwierzyć na słowo. W końcu o wygrywaniu turniejów wielkoszlemowych trochę wie. W nocy udowodnił to po raz kolejny.

Fot. Newspix