Benzema jak karaluch? Dziś to komplement za jego wytrwałość
Blogi i felietony

Benzema jak karaluch? Dziś to komplement za jego wytrwałość

„Mam wrażenie, że coraz bardziej zabijamy futbol, robimy tak jak w NBA. Rzadko analizujemy występy całych drużyn, częściej przyglądamy się statystykom indywidualnym. Za chwilę będziemy nagradzać pucharami graczy za największą liczbę dryblingów albo podań. Kiedyś w analizach wszystko dążyło do oceny zespołu jako całości – chodziło o poruszanie się, taktykę… Teraz rozkłada się piłkę na czynniki pierwsze, mówi i pisze się o jednostkach. Strzeliłeś, więc jesteś wielki. Nie strzeliłeś, a zatem jesteś kiepski.”

W ten sposób żalił się kilka miesięcy temu Karim Benzema w jednym z wywiadów. Trudno mu było nie przyznawać racji, a z drugiej strony nie dało się nie zauważyć, iż to właśnie on jest najbardziej wadliwym trybem w machinie zwanej Realem Madryt. Tym, na którym wieszano psy całkiem słusznie, wszak pod bramką był skrajnie nieskuteczny. Pressing, rozgrywanie, zaangażowanie w defensywę… Obrońcy Francuza odwracali kota ogonem, wskazywali, że powyższe aspekty przykrywają jego marny dorobek strzelecki, ale moim zdaniem nie była to wystarczająca argumentacja. Jako dodatkowe atuty – jasne, są to wartościowe rzeczy, lecz wywracanie hierarchii i stosowanie ich jako pierwsze kryterium oceny zakrawało o śmieszność, gdy będąc napastnikiem do siatki trafiał raz na ruski rok.

Krótko mówiąc – symfonia gwizdów z Bernabeu mu się należała i tyle.

Jedyne co kupowałem, to grę pod Cristiano. Bo to całkiem naturalna sprawa, że kiedy masz w ekipie kozaka jego pokroju, jednego z najlepszych piłkarzy w historii, to ustawiasz drużynę tak, by grała pod niego. Nie ma w tym nic zdrożnego, nawet pomimo podnoszenia głosów o uzależnieniu Królewskich od Portugalczyka. Karim zachowywał się wobec niego altruistycznie. Zresztą, dziewięć lat wspólnego hasania w okolicach pola karnego przeciwnika sprawiło, iż znali się piłkarsko jak łyse konie. Z perspektywy osoby trzeciej wyglądało to jednak nieco na ciągnięcie Benzemy za zasługi.

Dlatego też nie do końca zgadzałem się i z cytatem z samego zawodnika z początku tekstu, ani też z Zidanem, broniącym podopiecznego niczym Tadeusz Rejtan. Metaforycznie oczywiście, ponieważ powoływał się na te same, wcześniej wymienione aspekty, co kibice. Dodawał, iż jest najlepszy w grze zespołowej, a taką przecież jest futbol, że nie zamieniłby go na kogokolwiek innego… Sami przyznacie, że w pewnym momencie, gdy Francuz nie potrafił już wykończyć najprostszej akcji, sześćdziesiątej siódmej sytuacji z rzędu, brzmiało to wręcz zabawnie.

Dlatego też tym bardziej warto docenić przemianę, jaka zaszła w nim od początku tego sezonu. A uwolniło go właśnie odejście Ronaldo, choć wcześniej zastanawiano się, czy bez Portugalczyka Karim nie stanie kompletnie bezużyteczny. Zwrot akcji nastąpił jednak w kompletnie przeciwną stronę, wszak właśnie mamy okazję oglądać najlepszą wersję Benzemy od lat. Widocznie nie o odpowiedzialność tu chodziło, bo gdyby ta kwestia była kluczową, widzielibyśmy napastnika jeszcze bardziej elektrycznego, skoro jego piorunochron został wytransferowany do Juventusu. Zamiast tego u bohatera tego tekstu pojawił się znacznie większy luzik. Piłka przy nodze jest mu lekką i przyjemną, a nie ciąży niczym więzienna kula.

Nie ma więc już Karim żadnego alibi na wypadek słabszej formy. Gdyby dziś przydarzył mu się kryzys, nie dałoby się go tuszować opowiadaniem o doskonałym wykonywaniu czarnej roboty. Nie wywinąłby się tak łatwo, choć to oczywiście gdybanie, wszak nic nie zapowiada, by taki scenariusz miał się w najbliższym czasie ziścić.

Różnica w obecnym Benzemie i Benzemie z poprzednich sezonów polega więc na tym, że dziś, gdy otrzymuje piłkę podnosi głowę i rozgląda się za swoimi kolegami, ale nie boi się storpedować bramkarza. Wcześniej również czynił to samo, aczkolwiek kątem oka zawsze szukał Cristiano, przez co można było go określić zawodnikiem niesamodzielnym. To kwestia pewności siebie, nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

– Ja nic wielkiego nie zrobiłem, to wszystko jego zasługa – podkreśla co prawa Julen Lopetegui, lecz prawda jest taka, że on też macał palce w uczynieniu wychowanka Lyonu gościem, przed którym obrońcy już nie śmieją się z litości, tylko traktują w pełni poważnie. Przede wszystkim nie zakuł go w taktyczne dyby, bo gdy spojrzycie na to jak Francuz porusza się po boisku – a bywa wszędzie – dostrzeżecie wielką wolność, którą dał mu Bask. A skoro tak, to znaczy, iż obdarzył napastnika również dużym zaufaniem.

Druga sprawa zaś to filozofia wdrażana przez baskijskiego szkoleniowca z ustawieniem 4-3-3 jako podstawą. Pod względem kierunku stylu najbardziej miarodajny wydaje mi się mecz z Leganes, w którym to Los Blancos sprawili, że goście nie tylko z przezwiska wyglądali jak ogórki. Mieliśmy wówczas do czynienia z futbolem iście barcelońskim w najlepszym wydaniu, ale to żadna potwarz. Każda ścieżka do zwycięstwa jest dobra. Dla Realu ta jest po prostu inna. Zakłada bowiem totalną dominację, co potwierdza rekordowa liczba podań wykonana przez Królewskich w jednym spotkaniu ligowym – 869. Ba, w tym momencie podopieczni Lopeteguiego wymieniają się futbolówką częściej niż sama Blaugrana! Los Blancos mają teraz konstruować akcje od samej obrony, przemieszczać się całą drużyną wraz z piłką pod kole karne przeciwnika, cierpliwie szukać dziur w defensywie. Oczywiście im szybciej, tym lepiej, wszak rośnie wówczas szansa na zaskoczenie rywala, a to piekielnie ważne. Jednocześnie mistrzowie Europy powinni unikać dośrodkowań na pałę w pole karne, co za kadencji Zidane’a stało się wręcz symptomatyczne w trudniejszych momentach.

Czyli w zasadzie baskijski trener wdraża do drużyny wszystko to, dzięki czemu atuty Karima da się wykorzystać jeszcze bardziej, w czym sam czuje się doskonale. Zwłaszcza, że i on cechuje się dużą mobilnością, i jego koledzy – Asensio oraz Bale – dopełniający tridente. A to z kolei gwarantuje Realowi wysoką intensywność niemal przez znaczną większość meczów.

Co ciekawe jednak to wszystko nie tyle zmienia sposób gry Karima, co wyjątkowo korzystnie wpływa na jego skuteczność. Zerknijmy więc w liczby – ten póki co wcale nie oddaje więcej strzałów, ponieważ przy obecności Cristiano uderzał co 34 minuty. Teraz czyni to co 35, a jego średnia z dziewięciu lat na Bernabeu to próba co 27. Różnica widoczna jest gdzie indziej – w bieżących rozgrywkach Francuz oddał 11 strzałów, dzięki którym 5 razy trafił do siatki. Daje to gola co 2,2 próby, podczas gdy w ubiegłym sezonie potrzebował na to aż 7,5 uderzeń. Ogólnie zaś pokonuje bramkarza 5,1 uderzenia, a więc to kolejny dowód na fakt, iż właśnie obserwujemy wychowanka Lyonu w jego najbardziej efektywnej wersji.

Benzema wreszcie więc daje argumenty na to, że jest traktowany jako zawodnik praktycznie nietykalny w kontekście pierwszej jedenastki. U Lopeteguiego gra od deski do deski – 390 na 390 minut możliwych w aktualnym sezonie. To sytuacja bezprecedensowa, ponieważ od kiedy trafił do Realu – czyli w 2009 roku – ani razu nie zaliczył serii 4 pełnych spotkań z rzędu. Do teraz, a przecież pamiętamy, iż Julen już nie jest do niego uwiązany, skoro Florentino Perez latem ściągnął mu Mariano Diaza. Na życzenie i po wyjątkowych naciskach samego szkoleniowca zresztą.

Te kilka miesięcy oraz zmiany jakie zaszły w drużynie sprawiły, że z dzisiejszej perspektywy sporym nietaktem byłoby dalsze narzekanie na napastnika Królewskich. Owszem, w pamięci można mieć jak fatalny rok zaliczył dopiero co, jednak już teraz prawie wyrównał cały dorobek strzelecki z LaLigi 2017/18 (5 trafień, aktualnie zaś ma 4). A to z kolei budzi wielkie nadzieje w sercach kibiców, którzy liczą, że podobny koszmar już nigdy się nie powtórzy.

Przetrwał Raula, Higuaina, Adebayora, Jese, Chicharito, Moratę, więc i Mariano na pewno mu nie straszny. Ba, stażem w Realu przewyższył już samego Ronaldo, choć w pewnym momencie wydawało się, że to właśnie Portugalczyk zepchnie Karima na ławkę, bo z powodu wieku Portugalczyk coraz bardziej ewoluował ze skrzydłowego w środkowego napastnika.

Szydzono z Benzemy swego czasu, iż jest jak karaluch, ponieważ przetrwa wszystkie kataklizmy. Ale dziś to on jest wygranym i to porównanie może obrócić w komplement, wszak wykazał się wyjątkową wytrwałością, niezłomnością, odzyskując tym samym pełne zaufanie kibiców.

Za całą resztę może zapłacić kartą MasterCard, ale zaufanie jest bezcenne.

Mariusz Bielski

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
jajajakberety

Gadać możnaby dużo i długo, ale jak narazie ten Real wygląda świeżo, grają z werwą i polotem. Oby tak dalej, bo potencjał kreatywny jest potworny.

wpDiscuz