Serducho, wola walki i niezwykła odporność. Kownacki znów wygrywa!
Inne sporty

Serducho, wola walki i niezwykła odporność. Kownacki znów wygrywa!

Jest w tym gościu niesamowita moc i pewność siebie. Jest dążenie do jasno określonego celu – mistrzostwa wagi ciężkiej. Jest radość z boksowania. Jest odpowiednia siła ciosów. Kiedy to wszystko połączy, zdolny jest zrobić w ringu naprawdę fenomenalne rzeczy. Znakomicie oglądało się jego dzisiejszą walkę, która tylko potwierdziła to, co wszyscy wiedzieliśmy: Adama Kownackiego stać na rzeczy wielkie.

Charles Martin, dzisiejszy przeciwnik Kownackiego, to nie pierwszy lepszy bokser z przypadku. Amerykanin ma prawie dwa metry wzrostu i ponad dwa metry zasięgu ciosów. W swojej karierze przegrał tylko jedną walkę – z Anthonym Joshuą, który ponad dwa lata temu odebrał mu pas wagi ciężkiej federacji IBF. Tak przynajmniej było do dzisiaj. Bo po dziesięciu rundach boksowania z Polakiem, sędziowie uznali jednogłośnie, że lepszy był nasz rodak.

Choć dziś nie występował w roli babyface’a, bo do ringu wszedł z nieogolonym zarostem, to wciąż łatwo było Kownackiego lekceważyć, jeśli widziało się go między linami po raz pierwszy. Figurą przypomina raczej typowego wujka Henia z rodzinnych imprez, nie imponuje też techniką, łatwo gubi gardę i często musi przez to przyjmować ciosy. Ale – jak i typowy wujek Henio – głowę ma niesamowicie mocną i potrafi otrząsnąć się po najpotężniejszych uderzeniach rywali. Braki defensywne nadrabia atakiem: kiedy się rozpędzi, trudno go zatrzymać, a ilość ciosów, jakie potrafi zadać w trakcie jednej rundy jest wręcz oszałamiająca. Dziś zaczął, jak na siebie, na spokojnie – po czterech starciach miał na koncie nieco ponad 240 wyprowadzonych uderzeń. 60 na rundę.

Do końca czwartej rundy nie dawał zresztą dojść rywalowi do słowa. Od początku odważnie podszedł do Amerykanina, skracał dystans i starał się atakować, niemal bez chwili wytchnienia. Taktyka oczywista, ale skuteczna, kiedy naprzeciw ma się gościa o takim zasięgu. Do ringu wchodził cięższy niż w poprzednich walkach, choćby tej z Arturem Szpilką, co tłumaczono w najprostszy możliwy sposób: rezygnuje nieco z szybkości na rzecz siły ciosów. I na początku zdawało to egzamin doskonale, wydawało się, że jeszcze runda, maksymalnie dwie, a były mistrz świata wyląduje na deskach.

I wtedy Martin odżył, a Kownacki nieco się cofnął – piąta i szósta runda to prawdopodobnie najgorszy okres Polaka w walce. Inicjatywę zdecydowanie przejął Amerykanin, to on zadawał więcej skutecznych ciosów, a Babyface nie potrafił ich unikać (pamiętacie jeszcze, że ma problemy z trzymaniem gardy, co nie?). To był ten moment pojedynku, w którym zaczęliśmy się martwić o jego rozstrzygnięcie. Na szczęście Adam  nie brał porażki pod uwagę. Nie przy takim dopingu fanów, jaki otrzymał w Barclays Center. Już przy wejściu obu zawodników to Polaka przywitały oklaski, a Amerykanina buczenie. Na wszelki wypadek przypominamy: to starcie odbywało się w Nowym Jorku. Przypominają się czasy Andrzeja Gołoty!

Choć wiadomo, że Adam to postać miejscowa. W USA żyje od kiedy skończył siedem lat, mieszka niedaleko wspomnianej hali, aż siedem ze swoich osiemnastu zawodowych walk stoczył właśnie w niej. Do tego boksuje na amerykańskiej licencji, choć zawsze podkreśla, że jest Polakiem i jego sukcesy zapisują się na konto naszego kraju. To głównie to ostatnie sprawiło, że tylu naszych rodaków wybrało się na tę walkę i przez wszystkie dziesięć rund mogliśmy słuchać chóralnego „Adam Kownacki”, skandowanego z trybun. Szczególnie w tych najtrudniejszych momentach. Nieocenione wsparcie.

Po dwóch gorszych rundach Adam się pozbierał – stanął pewniej na nogach i wrócił do tego, co dawało efekty na początku: napieprzania. Znów przycisnął Martina, znów starał się atakować. Sęk w tym, że Prince, bo taki przydomek nosi Amerykanin, już nieco się w tym wszystkim zorientował i radził sobie z naporem Polaka lepiej, umiejętnie kontratakując. Ostatnie cztery starcia to tak naprawdę wymiana ciosów, w której każda z rund mogła być punktowana w dwie strony. Dlatego drżeliśmy o końcowy wynik, choć z przebiegu całego pojedynku raczej postawilibyśmy na zwycięstwo Adama. I mielibyśmy rację.

Swoją drogą, jeśli nudzą was walki Fury’ego, Wildera czy Joshui, koniecznie odpalcie ostatnią rundę z pojedynku Kownacki – Martin. To, jak Polak się pozbierał w – wydawało się – beznadziejnej sytuacji i odpowiedział na wyprowadzone przez rywala ciosy, to czysta bokserska magia. Szczególnie, biorąc pod uwagę, że ten gość nigdy nie boksował na takim dystansie i nie byliśmy pewni, czy wytrzyma to kondycyjnie. Dostaliśmy najlepsze potwierdzenie tego, że Adam to twardziel i wojownik z krwi i kości.

Udzielając wywiadu po walce, Kownacki powiedział krótko: „Szukam tych największych celów. Myślę, że udowodniłem dziś, że jestem zawodnikiem z pierwszej dziesiątki. Wydaje mi się, że teraz potrzebuję większej walki”. Nie zgadzamy się. Adam nie tyle jej potrzebuje, co po prostu musi ją dostać. Już przed dzisiejszym starciem był dwunasty w rankingu BoxRec, teraz jeszcze poprawił sobie notowania, pokonując byłego mistrza świata. Do tego wciaż jest niepokonany. Pora zrobić kolejny krok, a jeśli postawi go skutecznie, to kto wie… może czeka go walka o pas i spełnienie marzeń?

Fot. Newspix