131 lat czekamy na polski triumf w mikście. Dawaj, Ala
Inne sporty

131 lat czekamy na polski triumf w mikście. Dawaj, Ala

Wiecie, jak to jest: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Agnieszka Radwańska i Magda Linette odpadły w pierwszej rundzie US Open, Hubert Hurkacz dostał lanie od Marina Cilicia w drugiej. Jednym słowem: turniej singla skończył się dla nas jeszcze zanim najlepsi zdążyli się porządnie rozgrzać. Ale – nie ma tego złego. Alicja Rosolska właśnie zameldowała się w finale miksta i jutro zagra o wielkoszlemowy tytuł. Kto by pomyślał!

UEFA niedawno ogłosiła, że zamierza stworzyć trzecie rozgrywki klubowe – coś w sam raz dla pucharowiczów z Ekstraklasy. I tak najlepsi będą walczyć w najbardziej prestiżowej i przynoszącej najwięcej kasy Lidze Mistrzów, dla nieco słabszych zostanie Liga Europy, a ci, którzy się nie załapią ani tu, ani tu – będą mogli kopać (się po kostkach) w nowym Pucharze Parodystów. Czemu o tym piszemy? Bo trochę podobnie pod względem pieniędzy, prestiżu i popularności sprawa wygląda w turniejach tenisowych.

I tak najlepsi grają w singla. Trybuny, zwłaszcza na meczach gwiazd, wypełnione są do ostatniego miejsca. Sam występ w pierwszej rundzie (jak choćby porażka Agnieszki Radwańskiej) to zastrzyk finansowy w wysokości ponad 50 tysięcy dolarów. Za finał turnieju gry pojedynczej kasuje się 1,8 mln, a za zwycięstwo 3,8 mln.

Zupełnie inaczej wygląda sprawa z deblem. Tam zainteresowanie kibiców jest dużo mniejsze, niektóre mecze przyciągają garstkę fanów. Stacje telewizyjne także nie są szczególnie mocno zainteresowane transmisjami. Premie także zupełnie nie przypominają tych, w grze pojedynczej. Za porażkę w pierwszej rundzie dostaje się po 16 tysięcy dolarów (na parę). Finał imprezy to wypłata rzędu 350 tysięcy, a zwycięstwo 700 tysięcy (do podziału na dwóch).

No i dochodzimy do miksta, czyli gry mieszanej. Takie turnieje rozgrywa się tylko na Wielkich Szlemach oraz igrzyskach olimpijskich. Najlepsi singliści na miksta nawet nie patrzą. Z deblistów do gry mieszanej zgłaszają się raczej ci, którzy na wielkie sukcesy w swojej specjalności nie liczą. Kasa w tej zabawie – w porównaniu z singlem, a nawet deblem – jest symboliczna. Dość powiedzieć, że za wygranie turnieju gry mieszanej otrzymuje się mniej niż za wygranie jednego meczu w turnieju singla. Znacznie mniej.

Jednym słowem: mikst to rozgrywki trzeciej kategorii. Ale nie zmienia to podstawowego faktu, że Wielki Szlem, to Wielki Szlem i zwycięstwo w nim ma swoje znaczenie. I właśnie jutro przed taką szansą po raz pierwszy w karierze stanie dość niespodziewanie Alicja Rosolska. Nie zdziwimy się, jeśli wielu z was właśnie pomyślało sobie: kto taki? Bo choć Rosolska w tenisa zawodowo gra od lat, to większych sukcesów nigdy nie notowała. Ot, solidna deblistka.

Zawsze spokojna, cicha, w cieniu innych dziewczyn, najpierw Joanny Sakowicz i Klaudii Jans – Ignacik, potem sióstr Radwańskich. Na polskie warunki grała nieźle, ale w grze pojedynczej się nie przebiła i szybko postawiła na debla. Długo grała z Klaudią, ale potem nie było między nimi chemii i zaczęły grać z innymi partnerkami. Ten sezon jest absolutnie najlepszy w jej karierze – opowiada Adam Romer, redaktor naczelny miesięcznika „Tenisklub”.

Z faktami trudno polemizować. Do tego roku w 44 występach w turniejach wielkoszlemowych nigdy nie przebrnęła 3. rundy. W deblu osiągnęła ją pięć razy, w mikście – raz. W sumie w czasie całej 11-letniej zawodowej kariery wygrała łącznie 1,2 mln dolarów. Nieco ponad 100 tysięcy za sezon, około 10 tysięcy miesięcznie. Mało? Dużo? Jak się podliczy wszystkie koszty, które trzeba ponieść – szału nie ma.

Aż tu nagle przyszedł 2018 rok i nastąpiła zdecydowana odmiana. W połowie roku osiągnęła największy deblowy sukces – półfinał Wimbledonu w parze z Abigail Spears (w ćwierćfinale zwycięstwo nad najlepszą parą świata Timea Babos, Kristina Mladenović). To przyniosło jej wypłatę w wysokości 77 tysięcy dolarów, zdecydowanie największą w karierze. Minęły dwa miesiące i po wielkoszlemowym półfinale przyszedł finał. W US Open Alicja odpadła już w pierwszej rundzie debla. Powetowała to sobie jednak w turnieju gry mieszanej, w parze z Nikolą Mekticiem z Chorwacji.

Te sukcesy przyszły w ciekawym momencie. Ala przecież nie jest już najmłodszą tenisistką. Może zaczęła teraz wygrywać, bo w ubiegłym roku wyszła za mąż, za Amerykanina, bardzo sympatycznego gościa. To jej dało taki spokój i komfort, że w tenisa nie musi już grać, żeby się utrzymać, tylko dlatego, że to jej pasja od dziecka – wyjaśnia Adam Romer. – To pomogło jej zrobić najlepsze wyniki w karierze w wieku 33 lat.

W jutrzejszym finale Rosolska i Mektić zmierzą się z Bethanie Mattek – Sands i Jamie Murray. Amerykanka i Szkot mają już na koncie wielkoszlemowe triumfy (i w deblu, i w mikście) i są faworytami do dołożenia kolejnego. My jednak liczymy na to, że po raz pierwszy w historii gry mieszanej (pierwszy turniej rozegrano w 1887 na US Open) zwycięstwo przypadnie komuś z Polski.

Aha, Alicja Rosolska nie będzie jedyną reprezentantką Polski w finale US Open. O triumf w turnieju debla zagra Łukasz Kubot, w parze z Marcelo Melo. Polsko – brazylijski duet, niedawni liderzy rankingu ATP, w ostatnich miesiącach grał poniżej możliwości. Mówiło się o kryzysie, niektórzy przebąkiwali o konieczności zmian. Panowie jednak przegrupowali się i w wielkim stylu wracają na szczyt. Dziś po trzech setach pokonali Albota i Jaziriego, dzięki czemu zagrają w finale.

Dwa polskie zwyciestwa? Zdecydowanie, nie mamy nic przeciwko!

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz