Pięciu wspaniałych. Kto zostanie nowym królem wagi ciężkiej?
Inne sporty

Pięciu wspaniałych. Kto zostanie nowym królem wagi ciężkiej?

Efe Ajagba, Filip Hrgović, Tony Yoka, Joe Joyce i Ivan Dyczko – zapamiętajcie te nazwiska. Każdy z tych pięściarzy ma na koncie sukcesy na ringach amatorskich i ostatnio coraz lepiej radzi sobie w gronie zawodowców. Choć mają na koncie zaledwie po kilka walk i jeszcze nie podbijają rankingów, to w ostatnich miesiącach bywało o nich naprawdę głośno. Z różnych, nie tylko sportowych względów…

Boks olimpijski i zawodowy często mają się do siebie jak krzesło do krzesła elektrycznego – mawiają niektórzy znawcy tematu. Faktycznie – przejście z jednego do drugiego wcale nie jest takie łatwe. Niektórzy… nie robią tego w ogóle. Genialni Kubańczycy wciąż nie mogą ze względów politycznych (chyba, że zdecydują się wcześniej na ucieczkę z ojczyzny), a Włosi mają tak udany system wsparcia olimpijczyków, że często żyją oni wygodniej niż niektórzy poważni zawodowcy.

Nie każdy utytułowany amator zostaje świetnym zawodowcem, ale ta zależność działa też w drugą stronę – nie każdemu wysoko notowanemu profesjonaliście udało się wcześniej zapisać piękną kartę w boksie olimpijskim. Bryant Jennings (24-2, 14 KO) zaczął boksować mając 24 lata. Stoczył garść walk na amatorstwie i niemal z miejsca przeszedł na zawodowstwo, gdzie pokonywał między innymi Siergieja Liachowicza i Mike’a Pereza – medalistów dużych amatorskich imprez sprzed lat. Jego ofiarą padł także Artur Szpilka – amatorski mistrz Polski oraz ćwierćfinalista mistrzostw świata juniorów.

Pewnie jest zatem jedno – w boksie nie ma reguły, ale patrząc na współczesną wagę ciężką pewne tendencje widać jednak wyraźnie. Trzy pasy mistrzowskie posiada obecnie Anthony Joshua (21-0, 20 KO), jeden z kolei należy do Deontaya Wildera (40-0, 39 KO). Obaj mają na koncie medale igrzysk olimpijskich (Joshua złoto w 2012 roku, Wilder brąz 4 lata wcześniej). Brytyjczyk wcześniej został także amatorskim wicemistrzem świata, Amerykanin z kolei zdobywał ważne trofea na poziomie krajowym. Sukcesy w boksie olimpijskim nie przeszkadzają w dalszej karierze i mogą właściwie tylko pomóc. W ostatnich miesiącach na zawodowych ringach pojawiło się pięciu pięściarzy z ciekawą amatorską przeszłością, którzy w ekspresowym stylu pokonują kolejne szczeble i lada moment mogą zacząć stanowić realne zagrożenie dla miłościwie nam panujących.

Kandydat numer jeden – nowy nigeryjski koszmar?

O nim w ostatnich dniach zrobiło się najgłośniej. Efe Ajagba (6-0, 5 KO) w szóstym zawodowym pojedynku miał zmierzyć się z doświadczonym Curtisem Harperem (13-6, 9 KO). Walki jednak nie było – zamiast tego kibice obejrzeli kuriozalny happening. Pozornie wszystko wyglądało jak zawsze. Dzień przed pojedynkiem pięściarze stanęli na wadze, a potem normalnie wyszli do ringu. Ajagba był wyraźnym faworytem, jednak 24 sierpnia nie mógł pokazać nawet części swoich niebagatelnych umiejętności.

Zawodnicy wysłuchali ostatnich instrukcji arbitra, przywitali się na środku ringu, a potem zabrzmiał gong. Sekundę później Harpera nie było już w ringu – po prostu z niego wyszedł i nie oglądając się za siebie udał się do szatni. W szoku byli wszyscy – głównie Ajagba, ale także kibice oraz komentatorzy. Walka otwierała bowiem przekaz telewizyjny i nagle powstała spora dziura do załatania.

Z miejsca pojawiły się dziesiątki teorii spiskowych. Podobno Harper protestował, bo dostał za mało pieniędzy. Według innej z wersji wszystko miało być ukartowane, a ukrytym celem miała być… promocja Ajagby. Faktycznie – klip z „walki” po kilku godzinach obejrzały miliony internautów, które pewnie po raz pierwszy usłyszały o urodzonym w Nigerii pięściarzu.

Prawda leżała gdzieś po środku – Harper podpisał kontrakt na walkę, ale… w żadnym z zapisów nie było ani słowa o tym, że pojedynek zostanie pokazany w telewizji. Gdy pięściarz dowiedział się o tym dzień przed walką, zażądał renegocjacji warunków umowy i lepszej stawki. W jakimś sensie trudno mu się więc dziwić, jednak tak osobliwej formy protestu świat boksu wcześniej nie widział.

Dlaczego w tym całym zamieszaniu warto zwrócić uwagę na Ajagbę? Ma dopiero 24 lata i wyróżnia się kapitalnymi warunkami fizycznymi. Mierzy 196 cm, jednak zasięg jego rąk wynosi aż 224 cm! Żaden pięściarz z szerokiej czołówki nie może się pochwalić w tej kwestii lepszym wynikiem. Od niedawna jego trenerem jest Ronnie Shields, który ma na koncie pracę z legendami wagi ciężkiej – Mikiem Tysonem i Evanderem Holyfieldem. Nigeryjczyk już wcześniej pokazał, że potrafi nokautować naprawdę spektakularnie – dowiódł tego podczas igrzysk olimpijskich w Rio.

„Uważnie obserwowałem wtedy Ajagbę. W pierwszej walce eliminacyjnej błyskawicznie znokautował solidnego jak mogło się wydawać Nigela Paula. Na ringach olimpijskich utrzymywał wysoki procent zwycięstw przez nokaut i można dostrzec w nim łatwość do przewracania rywali. To mocna karta przetargowa wśród profesjonalistów i już teraz wiemy, że tego asa będzie regularnie wyciągał przy okazji kolejnych pojedynków” – ocenia Piotr Jagiełło, komentator boksu w TVP Sport.

„Wcześniej Ajagba trenował – delikatnie mówiąc – w byle jakich warunkach, więc pod okiem Ronniego Shieldsa i zaangażowanego sztabu ludzi powinien czynić regularne postępy. Jest młody, głodny i zdeterminowany. Nigeryjczycy mogą mieć kolejny koszmar w ciężkiej wadze. Warto śledzić tego osiłka” – dodaje Jagiełło.

Ostatnim czempionem z tego kraju i faktycznym „nigeryjskim koszmarem” był Samuel Peter (36-6, 29 KO), który po pas federacji WBC sięgnął w 2008 roku. Wcześniej w gronie zawodowców wyróżniali się między innymi Herbie Hide (49-4, 43 KO) i Ike Ibeabuchi (20-0, 15 KO). Nigeryjskie korzenie ma przecież także Anthony Joshua – to właśnie z tego kraju do Anglii wyemigrowali jego rodzice.

Kandydat numer dwa – chorwacka hybryda braci Kliczko

Jeśli Ajagba to bokserski żywioł, to Filip Hrgović (5-0, 4 KO) jest raczej siłą spokoju. Zawodowcem nie jest jeszcze nawet od roku, a statystyczny serwis Boxrec już klasyfikuje go na 32. pozycji wśród wszystkich ciężkich. Za parę dni może awansować dużo wyżej, ale musi spełnić jeden warunek. 8 września na gali w Zagrzebiu będzie boksował z doświadczonym Amirem Mansourem (23-2-1, 16 KO). Stawką pojedynku będzie także jeden z mniej znaczących pasów federacji WBC, który da zwycięzcy przepustkę do czołowej piętnastki rankingu i realną szansę na walkę z Deontayem Wilderem.

Hrgović ma dopiero 26 lat, a na amatorstwie zdążył zostać mistrzem Europy (2015) oraz brązowym medalistą igrzysk w Rio. Legendy na jego temat krążyły już wcześniej. W 2013 roku to on sprawił, że nie doszło do hitowej walki Davida Haye’a z Tysonem Furym. Na jednym z ostatnich sparingów potężny cios Chorwata sprawił, że „Hayemakerowi” pękł łuk brwiowy i pojedynek trzeba było odwołać. Hrgović był także sparingpartnerem Kubrata Pulewa przed mistrzowską walką z Władimirem Kliczką. Nic dziwnego – jego styl faktycznie może kojarzyć się trochę z tym, z czego słynęli ukraińscy dominatorzy wagi ciężkiej.

„Coś w tym jest – Hrgović przypomina taką hybrydę braci Kliczków. Ma świetne podstawy techniczne i potrafi wyprowadzić każdy cios. Dla mnie jest obecnie jedynym godnym spadkobiercą starej szkoły jugosłowiańskiej. Już jest w Chorwacji wielką gwiazdą, a nie zdziwię się jeśli zostanie kimś na miarę Novaka Djokovicia u Serbów, bo jest naprawdę tak dobry” – przewiduje Jakub Biłuński, pięściarski analityk portalu Bokser.org.

„Hrgović ma naturalną pracę nóg. Może nie ma takiej siły ciosu jak Joshua, ale nawet w jego walkach olimpijskich było widać, że to zawodnik najbardziej predysponowany do zawodowego boksu z ówczesnej elity. Chorwat nie boi się wymian i składa ciekawe kombinacje. Walka z Mansourem to kapitalna sprawa – może zbudować Hrgovicia jako najlepszego z grona tych wschodzących gwiazd. Zdecydowanie jest poważnym materiałem na przyszłego mistrza świata. Z całej tej piątki wydaje się być na ten moment pięściarzem najbardziej zaawansowanym technicznie” – dodaje Biłuński.

Choć Hrgović nie osiągnął jeszcze nic znaczącego na ringach zawodowych, to w ojczyźnie już został wyróżniony Orderem Chorwackiej Jutrzenki. Za rozwój jego kariery odpowiadają bracia Sauerlandowie – wciąż znaczące postacie w świecie europejskiego boksu. Plan wydaje się prosty – wszyscy na każdym kroku podkreślają, że 26-latek jest gotowy na największe wyzwania i ma być ekspresowo prowadzony w kierunku mistrzowskiej walki.

Kandydat numer trzy francuski Joshua po przejściach

Na drodze do olimpijskiego złota stanął Hrgoviciowi w Rio Tony Yoka (5-0, 4 KO). Dziś obaj mają na zawodowstwie identyczny bilans i podobną pozycję. Pierwszy jest absolutnym bohaterem w Chorwacji, drugi z kolei przyciąga do boksu coraz większe tłumy we Francji. Obaj urodzili się w 1992 roku i najlepsze zdają się mieć dopiero przed sobą.

Yoka wygląda na kolejne „złote dziecko” boksu. Można odnieść wrażenie, że jego kariera przebiega nadzwyczaj harmonijnie. Amatorskie mistrzostwo świata? Jest. Olimpijskie złoto? Zaliczone. Ten drugi triumf smakował szczególnie – nigdy wcześniej żaden reprezentant Francji nie wygrał olimpijskich zawodów w najcięższej kategorii. Triumf Yoki w finale wielu ekspertów uważało jednak za dyskusyjny, co jest kolejną rzeczą, która łączy go… z Anthonym Joshuą. Wygrana Brytyjczyka cztery lata wcześniej także pozostaje kwestionowana do dziś.

Po przejściu na zawodowstwo Francuz związał się z doświadczonym trenerem Virgilem Hunterem, który największe sukcesy świętował z genialnym Andre Wardem (32-0, 16 KO) – niepokonanym mistrzem świata dwóch kategorii wagowych. Yoka stoczył pięć walk – wszystkie we Francji. W ostatniej pokonał przed czasem słynącego z twardej głowy Dave’a Allena (13-3-2, 10 KO). W międzyczasie pojawił się jednak pewien osobliwy problem…

Pięściarz przyciągał na trybuny coraz więcej fanów i budził coraz większe zainteresowanie. Podpisał czteroletnią umowę z Canal+, która miała mu zagwarantować nawet 10 milionów euro. Między lipcem 2016 roku a lipcem 2017 roku wystąpił zgrzyt – Yoka trzykrotnie naruszył przepisy Francuskiej Agencji Antydopingowej (AFLD). Za każdym razem w ten sam sposób – nie poinformował o swoim miejscu pobytu, co jest kluczowe dla funkcjonowania wyrywkowego programu antydopingowego. Został zawieszony na rok. „To zbyt ciężka kara za coś, co zostało wskazane jako zwyczajne niedopełnienie formalności. Będziemy się odwoływać” – zapowiadał adwokat pięściarza. Wcześniej pojawił się kolejny problem – z powodu choroby trenera zawieszona została współpraca z Hunterem.

Jak Yoka prezentuje się pod kątem czysto pięściarskim? Imponuje przede wszystkim sposobem poruszania się w ringu. Zupełnie nie wygląda na kogoś, kto waży prawie 110 kilogramów. Choć nie dysponuje potężnym pojedynczym ciosem, to coraz lepiej składa kombinacje. Twardego Allena zastopował właśnie kumulacją uderzeń.

„Ten pojedynek pokazał, że Yoka zaczyna wcielać w życie filozofię boksu wpajaną mu przez byłego już niestety trenera Virgila Huntera. Szkoleniowiec chciał, by praca nóg Francuza była bardziej wydajna. Próbował eliminować amatorskie naleciałości – takie jak zbyt dużo „biegania” po obrzeżach ringu. Kontrola dystansu przednią ręką przez dwumetrowca wygląda coraz lepiej. Coraz skuteczniej też „przysiada” na ciosach, co odczuł wspomniany Allen” – tłumaczy Andrzej Pastuszek, pięściarski analityk portalu boxing.pl oraz autor wideobloga RSC, w którym rozkłada boks na czynniki pierwsze.

„Tony to inteligentny kontrbokser, którego styl powinien szlachetnieć jak dobre wino. Przy dobrym prowadzeniu i stałych postępach Francuz powinien dołączyć do elity, a przy możliwym w przyszłości ‚uwolnieniu’ pasów może będzie w stanie sięgnąć po jeden z tytułów. Pracy jest jednak dużo i szkoda, że „lepienia” przyszłego czempiona nie dokończy Virgil Hunter” – dodaje Pastuszek.

Kandydat numer cztery – faworyt Davida Haye’a

W finale ostatnich igrzysk olimpijskich Yoka pokonał w dyskusyjnych okolicznościach Joe Joyce’a. Obaj na zawodowstwo przeszli niedługo po zakończeniu turnieju, ale Brytyjczyk wydaje się mieć zdecydowanie mniej czasu. Ma 32 lata – to naprawdę zaawansowany wiek jak na pięściarza, który stawia pierwsze kroki na zawodowstwie. Tyle ma na przykład Deontay Wilder, który zdążył zaliczyć 40 zawodowych walk.

Nie da się ukryć – Joyce późno trafił do boksu. Pierwszy raz założył rękawice gdy miał 22 lata. Wcześniej zapowiadał się na dobrego lekkoatletę. Ogólnej sprawności może mu do dziś zazdrościć wielu pięściarzy. Jego znakiem rozpoznawczym jest przede wszystkim intensywny styl, ale także robione po zwycięstwach w ringu salto.

Na zawodowstwie Joyce trafił pod skrzydła Davida Haye’a. Wszyscy wiedzieli, że potrzebował ekspresowego prowadzenia i początkowo faktycznie na to się zanosiło. Z czasem jednak jego kariera wyhamowała. Haye próbował załatwić mu walkę z Dereckiem Chisorą (29-8, 21 KO), ale publiczne negocjacje zakończyły się niepowodzeniem i kompromitacją.

Gdy „Hayemaker” zakończył karierę po drugiej porażce z Tonym Bellew, Joyce znalazł się na rozdrożu. Wcześniej obaj pracowali z Ismaelem Salasem, ale trener postanowił poszukać nowych wyzwań. Ambitny pięściarz postanowił zaryzykować. Wyleciał do USA, by przekonać do siebie Abela Sancheza – długoletniego szkoleniowca Giennadija Gołowkina. Przy okazji udało się znaleźć także nowego promotora i Joyce dołączył do projektu Ala Haymona.

„Oglądanie boksu Joyce’a nie przysporzy kibicom doznań estetycznych. Rusza się jak wóz z węglem, a jego ciosy nie należą do najszybszych. Ma jednak znakomite warunki fizyczne, dobry lewy prosty, stosunkowo ciężkie ręce i ciąg na rywala. W odróżnieniu od kilku napompowanych mięśniami rywali z wagi ciężkiej Joyce jest twardy i niezmordowany. Potrafi narzucać mocne tempo i wywierać nieprzyjemną presją. Niejednego rywala zajechał podczas sparingów i pewnie niejednego zajedzie w oficjalnej walce” – przewiduje Andrzej Pastuszek.

„Jaki ma potencjał? Moim zdaniem zbliżony do Jarrella Millera (pięściarz z TOP 5 trzech federacji – przyp. red.), czyli bez większych szans na zdobycie tytułu, ale ze stylem gwarantującym ciekawe starcia z bokserami z czołówki rankingu. Jeśli doczeka się mistrzowskiej szansy, to w niesprzyjających dla siebie okolicznościach i na pewno nie będąc faworytem” – dodaje autor bokserskiego vloga RSC.

Kandydat numer pięć – gigant z Kazachstanu

Wyjątkowym egzemplarzem jest także ostatni z tej piątki. Ivan Dyczko (7-0, 7 KO) pochodzi z Kazachstanu, ale kolejne zawodowe szczeble pokonuje w USA. Jest najwyższy z tego grona (206 cm) i zdążył zaliczyć najwięcej walk w gronie profesjonalistów. Żaden z jego pojedynków nie wyszedł na razie poza trzecią rundę, ale też trzeba przyznać, że nie walczył jednak z tak solidnym rywalami jak choćby Joyce czy Yoka.

Dyczkę wyróżnia też coś innego – dwukrotnie zdobył medal igrzysk olimpijskich i za każdym razem był to brąz. W 2012 roku przegrał minimalnie w półfinale z Anthonym Joshuą, z kolei cztery lata później na tym samym etapie lepszy okazał się inny Brytyjczyk – Joe Joyce. Ogólnie jego bilans amatorskich walk musi robić wrażenie – wygrał 181 walk przy zaledwie 18 porażkach. Oprócz dwóch medali igrzysk ma także w gablocie aż trzy krążki mistrzostw świata.

„Medale najważniejszych światowych imprez plus kapitalne warunki fizyczne – Dyczko z pewnością będzie niewygodny w ringu dla wielu przeciwników, ale na razie jest wokół niego sporo znaków zapytania. Nie jest tak eksplozywny jak Ajagba, choć na razie porozbijał dokumentnie wszystkich rywali. To pięściarz o regularnej charakterystyce, który poniżej pewnego poziomu nie schodzi” – ocenia Piotr Jagiełło.

„Czy będzie w stanie dołączyć element zaskoczenia do swojego repertuaru? Na razie musimy poczekać ze zdecydowanymi sądami. Komentowałem jego pojedynek na igrzyskach olimpijskich z Ajagbą, który wygrał skrupulatnością. Mam jednak wrażenie, że dzisiejszy Ajagba byłby już o wiele bardziej złożony w ringu niż podczas brazylijskich zmagań” – dodaje komentator boksu w TVP Sport.

Główną motywacją Dyczki do przejścia na zawodowstwo jest chęć rewanżu z Anthonym Joshuą. W półfinale igrzysk przegrał minimalnie (11:13), ale zdaniem wielu ekspertów ten wynik nie oddawał przebiegu wydarzeń w ringu. Ciosy Kazacha miały większą wymowę, a oprócz tego boksował z wykorzystaniem lepszych warunków fizycznych. Rewanż to jego ostateczny cel, ale zanim w ogóle stanie się realną perspektywą, to Dyczkę czeka jeszcze kilka mniejszych kroków.

Ogólna ocena pięciu największych talentów wagi ciężkiej z bogatym zapleczem amatorskim sprowadza się w dużej mierze do osobistych preferencji. Efe Ajagba ma naturalną siłę i znakomite warunki fizyczne. Filip Hrgović wydaje się być za to idealnie stworzony do boksu zawodowego – na pewno może się pochwalić twardą szczęką i już zdążył zostać bohaterem sparingowych legend. Tony Yoka potrafi robić wokół siebie szum i może okazać się postacią, dzięki której francuski boks zdoła się odbudować. Joe Joyce ma z tego grona najmniej czasu, ale też na tę chwilę najbardziej wybuchowy styl, który powinien pozwolić mu szybko dołączyć do szerokiej czołówki. Ivan Dyczko z kolei zdaje się mieć wszystko, by zostać kolejnym gigantem, którego wszyscy najlepsi będą chcieli unikać.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
danny_trejo

Ladne podsumowanie.

wpDiscuz