Ekstraklasa w Katowicach? A komu to potrzebne?
Weszło

Ekstraklasa w Katowicach? A komu to potrzebne?

Cztery porażki w pięciu ostatnich meczach – tak fatalna passa GKS-u Katowice sprawiła, że klub znalazł się już w okolicach strefy spadkowej. Z dorobkiem punktowym na poziomie Warty Poznań, targanej gigantycznymi zawirowaniami właścicielskimi. Warty, która rozegrała o dwa mecze mniej. Dwunastopunktowa strata do lidera nie zwiastuje nic optymistycznego w kontekście walki o awans do ekstraklasy, a to przecież – jak co roku – miało być celem katowiczan. Latem zatrudniono cały tabun doświadczonych zawodników, tymczasem sezon rozpoczął się dla GieKSy po prostu dramatycznie słabo.

Patrząc na doroczne boje katowickiej drużyny o powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej, aż się prosi o sparafrazowanie dowcipu:

Halo?

Ekstraklasa? Sorry, ale w tym sezonie nie mamy zamiaru awansować.

Przecież to wy dzwonicie…

Zostajemy w pierwszej lidze. Na razie.

Posada trenera Jacka Paszulewicza już teraz wisi na włosku, choć sezon na dobrą sprawę dopiero się rozkręca. W poniedziałek odbyło się w klubie długie zebranie, na którym decydowały się dalsze losy szkoleniowca. Ostatecznie stanęło na tym, że zarząd GKS-u zaakceptował plany Paszulewicza na poprawę katastrofalnej formy zespołu. Prezes klubu, Marcin Janicki, podkreślał po tym spotkaniu, że uważnie oglądał ostatni mecz (przegrany 1:2 z Chojniczanką na wyjeździe) i styl gry katowiczan nie był całkowicie do chrzanu. Niemniej – wyniki muszą ulec szybkiej odmianie.

Zgodziliśmy się, że potencjał zespołu i jego gra są lepsze niż wyniki. Dlatego postanowiliśmy nie dokonywać nerwowych ruchów z wiarą, że plan przedstawiony przez sztab przyniesie oczekiwane efekty – stwierdził Janicki w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim. Choć trochę chyba w tym wszystkim przesady. Nie żebyśmy podżegali do zmian trenera, ale akurat styl gry GieKSy wcale w starciu z Chojniczanką nie porwał. Goście z pewnością nie zasłużyli na porażkę, to fakt, ale mogli też zrobić znacznie więcej, żeby poprzednie spotkanie wygrać. Szybko strzelony gol spadł im jak gwiazdka z nieba, wystarczyło pójść za ciosem i dobić marnie dysponowanych zawodników z Chojnic.

Tymczasem Paszulewicz postawił przede wszystkim na kunktatorstwo i nieźle się na tym przejechał. Można było liczyć, że tak doświadczony zespół nie popełni błędów i uda się strzelić w końcówce drugą bramkę – żalił się po spotkaniu szkoleniowiec. I pewnie po części ma rację, ale przede wszystkim trzeba było odważniej ruszyć za szansą na przełamanie. Kuć żelazo póki gorące. Tej odwagi zabrakło trenerowi i drużynie, co skończyło się sporego kalibru frajerstwem i w konsekwencji trzecią porażką z rzędu.

I awans jak zwykle ucieka. Podobnie było przecież w zeszłym sezonie – Marcin Krupa, prezydent Katowic, w połowie września ubiegłego roku oznajmił publicznie, że sezon dla klubu jest już stracony, a celem powinien być awans do ekstraklasy w 2019 roku. Zbliża się rocznica tamtego wywiadu i jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie złożyć oświadczenie, że awans zaplanowano jednak na rok 2020. I tak w kółko.

Cóż – to, że potencjał zespołu powinien skutkować znacznie lepszymi rezultatami, o czym wspominał prezes, widać gołym okiem. Klub w ostatnich dniach wzmocnił na zasadzie wypożyczenia Bartosz Śpiączka, ale to nie jedyny zawodnik z całkiem bogatym w ekstraklasowe przygody CV, który latem wylądował w Katowicach. Niepowodzenie z ubiegłego sezonu potraktowano jako pretekst do prawdziwej kadrowej rewolucji.

Śpiączka, Remisz, Lisowski, Piesio, Woźniak, Rumin, Puchacz, Pawełek, Kurowski, Wawrzyniak, Łuszczarz, Michalik – lista ściągniętych zawodników ciągnie się w nieskończoność, bo to są tylko te najbardziej rozpoznawalne nazwiska. Jednocześnie mnóstwo ważnych ogniw odeszło z klubu. To działania wykonane z absolutną premedytacją. Prezes Janicki zapowiadał je już w maju. Ostatnie mecze pokazały, że skład należy odświeżyć. Myślę, że będzie znaczna wymiana zawodników, większa niż w zeszłym roku. (…) W poprzednich latach walka o awans to w moim przekonaniu były bardziej chęci niż możliwości. Teraz jest inaczej. Marka o nazwie „GKS” musi walczyć o najwyższe cele – mówił w rozmowie z Gazetą Wyborczą.

W gruncie rzeczy trudno się dziwić, że Paszulewicz wciąż nie może się w tym całym chaosie połapać. Z drugiej strony – on sam, wraz z dyrektorem sportowym Tadeuszem Bartnikiem, dał tej kadrowej rewolucji twarz i uzasadniał ją w mediach górnolotnymi hasłami.

Krótko mówiąc – nawarzył sobie piwa, to teraz musi je wypić.

– Mamy świadomość, że zmian było wiele. Skala przedsięwzięcia jest ogromna, staraliśmy się przyjąć założenia, które stały się konkretnym kryterium doboru zawodników – opowiadał latem wspomniany Bartnik. – Kluczowe było zachowanie racjonalizmu. Szukaliśmy piłkarzy młodych i perspektywicznych, którzy będą projektem na przyszłość, ale także zawodników, którzy mają doświadczenie z gry na wysokim poziomie. Piłkarze byli wybierani również pod kątem stylu preferowanego przez sztab.

Wszystko to brzmiało znakomicie, ale praktyka w tym przypadku brutalnie wyjaśniła imponującą teorię. Zrewolucjonizowany GKS jest na początku września 2018 roku na piętnastym miejscu w tabeli. Ma na koncie siedem punktów, uciułanych z trudem w ośmiu meczach. To wynik o jeden punkt gorszy niż w analogicznym momencie ubiegłego sezonu. Generalnie zatem – wiele się musiało w Katowicach zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Zaś ekstraklasy wciąż na horyzoncie nie widać.

fot. 400mm.pl