Gdy wspólny wróg łączy. Wilder kontra Fury… z Joshuą w tle
Inne sporty

Gdy wspólny wróg łączy. Wilder kontra Fury… z Joshuą w tle

Ten pomysł długo wydawał się po prostu niedorzeczny. Tyson Fury (27-0, 19 KO) dopiero co wrócił na ring po przeróżnych perypetiach zdrowotnych (i nie tylko) i po dwóch walkach z mało wymagającymi przeciwnikami miałby od razu walczyć o mistrzowski pas? Szalony plan zostanie wcielony w życie jeszcze w tym roku – po ostatniej wygranej obok Fury’ego w ringu pojawił się Deontay Wilder (40-0, 39 KO). Obaj potwierdzili, że wszystko jest już dogadane i rozpoczęli promocję pojedynku, który ma dojść do skutku w listopadzie lub na początku grudnia.

Łączy ich wiele – nie tylko ponadprzeciętny wzrost (obaj mierzą ponad dwa metry), ale przede wszystkim niechęć do Anthony’ego Joshuy (21-0, 20 KO). To właśnie Brytyjczyk jest powszechnie uznawany za najlepszego pięściarza kategorii ciężkiej. Na ten status uczciwie zapracował – zebrał już 3 z 4 mistrzowskich pasów najważniejszych federacji. Wysłał na emeryturę Władimira Kliczkę (64-4), a oprócz tego był pierwszym, który pokonywał wysoko notowanych dziś pretendentów – Dilliana Whyte’a (16-0) i Dominika Breazeale’a (17-0). W ostatnim występie zaprosił do tańca Josepha Parkera (24-0) – ówczesnego mistrza organizacji WBO. Pewnie wygrał na punkty, powiększając liczną kolekcję trofeów o kolejny cenny skalp.

Wszystko w karierze Joshuy wydaje się idealnie zaplanowane – czasami aż do przesady. Najpierw w kontrowersyjnych okolicznościach wywalczył olimpijskie złoto w Londynie w 2012 roku, co pozwoliło mu wyrobić sobie rozpoznawalność. Na zawodowstwie był prowadzony wyjątkowo rozsądnie i krok po kroku pokonywał kolejne przeszkody. Po pierwszy tytuł mistrza świata sięgnął w kwietniu 2016 roku – trochę szybciej niż zakładał plan. Cała reszta to efekt kuli śnieżnej w skali globalnej. Kolejne nokauty napędzały koniunkturę i coraz większe areny zaczynały pękać w szwach. Gdy po raz pierwszy wyprzedał Wembley do ostatniego miejsca – zbierając bezprecedensowe w europejskich warunkach 90 tysięcy widzów na trybunach – to mimo wszystko chyba mało kto mógł się spodziewać, że wkrótce stanie się to regułą.

Można go lubić lub nie, ale Joshua gra w swojej lidze. Nikt w kategorii ciężkiej nie zarabia tyle co on, ale też nikt – może poza Canelo Alvarezem – nie gwarantuje sprzedaży takiej liczby pakietów Pay-Per-View. Oczywiście nie wszystkim się to podoba – dotyczy to zwłaszcza tych, którzy sami widzą siebie w roli liderów. Wilder w pewnym sensie jest do takiej funkcji naturalnym kandydatem. Mistrzowski tytuł posiada o ponad rok dłużej niż Joshua, ale nigdy nie zrobił nic w kierunku jakiejkolwiek unifikacji. Rywali wybierał na własnych warunkach – długo nie podejmując w tej kwestii większego ryzyka. Gdy Brytyjczyk wyprzedawał w kraju coraz większe areny, Wilder miał problem z zebraniem kompletu widzów w rodzinnej Alabamie. Joshua bił na Wyspach rekordy w liczbie sprzedanych pakietów PPV i zaczął zarabiać dziesiątki milionów funtów. Amerykanin… ani razu nie walczył na takich warunkach i inkasował około 10 razy mniej.

W skrócie: dzieliło ich prawie wszystko – może poza wysokim mniemaniem o sobie. Wilder faktycznie został pierwszym amerykańskim mistrzem świata w kategorii ciężkiej od ponad dekady, ale kompletnie nie potrafił tego faktu przekuć na marketingowy zysk. Patrząc z boku można odnieść wrażenie, że po prostu zaufał nieodpowiednim ludziom. Wokół niego jest wielu doradców, menedżerów i promotorów, ale nie ma człowieka, który miałby pomysł jak zrobić z niego gwiazdę. W teorii nie powinno to być specjalnie trudne – Amerykanin ma efektowny styl, a do tego nie przebiera w słowach. Ponadto walczy przecież w słusznej sprawie (dla chorej córki), a po drodze zdążył zrobić sporo w temacie walki z dopingiem. To właśnie ostre testy, których od dawna domaga się jako mistrz, pozwoliły złapać na niedozwolonym wspomaganiu Aleksandra Powietkina (34-1) i Andrzeja Wawrzyka (34-1).

Fury – bokserski wyrzut sumienia…

No dobrze, ale gdzie w świecie zdominowanym przez Joshuę i Wildera jest miejsce dla Tysona Fury’ego? Co by nie mówić, to przecież właśnie od niego zaczęła się cała rewolucja. To Fury jako pierwszy dokonał niemożliwego – w listopadzie 2015 roku pokonał panującego od ponad dekady wielkiego Kliczkę i to na jego terenie. Nie dał z nim jednak tak porywającej wojny jak jego rodak Joshua – wręcz przeciwnie. To była właściwie wyprana z emocji taktyczna potyczka, w której pretendent po prostu zrobił wystarczająco dużo, by wygrać większość rund.

Z czasem miało się okazać, że sensacyjny triumf był w pewnym sensie początkiem końca Fury’ego. Pokonany mistrz za wszelką cenę chciał doprowadzić do rewanżu, który miał zagwarantowany w kontrakcie. Do drugiej walki jednak nigdy nie doszło – Brytyjczyk dwukrotnie wykręcał się kontuzjami, a potem okazało się, że podczas przygotowań wpadł na zażywaniu kokainy. Nowy czempion zniknął ze szczytu niemal tak samo nagle jak się tam pojawił. Publicznie przyznał się potem do depresji i myśli samobójczych. „To była najtrudniejsza walka w moim życiu – o wiele gorsza niż jakakolwiek z tych, które stoczyłem w ringu” – powie kilka miesięcy później.

Na ring wrócił dopiero w czerwcu 2018 roku – ważył aż o 13 kg więcej niż podczas starcia z Kliczką, a i tak podobno zdążył zrzucić o wiele większy nadbagaż. Starcie z Seferem Seferim (23-1) – drugim najlepszym Albańczykiem w niższej kategorii junior ciężkiej – okazało się farsą na wielu poziomach. Fury robił show na konferencjach prasowych i znów przyciągał uwagę, ale w ringu nie potrafił powalić na deski niższego o 26 centymetrów (!) przeciwnika. Po czterech rundach Seferi został w końcu poddany przez narożnik, a zwycięzca zapowiedział, że lepiej spisze się w kolejnym występie.

Drugą walkę „na powrót” mogliśmy obejrzeć 18 sierpnia. W teorii poprzeczka poszła do góry – rywalem Fury’ego został Francesco Pianeta (35-4-1), który w 2013 roku walczył nawet o tytuł mistrza świata z Władimirem Kliczką. Dziś jest już jednak cieniem samego siebie – obie poważniejsze walki na przestrzeni ostatniego roku przegrał. Przed czasem potrafił go skończyć nie tylko Kliczko – robili to także mocno już rozbici Rusłan Czagajew (33-2-1) i Kevin Johnson (31-8-1). Fury tymczasem przeboksował z Pianetą pełne dziesięć rund. Ani przez moment nie było zagrożenia, że zwycięży przed czasem. Znowu dużo się popisywał i choć wygrał każdą z rund, to zdecydowanie nie zachwycił. Kibice w Belfaście chwilami gwizdali i mieli do tego pełne prawo – to była po prostu słaba walka, która chwilami bardziej przypominała sparing.

Obraz ringowej nędzy uzupełniają liczby. Dysponujący dużo lepszymi warunkami fizycznymi Fury doprowadził do celu 107 z 620 ciosów – zaledwie 17,3 procenta! To dużo gorsza skuteczność od tej, którą zaprezentował nawet podczas specyficznych bokserskich szachów Kliczką (23 proc.). Jeszcze bardziej druzgocąca okazała się statystyka ciosów prostych bitych przednią ręką. Brytyjczyk trafił zaledwie siedem (!) takich ciosów na 394 próby! Tyle samo „jabów” w walkach poprzedzających starcie z ukraińskim mistrzem doprowadzał do celu średnio… w jednej rundzie!

Problem widzą chyba wszyscy – oczywiście poza samym zainteresowanym. „Nie wiem jaką walkę oglądałeś, ale kibice bawili się świetnie, a ja w ringu czułem się jak Sugar Ray Leonard! Podobała mi się każda minuta! Nie przyjąłem ani jednego ciosu. Chciałbym zobaczyć jak ty radzisz sobie z Francesco Pianetą, ale na pewno zostałbyś znokautowany” – przekonywał na gorąco jednego z dziennikarzy, któremu walka nie przypadła do gustu.

To klasyczna taktyka Fury’ego – wszystko, co nie pasuje do jego idealistycznej wizji świata, jest zwyczajnie wyśmiewane lub pomijane. O niewygodnych faktach się nie mówi – zamiast tego lepiej snuć kolejne wielkie zapowiedzi. Tak też oczywiście było i w tym przypadku. „Zobaczycie, znokautuję dla was Deontaya Wildera. To nie on przyleci do mnie do Anglii, tylko ja polecę do niego do USA. Te 10 rund z Pianetą to było dokładnie to, czego potrzebowałem. Świetnie wyglądało to w telewizji, a ja pokazałem naprawdę niewygodny boks na najwyższym poziomie” – przekonywał Fury, ale nie do końca wiadomo kogo – ludzi czy siebie? Wiadomo jednak, że na pewno nie przekonał komentującego ten pojedynek w Polsacie Sport Grzegorza Proksy.

„Fury nie ma najmniejszych szans z Wilderem. Myślałem, że usnę na tym pojedynku! W tych pierwszych dwóch rundach było jeszcze co oglądać, ale dalej… Poduszka i zajezdnia! To było żenujące widowisko. W momencie, gdy jesteś topową gwiazdą, to musisz dać ludziom powód do tego, by kupili bilety. (…) To był sparing, który miał wypromować starcie z Wilderem” – ocenił Proksa w audycji „Ciosek Na Wątrobę” w Weszło.fm.

Boks czy wrestling?

Rzeczywiście – mistrz świata federacji WBC przyleciał do Belfastu i spod ringu dzielił się swoimi wrażeniami, ale wcześniej zdążył wziąć udział w kilku kuriozalnych akcjach. Najdziwniejsza z nich miała miejsce dzień przed walką w fast-foodowej restauracji „Nando’s”. Amerykanina odwiedził Billy Joe Saunders (26-0, 12 KO), posiadacz mistrzowskiego pasa w kategorii średniej i zupełnie przy okazji dobry duch Fury’ego. Niby przyszedł się przywitać, ale po krótkiej wymianie uprzejmości skończyło się tym, że Brytyjczyk… rzucił w Wildera zabraną przypadkowemu gościowi restauracji połówką kurczaka (!) i uciekł w popłochu. Nie trzeba dodawać, że ta zniewaga krwi wymaga – Amerykanin ruszył się w pościg za drobiowym terrorystą, ale dobiegając do drzwi… komicznie się wywrócił. W tym wszystkim brakowało chyba tylko muzyki z „Benny’ego Hilla”.

Tego typu tanie cyrkowe sztuczki przywodzą na myśl słynne manewry z wrestlingu i wydają się podobnie wiarygodne. Następnego dnia – już podczas gali – Saunders i Wilder publicznie zakopali topór wojenny i wspólnie pozowali do zdjęć. Gość z Ameryki po walce Fury’ego pojawił się w ringu i promocja ruszyła już oficjalnie. Promotorzy Brytyjczyka potwierdzili, że pojedynek odbędzie się w USA i zostanie tam pokazany w systemie Pay-Per-View. Oprócz tego pięściarze mieli się dogadać co do podziału puli w stosunku 50/50, co wielu fanów boksu mogło zaskoczyć.

Bo co tak naprawdę zdążył zrobić Fury, że po dwóch słabych walkach wraca do gry o pasy i wielkie pieniądze? W tym cały haczyk – choć stracił niemal wszystkie mistrzowskie tytuły, to jeden z nich może stracić tylko w ringu. To status „mistrza linearnego” – w skrócie to człowiek, który pokonał ostatniego pełnoprawnego czempiona. W praktyce można więc zbliżającą się walkę reklamować jako starcie „dwóch mistrzów” – czegoś takiego Wilder wcześniej nie miał.

W tym zamieszaniu gra toczy się o coś znacznie większego. Eddie Hearn – promotor Joshuy – długo rozmawiał z ludźmi Wildera o potencjalnej walce w tym roku. Negocjacje przedłużały się w nieskończoność. Ostatecznie stanęło na tym, że Amerykanin miał otrzymać 15 milionów dolarów (a nie np. 40 procent z całego podziału puli). Choć pierwotnie oferta została przyjęta, to Wilder dziś przedstawia ją jako potwarz. Celowo nie wspomina jednak o tym, że ta propozycja gwarantowała mu ponad 4 razy więcej niż dotychczasowa najwyższa wypłata w karierze. Mimo wszystko jego podejście – choć brak w nim konsekwencji – jest w jakimś stopniu zrozumiałe. Procentowa wypłata (którą tuż przed nim za walkę z Joshuą dostał Parker) motywuje do jeszcze bardziej intensywnej promocji, co z pewnością będzie można zauważyć przy okazji starcia z Furym.

Wydaje się jednak, że mimo wszystko Wilder wciąż chce walki z Joshuą, a Joshua chce walki z Wilderem, ale to Amerykanin zdecydowanie bardziej potrzebuje tego pojedynku. Do tego spotkania wciąż może dojść w kwietniu 2019 roku – Brytyjczyk ma już zarezerwowaną datę na Wembley, gdzie tym razem walkę miałoby obejrzeć 100 tysięcy widzów. W tym kontekście decyzja Wildera o walce z Furym wydaje się mieć jeszcze więcej sensu, bo w przypadku zwycięstwa obóz Joshuy nie będzie miał wyjścia – będzie musiał dogadać się z Amerykaninem na dużo lepszych dla niego warunkach. Presja mediów i kibiców będzie jeszcze większa niż teraz.

Gra wydaje się zdecydowanie warta świeczki – i to na wielu poziomach. Mocniejsze zbudowanie profilu marketingowego to jedno, ale trzeba też przyznać, że walcząc w 2018 roku z najpierw z Luisem Ortizem (28-0, 24 KO), a potem z Tysonem Furym, Wilder po prostu mierzy się z najmocniejszymi dostępnymi przeciwnikami poza Joshuą. Obaj długo uchodzili za pięściarzy niewygodnych i unikanych przez czołówkę, a Amerykanin dobrowolnie daje im szansę – coś takiego musi działać wizerunkowo na jego korzyść.

Fury to także idealny partner do tańca w kontekście debiutu w systemie Pay-Per-View. Jeśli ktoś ma wywołać wokół walki szum, to on nadaje się do tego jak nikt inny. Ortiz to 39-latek, którego cały bokserski świat podejrzewa o „przebicie blach” o kilka dobrych lat. Choć jest świetnym pięściarzem, to wciąż nie potrafi powiedzieć dwóch zdań po angielsku – ciężko nawet z kimś tak zdolnym zbudować show wysokiej jakości i odpowiednio to sprzedać.

W przypadku Fury’ego jest inaczej – z Wilderem łączy go długa historia. Ich słowne potyczki rozpoczęły się w styczniu 2016 roku. Brytyjczyk wkroczył wtedy do ringu tuż po tym jak mistrz WBC ciężko znokautował Artura Szpilkę. Na pyskówce się skończyło, bo pogromca Władimira Kliczki wkrótce wpadł w autodestrukcyjny ciąg. Wtedy konfrontacja Fury – Wilder z pewnością byłaby jeszcze większym hitem, ale teraz również jest szansa na wykręcenie naprawdę solidnego wyniku.

Z punktu widzenia Amerykanina naprawdę warto zapłacić rywalowi więcej, by zmierzyć się z nim właśnie teraz. Fury ze swoim niewygodnym i trudnym do przeczytania stylem za kilka walk byłby dużo groźniejszym rywalem niż w trzecim pojedynku po powrocie, gdy wciąż jest wokół niego mnóstwo znaków zapytania. W takich okolicznościach to Wilder musi być wyraźnym faworytem. Nie tylko nie będzie ustępował rywalowi warunkami fizycznymi, ale może liczyć na swoją największą broń. Prawy prosty Deontaya Wildera to dziś prawdopodobnie najbardziej porażający pojedynczy cios we współczesnym boksie. Mistrz federacji WBC może przegrać większość rund (jak miało to miejsce z Ortizem, choć sędziowie punktowi widzieli wtedy inną walkę), ale jeśli zdoła doprowadzić do celu ten jeden cios, to w każdej chwili może być po zawodach.

To o tyle prawdopodobne, że Fury wcale nie ma stalowej szczęki – jeśli się go oczywiście czysto trafi, co wcale nie jest takie proste. Skoro jednak Brytyjczyk zaliczał deski po ciosach z prawej ręki anonimowego Nevena Pajkicia (16-0) oraz boksującego przez większość kariery w niższej kategorii Steve’a Cunninghama (25-5), to chyba można założyć, że prawy prosty Wildera będzie dla niego jeszcze większym zagrożeniem.

Co na to wszystko Joshua? „Moi wrogowie zostają przyjaciółmi z moimi innymi wrogami” – napisał niedawno w mediach społecznościowych. Choć nie podał nazwisk, to chyba wszyscy wiedzą kogo miał na myśli. W jego przypadku plan jest sprecyzowany. 22 września zmierzy się z Aleksandrem Powietkinem (34-1) i będzie wyraźnym faworytem. Kolejny pojedynek – również na Wembley – na pewno stoczy 13 kwietnia 2019 roku. Pozostaje tylko jedno pytanie: z kim?

W założeniu ma to być „największa walka z możliwych”, więc zwycięzca starcia Fury – Wilder będzie oczywistym kandydatem. Jeśli jednak obaj zdecydują się na rewanż lub wydarzy się coś innego, to na kolejną szansę czeka Dillian Whyte (24-1, 17 KO), który serią zwycięstw z coraz wyżej notowanymi przeciwnikami solidnie zapracował na rewanż z Joshuą. Taka walka będzie do zrobienia w pięć minut – obaj pięściarze są promowani przez Eddiego Hearna i łączy ich długa historia, która sięga jeszcze czasów amatorskich. Mimo wszystko ten rewanż to nie jest coś, na co czekałby w napięciu cały bokserski świat.

Na razie wszystko wskazuje więc na to, że Wilder i Joshua konsekwentnie podążają ścieżką wytyczoną przed laty przez Floyda Mayweathera i Manny’ego Pacquiao. Ten przykład dobitnie pokazał, że wielkiej walki wcale nie trzeba robić w momencie, kiedy ma największy sportowy sens i kiedy najbardziej chcą jej kibice i dziennikarze. Historia boksu uczy, że umiejętnie odgrzany kotlet może po latach dostarczyć sporych emocji i przede wszystkim jeszcze większych zysków.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

Posłuchaj całej audycji „Ciosek Na Wątrobę” w Weszlo.fm z udziałem Grzegorza Proksy!

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
egzekutor_77
Pogoń Szczecin

„… bardziej druzgocąca okazała się statystyka ciosów prostych bitych przednią ręką….”

Eee, a co było nie tak ze statystyką ciosów prostych bitych ręką tylną?

Tony Hawk
Zaorajmy boiska, zbudujmy skate parki

Nie wierzę, w końcu świetny merytoryczny artykuł na Weszło. Szkoda tylko że plebs woli komentować badziewiaste niepodpisane artykuły, żeby wypluć z siebie trochę żółci.

Decyzja Tysona bardzo dziwna jeśli chodzi o walkę z Wilderem. Albo Fury rzeczywiście ma już totalnie wypalony mózg przez koks, albo jest to jego ostatni skok na kasę.

Ps. Panie Kacprze, dzięki za kawał dobrego artykułu.

PiotrekB

W sumie to o boksie są zawsze dobre. Trzymają poziom merytoryczny – wiadomo jak to weszło byki jakieś male się pojawia ale bardzo przyjemnie się czyta

Poirot

Liczę, że Fury sprawi kolejną sensację i wygra. Chociaż nie nazwałbym tego sensacją, co najwyżej niespodzianką i tylko ze względu na to, że Fury miał te 2 lata przerwy na chlanie i ćpanie. Wilder męczył się z takimi tuzami jak Szpilka, Molina czy Washington. Nie róbmy z Wildera boga boku. Ostrożna taktyka ukierunkowana na unikanie prawego prostego Amerykanina i to ręce cygana powędrują w górę po walce.

wpDiscuz