Żeby dobrze sprzedać LaLigę za granicą, najpierw trzeba o nią zadbać
Blogi i felietony

Żeby dobrze sprzedać LaLigę za granicą, najpierw trzeba o nią zadbać

Wiecie, nigdy nie byłem za bardzo „against modern football”. Zawsze uważałem to hasło za romantyczny wybryk, coś raczej przejaskrawionego niż mającego szansę na realny byt w 2018 roku i później. Zwłaszcza w odniesieniu do komercjalizacji naszego ukochanego sportu. Nie widzę nic zdrożnego w chęci zarabiania coraz to większych pieniędzy, bo tylko za ich pomocą kluby czy całe ligi mogą znacząco się rozwijać. Sam pomysł bez środków na realizację nie wystarczy.

Do umowy LaLigi z agencją Relevent Sports podchodzę jednak z dużym dystansem. Oczywiście rozumiem wszystko co za nią stoi – chęć potrzeby podbijania nowych rynków, zdobywania nowych kibiców, zapełniania niszy, zanim zrobi to konkurencja… Ale warto też zauważyć ryzyko, jakie ta współpraca niesie, tworząc precedens wśród rozgrywek ligowych. Włosi już od paru ładnych lat emigrują na takie jedno spotkanie, choćby w ramach Superpucharu, dlatego kontrowersje są nie lada mniejsze. Nie da się natomiast ukryć, że w 38-etapowym maratonie nagłe wysłanie dwóch ekip do Stanów zaburza nieco teoretyczną sprawiedliwość tego formatu. To sztuczne tworzenie równych i równiejszych – pod względem marketingowym. Sportowo zaś równych i (nie)równiejszych, bo w takim układzie danej drużynie odpadnie jednak możliwość skorzystania z atutu własnego boiska i tym podobne kwestie.

Nie dziwię się więc, iż w Hiszpanii debata w temacie umowy z Relevent jest tak głośna. Oczywiście, może zdarzyć się tak, że ten jednorazowy wyjazd najmocniej odbije się na jakiejś ekipie, która na koniec sezonu znajdzie gdzieś w środku tabeli i, powiedzmy, wyląduje na 11. miejscu zamiast na 10. Okej, żadna to strata z perspektywy sportowej. A może jednak być inaczej – niech się takiemu zespołowi przytrafi chociażby wypadnięcie z europejskich pucharów o jedno czy dwa oczka przy równoczesnej stracie punktów w USA. Albo gdyby podobny scenariusz miał miejsce względem mistrzostwa kraju? Oj, wtedy to byśmy się dopiero nasłuchali! Kto wie, może nawet całkiem słusznie? W takim wypadku nie wyobrażam sobie, aby jakikolwiek zdrowo myślący działacz stwierdził, iż wzięcie udziału w międzynarodowym przedsięwzięciu było ruchem korzystnym, bo pozwoliło zarobić klubowi mniej więcej takie same pieniądze, co miałoby miejsce również w przypadku awansu do europejskich pucharów.

Moim zdaniem to w ogóle nazbyt sztuczne, by przy tak szeroko zakrojonej indywidualizacji rozwoju poszczególnych klubów odgórnie wiązać je umową, na mocy której trzeba będzie wkraczać na dany rynek. Nie ma to sensu, gdy weźmiemy pod uwagę, iż po prostu nie każdego kierunek amerykański interesuje. Nie trzeba posiadać na ten temat wiedzy tajemnej, by zauważyć, że na przykład Atletico, Valencia oraz Villarreal z różnych względów dużo bardziej wolą rozwijać się na rynku azjatyckim. Deportivo Alaves koncentruje się na działaniu w krajach europejskich nieco mniej rozwiniętych futbolowo niż Hiszpania i nie zamierza tego zmieniać. Athletic w ogóle olewa taką ścieżkę rozwoju ze względu na swoją filozofię narodowościową. Gironę bardziej interesuje kierunek indyjski. Giganci zaś, to jest Barca i Real, są na tyle mocne globalnie, że nie muszą ograniczać się do działania tylko w amerykańskiej niszy. Zwłaszcza ci drudzy deklarują, iż nie zamierzają się ruszać z Hiszpanii, by realizować warunki dealu z Relevent Sports.

Tydzień temu rozmawiałem na ten temat z Rafałem Lebiedzińskim – efekty znajdziecie tutaj – i jak najbardziej przyjmuję jego argumentację, że jeśli już ktoś zdecyduje się na działanie z szerszym rozmachem w Ameryce, to wycieczkami do USA w ramach LaLigi tylko sobie pomoże. Inna sprawa, iż również on poniekąd zgodził się z moją tezą, jakoby hiszpańskie kluby coraz bardziej zaczynały dbać o widza zagranicznego, niż miejscowego.

A ja pójdę dziś jeszcze dalej, bo mam wrażenie, że LaLiga oraz poszczególne kluby nie do końca dbają odpowiednie o samych siebie. Pierwszy przykład z brzegu dostaliśmy w ostatniej kolejce, gdy Barcelona mierzyła się z Realem Valladolid na murawie przypominającej boisko Zawiszy Rzgów tuż po odbytym na jej obiekcie festynie. Zwracaliśmy już na to uwagę w pomeczówce, ale jakby ktoś jeszcze przegapił ten greenkeeperski cud, służymy pomocą.

valladolid

Nie chodzi o samo marudzenie dla marudzenia, ale tego typu historie stanowią dużą wizerunkową potwarz dla Primera Division jako produktu eksportowego na cały świat. Bo nie mamy wątpliwości, iż cały świat to wszystko zobaczył, skoro na Estadio Jose Zorilla przyjechała Blaugrana. W innym wypadku może udałoby się uniknąć kompromitacji, ale nie w takich okolicznościach. Tu co najwyżej wyszło przaśnie, nie światowo. I nawet prezes Blanquivioletas sam przyznał, iż jego klubowi należy się kara. Javier Tebas także zapowiedział wyciągnięcie konsekwencji z zaistniałej sytuacji.

Pal sześć jednak następstwa. Rzecz idzie o to, by pozostali oraz sam Real Valladolid wyciągnęli wnioski na przyszłość. Bo w innym wypadku cały ten marketingowy rumor zostanie zrównoważy się z zaniedbywanymi podstawami. Wiadomo, że lidze hiszpańskiej nie grozi degradacja do poziomu ekstraklasy, ale zasada może zadziałać tak samo – potencjalny sponsor czy inwestor zobaczy jedną, drugą, siódmą tego typu wpadkę i zamiast wyłożyć klubowi lub związkowi kupę kasy na stół, wycofa się z rozmów, ponieważ potraktuje LaLigę niepoważnie. Kojarzycię metaforę z cukierkiem? No właśnie potencjalnego klienta odrzuci już samo opakowanie, chociaż smak może być boski.

– Jeśli chcemy sprzedać za granicą nasz produkt, jakim są mecze ligi hiszpańskiej, musimy najpierw przyjrzeć się temu, co dzieje się u nas – mówił Gerard Pique po meczu i miał pełną rację, tak jak każdy mu wtórujący.

Tylko autorefleksja oraz wyciągnięcie z niej właściwych wniosków może doprowadzić Primera Division na równie wysoki poziom marketingowy co Premier League, o czym Hiszpanie tak bardzo marzą. Dogonienie wyspiarzy byłoby jednak dużo łatwiejsze, gdyby nie liczne afery – lub jak kto woli: gównoburze – dotyczące wielu organizacyjnych spraw w hiszpańskim futbolu. Przykładów nie trzeba szukać daleko, a winne są zarówno związki jak i same kluby.

  • W paru ostatnich sezonach praktycznie rokrocznie nie potrafiono wybrać stadionu, na którym miałby odbyć się finał Pucharu Króla.
  • Niedawno na stadionie Celty został uszkodzony dach, przez co trzeba było przełożyć mecz z Realem Madryt i oczywiście nie potrafiono dogadać się co do terminu. Sami Galisyjczycy też dali ciała w tym temacie, wszak nie modernizowali dachu na Balaidos o 1982 roku.
  • Parę lat temu na Mestalla tuż przed meczem wysiadł prąd. Okazało się, że agregaty nie były naładowane, więc spotkanie musiało rozpocząć się z opóźnieniem.
  • Swego czasu podczas meczu Primera Division zawaliła się barierka na stadionie Rayo, przez co jeden z kibiców został ranny. W ogóle Estadio de Vallecas to jedna wielka kupa gruzu, której nikt nawet nie sprzątał od stu lat.
  • LaLiga uciekała się do dziwnych zabiegów mających przykryć niskie zainteresowanie meczami wśród kibiców niektórych zespołów. Wydano rozporządzenie, według którego na trybunie widocznej w telewizji musiało być zajętych przynajmniej 75% krzesełek. W innym wypadku klub dostawał karę.
  • Piłkarze co chwilę chcą protestować z różnych względów. Sezon 2011/12 rozpoczął się dopiero pod koniec września, z miesięcznym opóźnieniem. Trzy lata później kluby buntowały się przeciwko niesprawiedliwemu podziałowi pieniędzy z praw telewizyjnych. Teraz kapitanowie poszczególnych drużyn oraz stowarzyszenie hiszpańskich piłkarzy również zamierzają protestować w sprawie umowy z Relevent, ponieważ nie podoba im się ten pomysł z wielu względów. Również etycznych, wszak decyzję o współpracy z USA podjęto bez konsultacji z klubami i zawodnikami.
  • Przez długi czas Javier Tebas wzbraniał się przed wprowadzeniem Goal-Line Technology do Primera Division, argumentując, iż LaLigi na niego nie stać, co na tysiąc kilometrów zajeżdżało ściemą i groteską.
  • W poprzednim sezonie trzeba było przekładać derby Leganes-Getafe, a w tym sezonie mecz Leganes-Villarreal, ponieważ osoby układające terminarz znów popełniły ten sam błąd, planując mecz na Estadio Butarque w terminie, który kolidował z „Vuelta de Espana”, wielkim wydarzeniem kolarskim.

I tak dalej, i tak dalej…

Dobrze, że chociaż w tym ostatnim względzie Hiszpanie się opamiętali i wreszcie zrozumieli, że technologia może im wyłącznie pomóc. Wiadomo, VAR działa dopiero od paru kolejek, dlatego choćby komunikacja nie jest jeszcze na tyle płynna jak sobie wymarzono, aczkolwiek takie frycowe płacił każdy i to akurat nie jest powód do wstydu. Byłby, gdyby w Hiszpanii nadal działy się takie cuda jak choćby w meczu Manchesteru City z Wolves. Ale już sam początek bieżącego sezonu LaLigi pokazał zresztą, iż wsparcie video było potrzebne. W meczu Espanyolu z Valencią dzięki niemu uznano gola Granero z rzutu wolnego, po którym piłka odbiła się za linią bramki, czego najpierw arbiter nie zauważył. Z kolei w nieszczęsnym meczu Barcy z Realem Valladolid ta słusznie uniknęła utraty punktów, po tym jak ze spalonego bramkę na 1:1 zdobył Keko, początkowo uznaną za prawidłową. Informowanie kibiców o tym jak działa VAR – za pomocą rozdawanych broszur, pokazywania spornych sytuacji na telebimach, tłumaczenia kiedy może interweniować – również wzbudza jedynie pozytywne odczucia.

A zatem – można iść z duchem czasu w godny sposób? Owszem, trzeba tylko chcieć. Albo i aż, znając temperamenty oraz często brak dobrej woli w hiszpańskim futbolu, gdzie podziały zbyt często odgrywają ważną rolę. Ogólnie jednak wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że za promocję LaLigi na całym świecie zabrano się trochę – za przeproszeniem – od dupy strony i właśnie praca u podstaw, a nie rozsprzedawanie się po całym świecie powinno stanowić punkt wyjścia do dalszego rozwoju marketingowego Primera Division. Choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to raczej pozostanie w sferze moich marzeń.

Mariusz Bielski

KOMENTARZE (21)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Anglików nie dogonią. Główną przeszkodą jest i będzie mentalność. To południowcy i u nich zawsze będzie większy „luzik”. Nawet jak na górze zepną poślady, to ci na dole ich storpedują. La Liga ma ogromny potencjał w postaci Barcelony i Realu i nie ma co się czarować. Te dwie drużyny nakręcają koniunkturę, robią oglądalność. A reszta drużyn? Z całym szacunkiem, ale nawet super solidne Atletico to już nie to. Choć ligę hiszpańską oglądam co tydzień, to patrzę głównie na mecze Realu (od wielu lat kibicuję) , czasem popatrzę na FCB, ale już gdybym miał do wyboru jakikolwiek mecz z La Liga (bez wymienionej dwójki) i jakikolwiek mecz Premier League, to wybór byłby banalny. Są gusta i guściki, ale moim zdaniem w Anglii gra się w lidze ładniej dla oka (a i stadiony jakieś takie bardziej estetyczne). Wyjmując mecze Realu i Barcelony, to często od oglądania pozostałych spotkań lubią zaboleć oczy. Obserwując ligę angielską tego nie doświadczam.

derlis

A widzisz, a liga hiszpańska ma z kolei tę przewagę, że tam nawet takie Eibar stoi na lepszym technicznym poziomie niż np. Tottenham albo Chelsea
Generalnie ja wyznaję taką zasadę, że im piłka bardziej zaawansowana, tym gorzej się ją ogląda, i tak właśnie jest z Hiszpanią i Anglią
Masz jednak rację przy nakręcaniu koniunktury, tylko że to jest wszystko przez to zjebane nastawienie, że już przed meczem każdy leje w gacie bo przyjeżdża wielka Barcelona albo Real Madryt, i już jebać mecz, bo i tak dostaniemy z 5/6-0
Dlaczego, skoro były już dziesiątki sytuacji w których outsider ogrywa giganta, nie dzieje się to regularnie? Dlaczego to się zdarza raz na 40 spotkań, skoro jak widać można? Dlaczego takie Levante potrafi przepierdolić 20 gier z Barceloną, żeby nagle w tej jednej zapakować im pięć goli, a potem znów wrócić do normy? Niech nikt nie pierdoli że reszta ligi jest za słaba, bo to jest gówno prawda i zwykły mit, i tak jest w każdej lidze, piłka nożna to taki sport w którym samą wolą walki można rozjebać, albo przynajmniej postawić solidny opór niemal każdemu, tylko jak to zrobić wychodząc na mecz z myślą przewodnią „ciekawe ile tym razem nam wjebią”
To właśnie jest przewaga Anglii nad Hiszpanią, tam każdy, nawet outsider, gra bez żadnych kompleksów, i dlatego niespodzianki mają miejsce o wiele częściej, bo tam się po prostu nie pierdolą, nawet mimo tego że też dużo meczów kończy się wysokimi wynikami
Tam wychodzą żeby dać show, nikt nie kalkuluje, każdy mecz to inna historia
To ma swoje dobre strony w zakresie widowiska, ale ogólnie nie zmienia to faktu, że dalej uważam, że takie granie „na hurra” daleko tej ligi nie zaprowadzi, i że próżno tam było w ostatnich latach szukać poziomu
Teraz wszystko zdaje się pomału wracać do normy, i oby tak faktycznie było, bo poziom w połączeniu z widowiskiem zapewni tej lidze hegemonię na lata pod każdym względem

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Cała Twoja wypowiedź w sedno! W Anglii się … no właśnie… zapierdala. W Hiszpanii wiele meczów, to gra w chodzonego. Co do spotkań faworytów z outsiderami: wczoraj oglądałem Gironę z Realem. Zaiwaniali gospodarze aż miło. Ok. Sami sobie zafundowali dwa karne, potem sił zabrakło, ale naprawdę mi się podobali i gdyby mieli w pierwszej połowie troszkę więcej szczęścia, zapakowaliby Realowi trójkę. Z powodzeniem mogli to zrobić. Oj nie sądzę, że wtedy by ich Real tak wypunktował, jak to wczoraj widzieliśmy. To, o czym mówisz, jest szczególnie jednak widoczne w meczach Barcelony. Albo spotkania oddawane bez walki albo opór kończy się po pierwszym golu. I co ja mam w takim meczu oglądać? Klepanie Blaugrany, ty do mnie ja do ciebie, ojej, wpadło. Nuuuda. I znów wracamy do mentalności.

derlis

No i o tym właśnie mówię
Wiadomo że czasem wynik nie odzwierciedli przebiegu, ale nikt cię nie będzie ganił za 1-4 w którym pokazałeś wolę walki, w którym pokazałeś, że nie robi na tobie wrażenia że przyjechał Bale z kolegami, i starałeś się robić swoje
Prędzej za przechodzone 0-1 ci się dostanie
Widzisz, Barcelona dostała zasłużony wpierdol od Romy, bo myśleli właśnie o tym że w rewanżu Roma się zesra, i to było widać jeszcze przy 1, a nawet 2-0
Jak dostali trzeciego gola to kurwa się zerwali jakby ich stado lwów goniło, ale bardzo się cieszę ze nie udało im się wtedy strzelić
Pierwszy raz miałem satysfakcję że Messi, mój ulubiony zawodnik, przegrał jakieś spotkanie, i do tego miałem też satysfakcję z tego że w nim kompletnie nie istniał, bo poza Messim to Barcelona mnie chuj obchodzi, ale że też był częścią tego żałosnego spektaklu, to trudno, niech spada z takim nastawieniem, nie będę go ślepo bronił w sytuacji w której na to nie zasłużył
Poddanie się z góry to najgorsze co może być, ale w Anglii nie ma takiego myślenia
Takiego Burnley nie obchodzi czy przyjeżdża Manchester City czy Stoke – to po prostu kolejny, tak samo ważny jak następne mecz, w którym trzeba zrobić wszystko by zdobyć trzy punkty, a w Hiszpanii to będzie coś w stylu że np. w Leganes stwierdzą „o kurwa, musimy teraz wygrać mecz przeciwko Valladolid, bo w następnej kolejce przyjeżdża Barcelona i to jest pewne 0 punktów”

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

Bardzo dobrze się „Ciebie czyta” i wybaczę Ci nawet kibicowanie Barcelonie (ściślej mówiąc Messiemu), a wierz mi, że to kibicowi realu łatwo nie przechodzi 😉

derlis

Znaczy ja Messiemu też kibicuję tak „powierzchownie”, w sensie że mnie nie obchodzi ile ma dzieci, co je na śniadanie, gdzie mieszka, jakiej słucha muzyki itd, bo interesuje mnie tylko boisko
Jestem fanem jego talentu, nie jego samego – o, może tak
Przede wszystkim jestem fanem sportu, i po Messim znajdę sobie kogoś innego do szczegółowego śledzenia jego gry
Nie kibicuję żadnej drużynie, ale zdarza się, że ulegnę nieprzychylnej opinii, czyli jak napiszesz że jakiś trener ma „gotowca”, albo że liga angielska jest NAJLEPSZA (nie mylić z najbardziej atrakcyjną/najciekawszą), to możesz się od razu spodziewać interwencji ze strony derlisa, bo na mnie taka ignorancja po prostu za mocno działa, ale potem zawsze sobie myślę na chuj to się produkować jak ktoś nie rozumie, po czym przestaję… i tak w kółko XD
Kibic nie kibic, jak się nie ma najebane w bani to wszystko przejdzie :)

Gino Lettieri aka Zauberer
Wir spielen ohne Torwart!

„Znaczy ja Messiemu też kibicuję tak „powierzchownie”, w sensie że mnie nie obchodzi ile ma dzieci, co je na śniadanie, gdzie mieszka, jakiej słucha muzyki itd,”
A nawet mi to przez myśl nie przeszło!

derlis

Ja po prostu uważam, że trzeba być debilem, żeby interesować się znaną osobą do tego stopnia, by wiedzieć wszystko o jej życiu prywatnym, i tyle
O zawodowym spoko, przynajmniej jeśli mowa o sportowcach, bo statystyki pomagają w różnorakich ocenach
Nie ingeruję w to jak układa się życie prywatne Messiego, bo ta wiedza do analizy jego gry jest mi kompletnie niepotrzebna
Nie mam też ani jednego plakatu, ani jednej koszulki, nie mówiąc o jakichś zdjęciach czy meczach na żywo – nie potrzebuję tego, by wiedzieć, że to jest najlepszy piłkarz

thinktonio
KS Armado

Sorry, ale zapieprzanie bez sensu, jak to się dzieje w Anglii, mi nie odpowiada (ale z ciekawością oglądam mecze Leeds – wiem poziom niżej, tylko, że grają inną piłkę no i jest Klich). Generalnie jestem za tym, gdzie się gra ładną piłkę i tyle – w Anglii też można znaleźć – Liv i Tot, czasem Che. A w Hiszpanii np. Sevilla lub Valencia albo Betis.. We Włoszech Napoli lub Sampa – zresztą włoska liga jest dla nas coraz ciekawsza – z oczywistych względów. Ale np. przełączam od razu kanał jak widzę MU, Atletico lub Juventus. Pozdrawiam,

Janko_Buszewski

prawda taka, że ta liga ciągnięta jest za uszy przez Real i Barcelonę, do których ostatnio trochę dobija Athletico i tyle. Reszta tak bardzo odstaje poziomem, że liga jako całośc nie może się równać atrakcyjnością. Szybko się znudiz oglądanie jak dwaj mocarze kopią resztę. Tak, duża w tym „zasługa” podziału pieniędzy, które praktycznie w całości idą do gigantów, przez co reszta nie jest w stanie nawiązać walki. A jesli próbuje – oszczędzać musi gdzie ndziej, np. na infrastrukturze.

o sędziowaniu tam nawet się nie wypowiem, wszscy wiemy na jakim jest poziomie

Staszek Anioł

Nie no, pewnie, ta reszta ligi jest tak badziewna, że Sevilla trzy razy z rzędu wygrała Ligę Europy, w jej półfinale były w ostatnich latach Athletic, Celta, Valencia, Villarreal…

derlis

No bo przecież w Anglii odpuszczają Europę bo w lidze mają lepszą kasę!!!!!11!!1 😀 😀 😀

Janko_Buszewski

liga europy torozgrywki drugiego sortu. to jakbyś mówił o sile I czy II ligii w polsce na podstawie tego jak często ktoś stamtąd dochodził do ćwierćfinału, czy nawet półfinału pucharu polski

Staszek Anioł

No to takie kluby angielskie są ostatnio częściej klubami „drugiego sortu” w rozgrywkach „pierwszego sortu”…

Janko_Buszewski

zabawne, że za każdym razem, kiedy ktoś pisze o sile ligii hiszpańskiej, włoskiej czy niemieckiej, zaraz przychodzi ktoś, dla którego jedynym kontargumentem jest „a anglicy odpadają w lm”. to jest o tyle zabawne, że słowa o lidze angielskiej nie wspomniałem. już widze jak prowadzisz rozmowy z ludźmi „wiesz co, ja myślę, że kolor zielony kiepsko bedzie wyglądął w naszym pokoju” „tak? a eminem to chuj a nie raper”

Staszek Anioł

To sobie porównaj z każdą inną silną ligą. No jakoś te pozostałe hiszpańskie kluby nie odstają na niekorzyść tych słabszych z Anglii, Niemiec czy Włoch. Jeśli uważasz inaczej, to… możesz uważać, co chcesz. Przecież to porównanie Ligi Europy z I ligą jest tak durnowate, że głowa mała…

Janko_Buszewski

nie ma sensu, ponieważ… nie ma naprawde silnej ligii. jest kilka zespołów, powiedzmy top10-top15 które rozdają wszystkie karty i grają w różnych ligach. dla nich liga to tylko upierdliwa faza wstępna, którą trzeba zaliczyć by przejśc do powaznego grania. dla jednych, jak Real czy Bayern, ta faza wstępna to bułka z masłem, dla innych, jak np. Chelsea czy United, potrafi być kłopotliwa. Ale nie zmienia to faktu – rozgrywki ligowe to dla nich tylko smutny obowiązek. Możemy się licytować który kraj ma najwięcej reprezentantów w tym top 15, mozemy dyskutować czy należy mówić o top 15, top 10, czy top 20, ale to tylko szczegóły. Tak, liga Hiszpańska nalezy, jeśli idzie o średnią siłe zespołu, do najlepszych w Europie i to jest fakt. Ale faktem jest, że ta średnia siła w ogromnej części leży na barkach Realu i Barcelony, które każdy musi zaliczyć do europejskiej czołówki, obojętnie do ilu zespołów się ją ograniczy. Reszta moze jedynie pretendowac, przy czym mozemy się spierać czy Athletico już w niej jest, czy też tylko stoi u progu. i tyle.

MARCRAFT
Juventus di Torino Football Club, Seleção Portuguesa de Futebol, Cristiano Ronaldo 7

Trochę wnerwił mnie Żoze swoim dzisiejszym pajacowaniem po przegranym meczu. Zamiast iść do szatni i zacząć przygotowywać drużynę na następny mecz, bo chyba za to powinni mu płacić, to robił głupią minę, tak jak by chciał, żeby ktoś mu… Niegodne zachowanie.

Filet

To, że Barcelona gdzieś gra nie znaczy, że cały piłkarski świat to ogląda. Ba 90 % czytelników weszło dowiedziało się o tym z tego tekstu.

Filet

*Dane według badania przeprowadzonego na niereprezentatywnej liczbie: 1 osób.

danny_trejo

Tak przygladajac sie z boku dyskusjom o najwiekszych ligach swiata zauwazylem, ze bazuja generalnie na durnowatych stereotypach pt. ze w PL gra sie szybko i atrakcyjnie dla oka, a w PD wolno i slabo, chyba, ze to Real lub Barcelona… Krytykujacy w ten sposob lige hiszpanska generalnie nie ogladaja jej meczow. Chyba, ze przez ogladanie Primera rozumiemy cotygodniowe posiedzenie przy meczu Realu lub Barcy, od swieta Atletico albo Sevilli. Stad wlasnie biora sie opinie o niskim poziomie, mniejszym zapierdalaniu, chodzonym etc. w przypadku pozostalych druzyn. Opinie w znakomitej wiekszosc wyjete z dupy, poniewaz formulujacy je przedstawiaja swoje wyobrazenia, a nie rzeczywistosc. Tak dziala marketing, ktory w przypadku Premier jest naprawde mistrzowski.

wpDiscuz