Żeby dobrze sprzedać LaLigę za granicą, najpierw trzeba o nią zadbać
Blogi i felietony

Żeby dobrze sprzedać LaLigę za granicą, najpierw trzeba o nią zadbać

Wiecie, nigdy nie byłem za bardzo „against modern football”. Zawsze uważałem to hasło za romantyczny wybryk, coś raczej przejaskrawionego niż mającego szansę na realny byt w 2018 roku i później. Zwłaszcza w odniesieniu do komercjalizacji naszego ukochanego sportu. Nie widzę nic zdrożnego w chęci zarabiania coraz to większych pieniędzy, bo tylko za ich pomocą kluby czy całe ligi mogą znacząco się rozwijać. Sam pomysł bez środków na realizację nie wystarczy.

Do umowy LaLigi z agencją Relevent Sports podchodzę jednak z dużym dystansem. Oczywiście rozumiem wszystko co za nią stoi – chęć potrzeby podbijania nowych rynków, zdobywania nowych kibiców, zapełniania niszy, zanim zrobi to konkurencja… Ale warto też zauważyć ryzyko, jakie ta współpraca niesie, tworząc precedens wśród rozgrywek ligowych. Włosi już od paru ładnych lat emigrują na takie jedno spotkanie, choćby w ramach Superpucharu, dlatego kontrowersje są nie lada mniejsze. Nie da się natomiast ukryć, że w 38-etapowym maratonie nagłe wysłanie dwóch ekip do Stanów zaburza nieco teoretyczną sprawiedliwość tego formatu. To sztuczne tworzenie równych i równiejszych – pod względem marketingowym. Sportowo zaś równych i (nie)równiejszych, bo w takim układzie danej drużynie odpadnie jednak możliwość skorzystania z atutu własnego boiska i tym podobne kwestie.

Nie dziwię się więc, iż w Hiszpanii debata w temacie umowy z Relevent jest tak głośna. Oczywiście, może zdarzyć się tak, że ten jednorazowy wyjazd najmocniej odbije się na jakiejś ekipie, która na koniec sezonu znajdzie gdzieś w środku tabeli i, powiedzmy, wyląduje na 11. miejscu zamiast na 10. Okej, żadna to strata z perspektywy sportowej. A może jednak być inaczej – niech się takiemu zespołowi przytrafi chociażby wypadnięcie z europejskich pucharów o jedno czy dwa oczka przy równoczesnej stracie punktów w USA. Albo gdyby podobny scenariusz miał miejsce względem mistrzostwa kraju? Oj, wtedy to byśmy się dopiero nasłuchali! Kto wie, może nawet całkiem słusznie? W takim wypadku nie wyobrażam sobie, aby jakikolwiek zdrowo myślący działacz stwierdził, iż wzięcie udziału w międzynarodowym przedsięwzięciu było ruchem korzystnym, bo pozwoliło zarobić klubowi mniej więcej takie same pieniądze, co miałoby miejsce również w przypadku awansu do europejskich pucharów.

Moim zdaniem to w ogóle nazbyt sztuczne, by przy tak szeroko zakrojonej indywidualizacji rozwoju poszczególnych klubów odgórnie wiązać je umową, na mocy której trzeba będzie wkraczać na dany rynek. Nie ma to sensu, gdy weźmiemy pod uwagę, iż po prostu nie każdego kierunek amerykański interesuje. Nie trzeba posiadać na ten temat wiedzy tajemnej, by zauważyć, że na przykład Atletico, Valencia oraz Villarreal z różnych względów dużo bardziej wolą rozwijać się na rynku azjatyckim. Deportivo Alaves koncentruje się na działaniu w krajach europejskich nieco mniej rozwiniętych futbolowo niż Hiszpania i nie zamierza tego zmieniać. Athletic w ogóle olewa taką ścieżkę rozwoju ze względu na swoją filozofię narodowościową. Gironę bardziej interesuje kierunek indyjski. Giganci zaś, to jest Barca i Real, są na tyle mocne globalnie, że nie muszą ograniczać się do działania tylko w amerykańskiej niszy. Zwłaszcza ci drudzy deklarują, iż nie zamierzają się ruszać z Hiszpanii, by realizować warunki dealu z Relevent Sports.

Tydzień temu rozmawiałem na ten temat z Rafałem Lebiedzińskim – efekty znajdziecie tutaj – i jak najbardziej przyjmuję jego argumentację, że jeśli już ktoś zdecyduje się na działanie z szerszym rozmachem w Ameryce, to wycieczkami do USA w ramach LaLigi tylko sobie pomoże. Inna sprawa, iż również on poniekąd zgodził się z moją tezą, jakoby hiszpańskie kluby coraz bardziej zaczynały dbać o widza zagranicznego, niż miejscowego.

A ja pójdę dziś jeszcze dalej, bo mam wrażenie, że LaLiga oraz poszczególne kluby nie do końca dbają odpowiednie o samych siebie. Pierwszy przykład z brzegu dostaliśmy w ostatniej kolejce, gdy Barcelona mierzyła się z Realem Valladolid na murawie przypominającej boisko Zawiszy Rzgów tuż po odbytym na jej obiekcie festynie. Zwracaliśmy już na to uwagę w pomeczówce, ale jakby ktoś jeszcze przegapił ten greenkeeperski cud, służymy pomocą.

valladolid

Nie chodzi o samo marudzenie dla marudzenia, ale tego typu historie stanowią dużą wizerunkową potwarz dla Primera Division jako produktu eksportowego na cały świat. Bo nie mamy wątpliwości, iż cały świat to wszystko zobaczył, skoro na Estadio Jose Zorilla przyjechała Blaugrana. W innym wypadku może udałoby się uniknąć kompromitacji, ale nie w takich okolicznościach. Tu co najwyżej wyszło przaśnie, nie światowo. I nawet prezes Blanquivioletas sam przyznał, iż jego klubowi należy się kara. Javier Tebas także zapowiedział wyciągnięcie konsekwencji z zaistniałej sytuacji.

Pal sześć jednak następstwa. Rzecz idzie o to, by pozostali oraz sam Real Valladolid wyciągnęli wnioski na przyszłość. Bo w innym wypadku cały ten marketingowy rumor zostanie zrównoważy się z zaniedbywanymi podstawami. Wiadomo, że lidze hiszpańskiej nie grozi degradacja do poziomu ekstraklasy, ale zasada może zadziałać tak samo – potencjalny sponsor czy inwestor zobaczy jedną, drugą, siódmą tego typu wpadkę i zamiast wyłożyć klubowi lub związkowi kupę kasy na stół, wycofa się z rozmów, ponieważ potraktuje LaLigę niepoważnie. Kojarzycię metaforę z cukierkiem? No właśnie potencjalnego klienta odrzuci już samo opakowanie, chociaż smak może być boski.

– Jeśli chcemy sprzedać za granicą nasz produkt, jakim są mecze ligi hiszpańskiej, musimy najpierw przyjrzeć się temu, co dzieje się u nas – mówił Gerard Pique po meczu i miał pełną rację, tak jak każdy mu wtórujący.

Tylko autorefleksja oraz wyciągnięcie z niej właściwych wniosków może doprowadzić Primera Division na równie wysoki poziom marketingowy co Premier League, o czym Hiszpanie tak bardzo marzą. Dogonienie wyspiarzy byłoby jednak dużo łatwiejsze, gdyby nie liczne afery – lub jak kto woli: gównoburze – dotyczące wielu organizacyjnych spraw w hiszpańskim futbolu. Przykładów nie trzeba szukać daleko, a winne są zarówno związki jak i same kluby.

  • W paru ostatnich sezonach praktycznie rokrocznie nie potrafiono wybrać stadionu, na którym miałby odbyć się finał Pucharu Króla.
  • Niedawno na stadionie Celty został uszkodzony dach, przez co trzeba było przełożyć mecz z Realem Madryt i oczywiście nie potrafiono dogadać się co do terminu. Sami Galisyjczycy też dali ciała w tym temacie, wszak nie modernizowali dachu na Balaidos o 1982 roku.
  • Parę lat temu na Mestalla tuż przed meczem wysiadł prąd. Okazało się, że agregaty nie były naładowane, więc spotkanie musiało rozpocząć się z opóźnieniem.
  • Swego czasu podczas meczu Primera Division zawaliła się barierka na stadionie Rayo, przez co jeden z kibiców został ranny. W ogóle Estadio de Vallecas to jedna wielka kupa gruzu, której nikt nawet nie sprzątał od stu lat.
  • LaLiga uciekała się do dziwnych zabiegów mających przykryć niskie zainteresowanie meczami wśród kibiców niektórych zespołów. Wydano rozporządzenie, według którego na trybunie widocznej w telewizji musiało być zajętych przynajmniej 75% krzesełek. W innym wypadku klub dostawał karę.
  • Piłkarze co chwilę chcą protestować z różnych względów. Sezon 2011/12 rozpoczął się dopiero pod koniec września, z miesięcznym opóźnieniem. Trzy lata później kluby buntowały się przeciwko niesprawiedliwemu podziałowi pieniędzy z praw telewizyjnych. Teraz kapitanowie poszczególnych drużyn oraz stowarzyszenie hiszpańskich piłkarzy również zamierzają protestować w sprawie umowy z Relevent, ponieważ nie podoba im się ten pomysł z wielu względów. Również etycznych, wszak decyzję o współpracy z USA podjęto bez konsultacji z klubami i zawodnikami.
  • Przez długi czas Javier Tebas wzbraniał się przed wprowadzeniem Goal-Line Technology do Primera Division, argumentując, iż LaLigi na niego nie stać, co na tysiąc kilometrów zajeżdżało ściemą i groteską.
  • W poprzednim sezonie trzeba było przekładać derby Leganes-Getafe, a w tym sezonie mecz Leganes-Villarreal, ponieważ osoby układające terminarz znów popełniły ten sam błąd, planując mecz na Estadio Butarque w terminie, który kolidował z „Vuelta de Espana”, wielkim wydarzeniem kolarskim.

I tak dalej, i tak dalej…

Dobrze, że chociaż w tym ostatnim względzie Hiszpanie się opamiętali i wreszcie zrozumieli, że technologia może im wyłącznie pomóc. Wiadomo, VAR działa dopiero od paru kolejek, dlatego choćby komunikacja nie jest jeszcze na tyle płynna jak sobie wymarzono, aczkolwiek takie frycowe płacił każdy i to akurat nie jest powód do wstydu. Byłby, gdyby w Hiszpanii nadal działy się takie cuda jak choćby w meczu Manchesteru City z Wolves. Ale już sam początek bieżącego sezonu LaLigi pokazał zresztą, iż wsparcie video było potrzebne. W meczu Espanyolu z Valencią dzięki niemu uznano gola Granero z rzutu wolnego, po którym piłka odbiła się za linią bramki, czego najpierw arbiter nie zauważył. Z kolei w nieszczęsnym meczu Barcy z Realem Valladolid ta słusznie uniknęła utraty punktów, po tym jak ze spalonego bramkę na 1:1 zdobył Keko, początkowo uznaną za prawidłową. Informowanie kibiców o tym jak działa VAR – za pomocą rozdawanych broszur, pokazywania spornych sytuacji na telebimach, tłumaczenia kiedy może interweniować – również wzbudza jedynie pozytywne odczucia.

A zatem – można iść z duchem czasu w godny sposób? Owszem, trzeba tylko chcieć. Albo i aż, znając temperamenty oraz często brak dobrej woli w hiszpańskim futbolu, gdzie podziały zbyt często odgrywają ważną rolę. Ogólnie jednak wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że za promocję LaLigi na całym świecie zabrano się trochę – za przeproszeniem – od dupy strony i właśnie praca u podstaw, a nie rozsprzedawanie się po całym świecie powinno stanowić punkt wyjścia do dalszego rozwoju marketingowego Primera Division. Choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to raczej pozostanie w sferze moich marzeń.

Mariusz Bielski