Z ringu do biznesu – kto wygrał, a kto zaliczył nokaut
Inne sporty

Z ringu do biznesu – kto wygrał, a kto zaliczył nokaut

Po zakończonej karierze sportowej byli już pięściarze często próbują sił w biznesie. Jak sobie radzą? Cóż, najkrócej mówiąc – tak, jak w ringu. Czasem w myśl zasady „wchodzę i go biję”, kiedy indziej zaczynają z wielkimi oczekiwaniami, a potem przyjmują lewy prosty, prawy sierpowy, wreszcie „ciosek na wątrobę”, po czym kończą na deskach. Postanowiliśmy się przyjrzeć, którym byłym bokserom powiodło się w biznesie, a którzy zaliczyli spektakularną porażkę.

Boks to oczywiście sport indywidualny. Bez względu na to, jak wiele osób jest w teamie, koniec końców to sam zawodnik przyjmuje i zadaje ciosy, ląduje na deskach, albo zgarnia mistrzowski tytuł. To zmusza do podejmowania błyskawicznych, często bardzo ryzykownych decyzji, które mają kolosalny wpływ na przebieg walki. Trudno nie zauważyć, że podobnych cech potrzebują także liderzy biznesu. Do tego trzeba dodać prosty fakt, że w boksie zarabia się (czasem) naprawdę bardzo dobre pieniądze. Oczywiście, nie mówimy o dziesiątkach, czy setkach milionów dolarów, które były/są w zasięgu takich pięściarzy jak Mike Tyson, Lennox Lewis, Floyd Mayweather Jr, Manny Pacquiao, czy Anthony Joshua. Ale nawet bokserzy z polskiego podwórka potrafili podnieść z ringu konkretne kwoty, które pozwoliły im myśleć o rozpoczęciu takiego, czy innego biznesu. Jedni wspominają tę decyzję z uśmiechem, inni – z przekleństwem pod nosem.

Albert Sosnowski

„Dragon” oficjalnie kariery nie skończył, ale w ringu raczej już go nie zobaczymy. W niedawnym wywiadzie przyznawał, że dziś skupia się na uczeniu boksu młodych. I dobrze, bo były mistrz Europy wagi ciężkiej w ostatnich walkach był już tylko mięsem armatnim dla rywali. A przecież nie zawsze tak było. Albert Sosnowski wybitnym pięściarzem nigdy nie był, ale boksować potrafił. Dzięki sprawnemu promotorowi (Krzysztof Zbarski) doszusował do walki o mistrzostwo Europy, którą bezdyskusyjnie wygrał. To z kolei pozwoliło mu się ustawić w kolejce do pojedynku z Witalijem Kliczką o mistrzostwo świat.

Jasne, „Dragon” większych szans z ukraińskim czempionem nie miał. Ale do walki wyszedł dobrze przygotowany, zmotywowany i co najważniejsze – bez pełnych spodni, jak wielu przed nim i po nim. Walczył bardzo dobrze, postawił Kliczce trudne warunki i przegrał dopiero w 10. rundzie. Dopiero, bo większość obserwatorów spodziewała się, że szerzej nieznany Polak padnie po pierwszym ciosie.

Ten pojedynek przyniósł Sosnowskiemu dużą rozpoznawalność oraz duże pieniądze. Oficjalnych kwot nie podano, ale mówiło się nawet o milionie złotych. Oczywiście, część tego tortu skasował promotor, część trenerzy. Ale i tak „Dragon” zgarnął największą wypłatę w karierze. Błyskawicznie kupił wypasione BMW, o którym zawsze marzył. Resztę za namową brata postanowił zainwestować w nieruchomość w Tajlandii. Niestety, inwestycja okazała się totalną klapą i bokser stracił większość najwyższego honorarium. Po kilku latach z pieniędzy za walkę z Kliczką nic nie zostało, Sosnowski musiał sprzedać BMW i przesiąść się do czegoś dużo mniejszego i starszego. Pieniądze na życie zapewniało mu komentowanie walk w telewizji i coraz rzadsze walki. Dziś utrzymuje się głównie z prowadzenia treningów.

Przemysław Saleta

Inny były mistrz Europy wagi ciężkiej także w swoim czasie zarabiał bardzo dobre pieniądze. W przeciwieństwie do „Dragona”, Saleta zawsze był celebrytą. Występował w programach telewizyjnych, pokazywał się z kolejnymi pięknymi żonami i dziewczynami w kolorowej prasie, błyszczał.

Znana i popularna twarz to znakomita przepustka do świata biznesu. Saleta doskonale o tym wiedział i kilkakrotnie próbował swoich sił na tym polu. Niestety, jak szumne i ambitne były zapowiedzi, tak najczęściej kończyło się brutalnym zderzeniem z rzeczywistością i wizytą na deskach. Tak było chociażby z otwieranym z pompą „Saleta Fight Club”. W ten biznes mistrz Europy wpompował ogromne pieniądze.

Biznes nie wyszedł, bo byłem jedynym właścicielem, a przede wszystkim jedynym inwestorem, który trochę przeinwestował. Poza tym, ten biznes potrzebował czasu. Długi już prawie spłaciłem, byłem w plecy z półtora miliona. Nie brałem kredytów, leasingów, nic w tym stylu – opowiadał w wywiadzie dla „Playboya”. – Chcę do tego wrócić, ale już z innym założeniem. Chciałbym tworzyć małe kluby z nastawieniem na treningi indywidualne. Koszty takiej inwestycji będą nieporównywalnie mniejsze. Saleta Fight Club był skokiem na głęboką wodę.

CHAMPIONS SPORTS BAR& RESTAURANT WARSZAWA 13.08.2015 POLSAT BOXING NIGHT ADAMEK VS SALETA PHOTO: JERZY STALEGA / NEWSPIX.PL N/Z PRZEMYSLAW SALETA --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

I rzeczywiście, Saleta wrócił do pomysłu, choć mocno go zmodyfikował. Znalazł partnerów biznesowych i ruszył z „Saleta Life Camp”, czyli obozami treningowymi w Tajlandii. Bokser mieszka tam na stałe i regularnie przyjmuje grupy ludzi, marzących o zupełnie innych wakacjach. Dwa tygodnie takiego obozu, z treningami, wyżywieniem, zakwaterowaniem, masażami i innymi atrakcjami kosztują 2,450 euro (plus bilet lotniczy).

Dariusz Michalczewski

Kolejny przykład boksera, który zarówno w ringu, jak i poza nim przeżywał wzloty i upadki. Między linami najpierw bardzo długo było kolorowo. Michalczewski jeszcze jako amator czmychnął z komunistycznej Polski do Niemiec. Tam zaczepił się w Hamburgu, zdobył dla Niemiec złoto mistrzostw Europy i poszło już z górki. Jego kariera zawodowa rozwijała się znakomicie, wygrywał kolejne walki, wreszcie sięgnął po pas mistrza świata wagi półciężkiej. Chwilę później dołożył także tytuł w junior ciężkiej. Dalej nie poszedł. Przez długie lata bronił pasa WBO w półciężkiej, demolując w Niemczech kolejnych rywali. Jego promotorzy nigdy nie zdecydowali się na walkę z Royem Jonesem Juniorem, który w tym samym czasie robił to samo w USA.

Pod koniec kariery „Tygrys” wrócił do polskiego paszportu. Dość szybko przyszła pierwsza porażka po 48 zwycięstwach, potem druga i koniec kariery.

Michalczewski zarabiał świetnie, jak na polskie warunki, przez lata był liderem „Złotej Setki”, czyli listy najlepiej zarabiających sportowców Polski, przygotowywanej przez „Super Express”. Część pieniędzy stracił po dwóch rozwodach, ale wciąż na jego koncie wiatr nie hulał. I to mimo tego, że nie wszystkie decyzje biznesowe boksera były udane.

Nie wyszła mu na przykład inwestycja w gastronomię. „Tygrys” próbował rozkręcić sieć lokali „Tiger Pub”. Mimo bardzo wysokich inwestycji – nie zagrało i knajpy, jedna po drugiej, musiały się zwijać. Znacznie więcej było jednak dobrych zagrań. Michalczewski włożył na przykład pieniądze w budowę centrum handlowego „Manhattan” w Gdańsku. Jak wspominał, stanęło dokładnie w tym samym miejscu, w którym jako dzieciak zarabiał pierwsze pieniądze, myjąc szyby samochodów na skrzyżowaniu.

Jednak najbardziej znany biznes „Tygrysa” to oczywiście napój energetyczny „Tiger”, czyli pierwsza poważna polska konkurencja dla „Red Bulla”. Prawdę mówiąc, początkowo to nawet nie miał być biznes. Producent zgłosił się do boksera z propozycją współpracy, ten się zgodził, a zyski (nie zakładano takiego sukcesu) miały iść na fundację boksera „Równe Szanse”, pomagającą dzieciakom z trudnych rodzin.

Po latach biznes bardzo się rozrósł i drogi wspólników się rozeszły. Spotkali się ponownie w sądzie, gdzie Michalczewski dochodził swoich praw. Ostatecznie kolejne sądy orzekały na jego korzyść (Food Care nie miało prawa korzystać z nazwy „Tiger” po zakończeniu współpracy), bokser wciąż walczy jednak o wielomilionowe odszkodowanie.

Andrzej Wawrzyk

W przeciwieństwie do wspomnianej wcześniej trójki, Wawrzyk żadnego poważnego pasa nie zdobył. Walczył jednak o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Aleksandrem Powietkinem. Na papierze nie miał większych szans, w ringu było jeszcze gorzej. Rosyjski czempion zdemolował Andrzeja, w kilka minut wybijając mu z głowy (dosłownie) marzenia o tytule mistrza świata. Sędzia zlitował się nad Polakiem, przerywając tę egzekucję już w trzeciej rundzie.

Wawrzyk wrócił na ring, wygrał jeszcze sześć walk, w tym na koniec ze wspomnianym Albertem Sosnowskim (w 5. rundzie). Potem, w wieku niespełna 30 lat zdecydował, że to by było na tyle. Wcześniej przeżył bardzo poważny wypadek samochodowy oraz wpadkę dopingową. Do winy się nie przyznał, przekonywał, że niedozwolone środki znalazły się w jego organizmie po spożyciu niesprawdzonych suplementów z USA. Próbował walczyć i udowadniać swoją rację przed sądem, w końcu jednak rzucił ręcznik i zajął się biznesem.

Co zabawne w kontekście wpadki dopingowej, Wawrzyk zajął się produkcją… suplementów diety. Wspólnie z doktorem Tomaszem Koselą stworzył firmę, która wprowadziła na rynek produkty w nowatorskiej technologii „lipsomowania składników aktywnych”. W największym uproszczeniu chodzi o to, że wchłanialność tych produktów jest na poziomie blisko stu procent, a nie 30-40 procent, jak w standardowych suplementach.

Polacy zażywają wyjątkowo dużo różnego rodzaju suplementów diety. Wawrzyk doskonale wyczuł rynek i trzeba przyznać, że odniósł sukces. Do tego stopnia, że w zasadzie nie myśli o powrocie na ring. Z prostej przyczyny – nie ma czasu, a biznes przynosi mu bardzo dobre pieniądze. Regularnie jeździ po Europie, dogadując i podpisując umowy. Zdecydowanie, przykład wejścia z biznes z hasłem „wchodzę i go biję” na ustach.

Rafał Jackiewicz

Bez dwóch zdań, zdecydowanie największy ananas w polskim boksie – gość, który spełniał wszystkie warunki, żeby trafić na lata za kraty, albo wylądować sześć stóp pod ziemią. Raz nawet był o krok, kiedy pod dyskoteką dostał nożem w serce. Uratował go niebywały zbieg okoliczności i fura szczęścia. Do dziś obchodzi urodziny dwa razy w roku – raz klasycznie, a drugi – w rocznicę przygody z nożem.

Po latach życia na wariackich papierach znalazł kobietę, dla której rzucił wszystko. Ożenił się, uspokoił (na tyle, na ile to możliwe w przypadku takiego oryginała), ustatkował. Zdobył mistrzostwo Europy i doszedł do walki o mistrzostwo świata (przegrał na punkty). Dalej boksuje, choć już kilka razy zapowiadał pożegnanie z ringiem, jednocześnie prowadzi różne biznesy.

Najpierw z żoną otworzył przedszkole. Potem zaczął prowadzić treningi bokserskie. Chętnych ma tak wielu, że w zasadzie jest to praca na pełen etat. Jak zapewnia: „finansowo jest bajka”. W międzyczasie otworzył drugie przedszkole, a potem ruszył z projektem „White Collar Boxing”, w którym organizuje treningi, a potem gale dla „białych kołnierzyków”. To nie koniec. Jackiewicz kocha samochody, zmienia je nawet kilka razy w roku, już dawno miał na koncie więcej aut niż przeżytych lat. Ostatnio za pośrednictwem mediów społecznościowych zaoferował nową usługę: Jackiewicz Drive, czyli „balety z Mistrzuniem”. Jednym słowem: robisz imprezę, wieczór kawalerski, czy cokolwiek innego i potrzebujesz kierowcy, który odwiezie cię do domu? Nic prostszego, dzwoń do Jackiewicza, przyjedzie, zawiezie, zabawi rozmową. Tanio nie jest, ale chętnych nie brakuje.

Grzegorz Proksa

Kolejny mistrz Europy na naszej liście. Grzegorz Proksa nigdy nie był typowym bokserem, zawsze myślał nieszablonowo, zaskakiwał chłodnym podejściem do wielu spraw i otwartą głową. Kariery oficjalnie nie zakończył, ale do ringu się już nie wybiera. Ostatnio był gościem w programie „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM, gdzie opowiadał o tym, czym się ostatnio zajmuje (całą rozmowę znajdziecie w naszym archiwum).

proksa

A ma co robić. Od dwóch kadencji jest członkiem rady nadzorczej Banku Spółdzielczego w Węgierskiej Górce, gdzie od 20 lat mieszka (z żoną i czwórką dzieci). To jednak tylko dodatek do głównej pracy. „Super G” stworzył od zera firmę budowlaną. Zaczynał od mniejszych inwestycji, dziś jego ludzie budują szpitale i tego typu wielkie budynki. Grubo? Zdecydowanie. Firma rozrosła się do tego stopnia, że bokser zatrudnia około 50 osób. Jak tłumaczy, doświadczenia z ringu i kariery bokserskiej bardzo mu się przydają w prowadzeniu biznesu.

Podsumowanie

Do listy można by dopisywać jeszcze kolejne nazwiska. Jak na przykład Andrzeja Gołoty. Bokser, który w swoim czasie był „Ostatnią Nadzieją Białych” i wsławił się laniem biednego Riddicka Bowe najpierw po głowie, a potem po jajach, zarobił w karierze furę dolarów. Być może poszedłby w ślady wspomnianego Bowe, który dziś żyje z zasiłku, albo innego byłego rywala – Mike’a Tysona, który przepuścił setki milionów dolarów i dziś żyje od kontraktu do kontraktu (za zdecydowanie mniejsze pieniądze niż kiedyś), gdyby nie miał obok siebie mądrej żony. Mariola, która prowadzi w Chicago kancelarię prawną, zadbała o to, żeby bardzo dobre wypłaty za najważniejsze walki zostały mądrze zainwestowane (głównie w nieruchomości). Dzięki temu Gołota dziś może grać w tenisa, chodzić na mecze, czy zajmować się ogrodem, zamiast martwić o przyszłość. Niestety, mało który były bokser może to samo powiedzieć…

W ringu czasem jedno uderzenie decyduje o wszystkim. Jak mówił Jerzy Kulej, nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni. Jednym słowem: przyjmiesz bombę na szczękę, albo na wątrobę i jest po zawodach. W biznesie jest trochę łatwiej, bo nawet po nokaucie można się podnieść i zacząć wszystko od nowa.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Franzischek
Ekipa nc+

Too much legends in one picture. Z wyjątkiem tego pana po lewej. Nie znam.
Turbo, wracaj do naszej Ekstraklasy! Pokaż hejterom, na co Cię stać.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Gruby3

Ale mnie irytuje od lat za kazdym razem jak to widze powielanie tego debilnego cytatu:
Jak mówił Jerzy Kulej, nie ma odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni

Taki np. Oliver McCall, stary chlop, walczyl z kazdym, przyjmowal wszystko w kazdej ilosci i przez lata walk z cala czolowka nawet raz nie lezal na deskach. No ale przeciez on nie byl odporny, cale zycie go zle trafiali… eh

TommyBL

to tak samo jak nie ma dobrze obronionych karnych, sa tylko zle strzelone 😉 who cares.

TommyBL

ten artykul juz kiedys tu byl.

wpDiscuz