GieKSa rozczarowuje, w Warcie nawarstwiają się problemy
Weszło

GieKSa rozczarowuje, w Warcie nawarstwiają się problemy

Wiemy, jaka jest specyfika pierwszej ligi. Wszyscy ze wszystkimi wygrywają, wszyscy ze wszystkimi przegrywają. Tabela jest spłaszczona do granic możliwości. W ostatniej kolejce doszło do absurdalnej sytuacji, idealnie definiującej te rozgrywki. GKS Katowice zajmował ostatnie miejsce w tabeli, a po wygraniu swojego meczu wskoczył na czwartą pozycję. Wczoraj również nie zabrakło niespodzianek. GieKSa wtopiła po raz kolejny, Bytovia – która przed sezonem stała na krawędzi, była o krok od wycofania się z ligi, pożegnała kilku zawodników – znów zapunktowała.

Zwycięstwo odniósł także Łódzki Klub Sportowy, który pokonał na wyjeździe Wartę Poznań. Istniało jednak zagrożenie, że mecz w ogóle się nie odbędzie. – Trzeba było najpierw zebrać środki na organizację tego spotkania. Ostatecznie się udało i dopiero wtedy byliśmy pewni, że piłkarze wybiegną na murawę. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek miała miejsce podobna sytuacja i by w tak krótkim czasie udało się wszystko ogarnąć. Mecz z ŁKS-em był o tyle specyficzny, że wiedzieliśmy, jak spora grupa kibiców gości może przyjechać do Grodziska. Nie ma co ukrywać – to nie było łatwe spotkanie do zorganizowania. Gdyby przyjechał rywal bez zorganizowanej grupy kibiców, pewnie byłoby łatwiej. Kibice ŁKS-u i zaprzyjaźnionego z nimi Lecha już wcześniej anonsowali się, że przyjadą. Zapowiadali jednak wizytę w znacznie większej liczbie. Ostatecznie pojawili się w grupie niespełna 300 osób. Wiadomo, informacja, że będzie ich bardzo dużo, trochę utrudniła organizację, choć przewidywaliśmy, że zapowiedzi mogą nie do końca pokryć się z rzeczywistością. W końcu mecz odbywał się w Grodzisku, a to godzina jazdy z Poznania. Nie każdy, kto w normalnych okolicznościach przyszedłby do „Ogródka”, musiał mieć chęci, by jechać na obiekt Dyskobolii. Mimo ogromnych trudności, wszystko zostało jednak dopięte na ostatni guzik i podczas meczu nie wydarzyły się żadne nieprawidłowości – opowiada nam Szymon Mierzyński z portalu WP SportoweFakty, który jest również spikerem Warty.

Warta bardzo szybko straciła dwie bramki, później już nie była w stanie się pozbierać. – Wiadomo, jak wygląda sytuacja finansowa w klubie. To musiało się w końcu odbić na postawie drużyny. Trudno skupiać się na walce o ligowe punkty, gdy od dłuższego czasu nie dostaje się pensji. Nie można mieć pretensji do piłkarzy, nie ma co ukrywać – Warta nie była w stanie udźwignąć tego meczu z powodu sytuacji, w której się znajduje. Początek sezonu był przyzwoity, ale nie można bez końca „jechać” tylko na atmosferze – dodaje Mierzyński.

Poznaniacy po dobrym początku sezonu – dwa zwycięstwa i remis – przegrali teraz dwa spotkania z rzędu. Nadzieją na lepszą przyszłość wydaje się wejście do klubu nowego inwestora, które powinno zostać niedługo sfinalizowane. – Nowy inwestor przejawia bardzo dużą determinację, żeby domknąć sprawę przejęcia Warty, mimo że jego cierpliwość jest wystawiona na ciężką próbę. Negocjacje się przedłużają, ciągle pojawiają się nowe problemy. Jestem pod wrażeniem tego, że – pomimo wszystko – inwestorowi bardzo zależy na pozytywnym końcu. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale to, że mecz z ŁKS się odbył, to wyłącznie jego zasługa – kończy nasz rozmówca.

A ŁKS? Cóż, zrobił swoje. Szybko rozstrzygnął mecz, wygrał spokojnie. Pozostało jeszcze kilka spotkań do rozegrania, można więc przypuszczać, że łodzianie skończą siódmą kolejkę mniej więcej w środku tabeli. Natomiast wiadomością tygodnia w Łodzi i tak nie było wcale zwycięstwo w Grodzisku, ale konferencja, podczas której prezes Tomasz Salski zaprezentował dwóch nowych inwestorów klubu. Przekształcenie stowarzyszenia w spółkę prawa handlowego wiązało się z możliwością ograniczenia liczby udziałów właściciela Klepsydry, największego spośród sponsorów ŁKS-u. W czwartek dowiedzieliśmy się, że około 1/5 udziałów w spółce obecnie spoczywa w rękach Jerzego Pietruchy, biznesmena spod Łodzi prowadzącego swoje interesy przede wszystkim w Afryce, oraz Przemysława Andrzejaka, prezesa Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Można się spodziewać, że budżet łodzian delikatnie podskoczy, co może też przełożyć się na jakiś transfer „last minute”.

Pytanie, czy łodzianie w ogóle takiego potrzebują. W obronie na dobre zadomowił się młodziutki Jan Sobociński, który ma już na koncie trzy gole w I lidze (dwa dla ŁKS-u, jeden samobójczy), w linii pomocy na gwiazdę wyrasta Dani Ramirez (z Wartą znów z asystą), a w przodzie nieźle radzi sobie Żenia Radionow. Ten ostatni z ŁKS-em przebył drogę od III ligi – i nikogo chyba nie zdziwi, jeśli prędzej czy później, w barwach Rycerzy Wiosny czy też nie, dostanie szansę w Ekstraklasie.

Warta Poznań – ŁKS Łódź 0:2

0:1 Jan Sobociński 6′

0:2 Artur Bogusz 11′

*

A skoro już jesteśmy przy słowie „Ekstraklasa”: w Katowicach jak co roku. Duże nadzieje, spore rozczarowania. Bolesną porażkę z Rakowem w środku tygodnia można było próbować tłumaczyć tym, że częstochowianie są liderami, że celują w awans. Ale na porażkę z GKS-em Jastrzębie – u siebie! – nie ma usprawiedliwienia. Generalnie katowiczanie zaczęli sezon bardzo przeciętnie, znów mocno rozczarowują. – Graliśmy bardzo słabo, ale to nie był najsłabszy mecz GieKSy w tym sezonie. Jeszcze słabsze było spotkanie z Podbeskidziem w pierwszej kolejce. Jastrzębie nie grało wczoraj wielkiej piłki, ale zrobiło to, co chciało zrobić – szybko strzelić gola, mądrze się bronić. Zrealizowało swój cel, dość powiedzieć, że oddaliśmy tylko jeden celny strzał na bramkę, dopiero w okolicach 70. minuty. Raczej nie istnieliśmy na ich tle – uważa Piotr Koszecki, redaktor portalu GieKSa.pl.

Wydaje się, że nietrafione były ruchy trenera, Jacka Paszulewicza. – Zmiany personalne są dość dziwne. Środek obrony funkcjonował w ostatnich spotkaniach dobrze, tymczasem dokonano zmiany na tej pozycji. Zszedł Midzierski, zastąpił go Wawrzyniak. Największym problemem była lewa strona pomocy, na której bardzo źle zagrał w Częstochowie Słomka. A jednak wczoraj otrzymał kolejną szansę. Podobnym zdziwieniem było to, że Hiszpan David Anon – który wcześniej do siebie nie przekonywał – „w nagrodę” dostał pierwszy plac. To wszystko jest dziwne. Trener Paszulewicz poprawia tam, gdzie nie trzeba, a nie poprawia tam, gdzie trzeba. Tak to wygląda z boku – dodaje Koszecki.

– O awansie mówi się co rok, jednak wydaje mi się, że w tym sezonie nie jest o nim tak głośno jak wcześniej. Rewolucja kadrowa była spora, pożegnano kilkunastu zawodników, sprowadzono wielu nowych graczy. Każdy, kto myślał racjonalnie, zdawał sobie sprawę, że potrzeba czasu na zgranie. Były już jednak takie spotkania – nawet w tym sezonie – które pokazywały, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Gra była przyjemna dla oka, a jednak ostatnio znowu wróciliśmy do totalnego chaosu. Przegraliśmy z Rakowem, przegraliśmy z Jastrzębiem – kontynuuje.

Najbliższe spotkanie GieKSa rozegra w Chojnicach. Jeżeli nie wygra, zapewne powoli zacznie robić się gorąco.

GKS Katowice – GKS Jastrzębie 0:1

0:1 Krzysztof Gancarczyk 21′

*

Bytovia to specyficzny klub. Nie pamiętamy roku, w którym nie mówiłoby się o zakończeniu jej współpracy z Drutexem. W końcu lokalny patriotyzm przegrał z frustracją, sponsor się wycofał. Wydawało się, że klub zwinie żagle i zacznie się odbudowywać od niższych poziomów rozgrywkowych. Ostatecznie udało się zebrać potrzebne fundusze i przystąpić do rozgrywek. – Wycofanie przypadło na bardzo niefortunny okres. Po pierwsze – miało miejsce dwa dni po zapewnieniu sobie utrzymania. Poza tym był to czas tuż przed posiedzeniem Komisji Licencyjnej. Mieliśmy złożone wszystkie dokumenty, z prognozą związaną z Druteksem. Tymczasem na drugi dzień dostałem informację, że nie otrzymujemy licencji. Miałem kilka dni, żeby coś zrobić. Złożyłem odwołanie, pozostało walczyć do końca. Zwołaliśmy zarząd, zrobiliśmy spotkania – z burmistrzem, przedsiębiorcami. Podjęli oni decyzje, żeby próbować. A było o to trudno. Załatwiałem przede wszystkim sprawy finansowe, przedsiębiorcy chodzili i szukali sponsorów. Jeździli po całym powiecie, pozałatwiali deklaracje, które zostały zaakceptowane przez komisję odwoławczą. W tamtym momencie nie było jeszcze pewne, czy w ogóle wystartujemy. Gonił nas czas, ale zdążyliśmy. Zobaczymy, jak to teraz będzie. Mamy bardzo niski budżet. Minimalny, pozwalający na jako takie funkcjonowanie. Cały czas szukamy sponsorów, podpisaliśmy umowę ze sponsorem technicznym, który będzie przekazywał nam stroje i odzież sportową – opowiadał nam jakiś czas temu Janusz Wiczkowski, prezes klubu. (klik)

No i co? I ta sama Bytovia w bardzo dobrym stylu weszła w nowy sezon. Wygrała wszystkie trzy wyjazdowe mecze, u siebie idzie jej trochę gorzej, ale jedenastu punktów po sześciu kolejkach mało kto się tam spodziewał. Wczoraj zremisowała z Podbeskidziem – również znajdującym się w czubie tabeli, choć wiadomo jak często ta czołówka w pierwszej lidze jest umowa – i tym sposobem na razie dzielnie się broni, choć wszyscy skazywali ją na rychły spadek.

Bytovia Bytów – Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:1

1:0 Mateusz Kuzimski 39′

1:1 Valerijs Sabala 49′

Fot. FotoPyk