Od rezerwowych po nowe gwiazdy? Ranking Polaków w Serie A
Włochy

Od rezerwowych po nowe gwiazdy? Ranking Polaków w Serie A

Czołowa liga świata. Naszpikowana gwiazdami, budząca olbrzymie zainteresowanie i generująca coraz większe zyski. W niej… aż piętnastu Polaków. Ostatni element układanki nie pasuje do pozostałych, prawda? W końcu i mundial, i ostatnie występy naszych klubów w europejskich pucharach kolejny raz potwierdziły, że z pozoru jesteśmy kompletnymi piłkarskimi dziadami. Jednak Włosi zdają się mieć inną opinię na ten temat. W Serie A, dokładnie tej lidze, w której występują Ronaldo, Dybala, Icardi, Nainggolan czy Mertens, wprost roi się od naszych rodaków, którzy aktualnie obstawiają aż jedenaście klubów. Postanowiliśmy zatem wziąć całą piętnastkę pod lupę i stworzyć ranking Polaków występujących w Serie A. Tak, aby wiedzieć, od kogo powinno się oczekiwać czegoś dużego, a kogo już teraz można spisać na straty.

Zanim jednak przejdziemy do sedna sprawy, wypada przynajmniej spróbować odpowiedzieć na pytanie, skąd na Półwyspie Apenińskim wzięła się moda na Polaków. Pierwsza myśl jest dość oczywista i wiąże się z kategorią znaną chociażby z Przewodników Michelin. Korzystny stosunek jakości do ceny. Poza Arkadiuszem Milikiem (32 miliony euro), Piotrem Zielińskim (14 milionów euro), Wojciechem Szczęsnym (12 milionów euro) za żadnego z naszych rodaków nie trzeba było wykładać ośmiocyfrowej kwoty odstępnego.

Co, zwłaszcza w dzisiejszych realiach transferowych, wygląda trochę jak niekończący się Black Friday.

Jednocześnie, co udowodni nasz ranking, sprowadzani do włoskich klubów Polacy z reguły spełniają związane z transferem oczekiwania. W niektórych przypadkach grają nawet lepiej niż można było zakładać. To pozwala przypuszczać, że skauci z Serie A zaglądają do nas nie tylko ze względu na panującą nad Wisłą taniochę. Co w rozmowie z Weszło potwierdza agent piłkarski, Alessandro Greco:

Dlaczego Włosi tak chętnie sięgają po Polaków? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie będą słowa Marco Giampaolo, trenera Sampdorii: „Wolę zagranicznych piłkarzy od włoskich. Gdyby to zależało ode mnie, mógłbym pracować tylko z nimi, bo są otwarci, pracowici i niektóre rzeczy rozumieją lepiej od naszych piłkarzy. Nawet jeśli nie znają języka. Są też dobrze ułożeni, na obozach zawsze mówią „dzień dobry”. Kiedy nie grają, to nic nie mówią, tylko trenują jeszcze ciężej, żeby wywalczyć miejsce w składzie”. Polscy piłkarze idealnie pasują do tej charakterystyki i dlatego przebijają się w Serie A.

Pracowici, grzeczni, rozumni, nie uskarżający się na swój los… Kto by pomyślał, że podobną opinię ktokolwiek wygłosi akurat na temat piłkarzy znad Wisły. Ta ocena jest autentycznie zaskakująca. Zwłaszcza biorąc pod uwagę stereotypowe skojarzenie polskiego piłkarza z leserem, który nie potrafi powalczyć o miejsce w składzie zagranicznego klubu.

Uważny obserwator świata calcio, Michał Borkowski, potwierdza spostrzeżenia Greco. – Włoskie kluby z biegiem lat straciły sporo ze swojego dawnego bogactwa i musiały odpuścić sobie te najdroższe rynki. Wprowadzono trochę limitów na piłkarzy z Ameryki Południowej, to ograniczyło możliwości zatrudniania zawodników z tamtego rejonu – zauważa ekspert

Inna sprawa, że część naszych stranierich na włoskiej ziemi wyróżniono trochę awansem. – Sytuacja polskich piłkarzy w ich klubach jest różna. Przykładowo dla Sampdorii kluczowymi piłkarzami są Bereszyński i Linetty. Podobnie powinno być ze Szczęsnym w Turynie i Skorupskim w Bolonii. Reszta musi udowodnić swoją wartość i pokazać, że zasługuje na komplementy – dodaje Greco.

Udowadnianie wartości oczywiście nie wszystkim wychodzi w należyty sposób. Jednak w gruncie rzeczy Polacy radzą sobie w Serie A w najgorszym wypadku przyzwoicie. Przejdźmy zatem do rankingu. Z kim wiążemy największe oczekiwania? Kto może zaskoczyć, a kto raczej przepadnie? To wszystko wyjaśniamy i szeregujemy z pomocą ekspertów od Serie A. Przede wszystkim – cytowanego już Michała Borkowskiego, którego wypowiedzi swoimi opiniami uzupełnili Dominik Mucha i Bartek Szulga.

8X3z0ET

Co tu dużo mówić – Drągowski jest w tej chwili potrzebny we Florencji jak drzwi w lesie. Tak naprawdę nigdy realnej szansy na regularne występy we Fiorentinie nie dostał. Albo ujmijmy to inaczej – być może takie szanse się pojawiały i to nawet wielokrotnie, tylko były zawodnik Jagiellonii był po prostu za krótki, żeby po nie sięgnąć. Trudno powiedzieć, co konkretnie o tym zadecydowało. Najprościej doszukać się oczywiście braków w umiejętnościach, ale w grę wchodzą również deficyty jeżeli chodzi o mentalność. Może za szybko podjęto decyzję o wyjeździe, a może wybrano zły kierunek, jeżeli chodzi o rozwój?

Próżno to dzisiaj rozstrzygać. Pewne jest natomiast, że na Drągowskiego włodarze Violi nie tylko już nie stawiają, ale oni po prostu w ogóle w niego nie wierzą. Nawet w szerszej perspektywie, choć chłopak przecież dopiero co skończył 21 lat i na pewno jest już wystarczająco dojrzałym zawodnikiem, żeby zasłużyć na swoją okazję. Tymczasem do klubu trafił 19-letni Alban Lafont. Za sporą jak na realia Fiorentiny kwotę, bo niespełna dziewięć milionów euro. I wydaje się, że Lafont w ślady Polaka nie pójdzie.

Według francuskich mediów, chłopak już w tej chwili jest gotowy do szturmowania włoskiej ligi, a kwota odstępnego brzmi w tym przypadku niczym potężna przecena.

Zatem przed polskim golkiperem kolejny stracony sezon, ewentualnie – w najlepszym przypadku – stracona runda. Do tej pory zagrał cztery ligowe mecze w barwach Violi. Wyniki tych spotkań (2:2, 3:4, 0:1, 1:5) mówią same za siebie. Oczywiście Bartek nie jest bezpośrednio odpowiedzialny za wszystkie ze straconych goli. Niekiedy pojawiał się na murawie, gdy Viola miała już stracone bramki na koncie. Co nie zmienia faktu, że jego wątpliwej jakości popisy i tak wystarczająco negatywnie zapisały się w pamięci sympatyków klubu z Florencji.

Jeżeli do tego dodać wywiad udzielony Przeglądowi Sportowemu, w którym bramkarz wylał kubły frustracji na swojego pracodawcę, co nie uszło uwadze sztabu szkoleniowego… Naprawdę dziw bierze, że Drągowski jeszcze się z Fiorentiny po prostu nie wyniósł. Na pewno nie wpisuje się on w pozytywny wizerunek polskiego zawodnika w Italii, nakreślony przez Alessandro Greco.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Krótka piłka – jest jakakolwiek szansa, że Drągowski podniesie się w tym sezonie z ławki rezerwowych? Klub wydał sporo kasy na innego, jeszcze młodszego bramkarza, co chyba nie wróży dobrze.

Michał Borkowski: Lafont przyszedł za grosze, biorąc pod uwagę jakim jest talentem. Podobno to jeden z największych kozaków wśród młodych bramkarzy na całym świecie. Wielu ekspertów od piłki francuskiej było zaskoczonych, że on wylądował tylko we Fiorentinie i w dodatku tak tanio. Dziwię się, że Drągowski nie odszedł, bo w klubie jest z całą pewnością skreślony. Szczerze mówiąc, byłem absolutnie przekonany, że odejdzie tego lata. Słyszałem coś o Espanyolu, nie wiem, dlaczego ten kierunek nie wypalił.

Drągowski straci zatem kolejne miesiące. Dlaczego utknął we Florencji?

Zdaje się, że po prostu nie było chętnych, żeby go wykupić z Fiorentiny. Nie budzi już w tej chwili zainteresowania na rynku transferowym. Początkowo było trochę inaczej – głosy we Florencji były takie, że chcą mieć go cały czas pod obserwacją, dlatego nie decydują się na żadne wypożyczenie. Obiecywano mu nadchodząca szansę. No i miał okazję, żeby się pokazać, częściowo wskutek kontuzji pierwszego bramkarza. Ale jak już się ta szansa pojawiła, to w sumie lepiej by dla niego było, żeby jednak nigdy nie przyszła. Tylko pogorszył swoją sytuację.

Kiedy grał – to zawodził. Koszmarne kiksy, zawalone bramki, feralny wywiad dla Przeglądu Sportowego. Trochę ponarzekał, że nie podoba mu się jak go w klubie traktują. Zasugerował, że może zakończyć karierę, jeżeli sytuacja się nie zmieni. Dostał za to w karę finansową. Według mnie jest po prostu spalony.

Alban Lafont to rocznik 1999, bardzo młody chłopak. Zapowiada się zatem, że w Drągowskiego nikt już w klubie nie wierzy nawet w kontekście rozwoju?

Lafont to na tę chwilę golkiper o większym potencjale, większych możliwościach jeżeli chodzi o rozwój talentu. Musiałby się kompletnie rozwalić, albo zaliczyć koszmarny początek sezonu. Może wówczas spojrzeliby we Fiorentinie na Bartka łaskawym okiem, ale nie wierzę w taki rozwój wypadków. Jeżeli zdecydowano się ściągnąć bardzo młodego bramkarza i to – jak na Fiorentinę – za grube pieniądze, to sprawa jest chyba dość jasna.

bzKiqyp

Przenosiny Marcjanika do Empoli wywołały w Polsce spore zaskoczenie. O ile bowiem zawodnik ze stajni menadżerskiej Jarosława Kołakowskiego w Ekstraklasie radził sobie przyzwoicie, to przeskok aż do Serie A wyglądał na próbę porwania się z motyką na słońce. Entuzjaści tego transferu doszukiwali się w nim jednak odtworzenia ścieżki, którą Kołakowski swego czasu bezbłędnie wytyczył dla Kamila Glika.

I trzeba przyznać, że chyba mieli rację. Marcjanik na razie rzeczywiście idzie po śladach odciśniętych wcześniej przez zawodnika Monaco. Czyli – tuż po przeprowadzce do nowego klubu, zainstalował się na ławce rezerwowych i wszystko wskazuje na to, że szybko się z niej nie podniesie.

Największym problemem Marcjanika jest mocna konkurencja o miejsce w wyjściowym składzie. Wyjątkowo mocna, biorąc pod uwagę, że omawiamy przecież skład beniaminka. Pozyskani przed sezonem Matias Silvestre i Jacob Rasmussen (Empoli zapłaciło za niego Rosenborgowi okrągły milion euro) przynajmniej na początku będą mieli abonament na regularną grę. Polakowi pozostaje więc liczyć na to, że konkurenci nie złapią dobrej formy. Na razie raczej się jednak na to nie zanosi. W meczu z Cagliari obrona Empoli zagrała na zero, a duet środkowych defensorów za swój występ zebrał wysokie noty. Poza tym, oprócz Polaka, w kolejce do gry jest jeszcze trzech innych zawodników. To tylko dodatkowo komplikuje sytuację. W takich okolicznościach naprawdę ciężko być dobrej myśli.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Michał Marcjanik trochę z zaskoczenia wylądował w Serie A. Choć trafił do beniaminka, nie będzie miał tam chyba łatwo w walce o boiskowe minuty?

Michał Borkowski: W Empoli jest o tyle ciężko, że w ostatniej chwili ściągnięto tam Matiasa Silvestre’a, zatem środek obrony szykuje się naprawdę dość mocny. Udało się w zespole zachować tych, którzy zrobili awans i jeszcze dodatkowo rotację wzmocnić. Wiele dobrego słyszałem również o młodym Rasmussenie.

Nie ma zatem nadziei dla Polaka?

Nie wiem, na ile poradzi sobie na bazie własnych umiejętności, bo miejsca w składzie za darmo nie dostanie. Wręcz przeciwnie – będzie o to bardzo ciężko. Transfer do Serie A dla środkowego obrońcy to zawsze trochę niewdzięczna sytuacja. Żeby to najlepiej zrozumieć, wystarczy wsłuchać się w głosy defensywnych zawodników, którzy trafili wcześniej do Italii. Choćby Bartka Bereszyńskiego. Niektóre treningi odbywają się w ogóle bez piłki, piłkarze defensywni po prostu ćwiczą poruszanie się w formacji, przemieszczają się jak po sznurku.

Zatem kluczowy będzie aspekt przystosowania się do nowych realiów taktycznych?

Tak. Wszystko zależy od tego, jak chłopak ogarnie temat taktycznie. Jeśli będzie z tym jakiś kłopot, to trudno się spodziewać, żeby w ogóle cokolwiek pograł. Mnie zdziwił sam pomysł jego transferu do Empoli, ale może akurat dostrzeżono w nim coś ciekawego, czego wcześniej nie wiedzieliśmy. Jednak równolegle do zespołu dołącza przecież wspomniany Silvestre – gigantyczne doświadczenie, setki meczów w Serie A. Progi Interu okazały się dla niego za wysokie, ale poza tym epizodem sprawdził się już w wielu klubach. Trudno z kimś takim konkurować piłkarzowi, który dopiero co opuścił polską ekstraklasę.

FAFIN7S

Kolejna pozycja w rankingu i kolejny transfer z gatunku tych szokujących. Tym razem ze względu na cenę. Okej, Reca pod okiem Jerzego Brzęczka zrobił pewien postęp, wreszcie zaczął grać na miarę potencjału, o którym wcześniej głównie się opowiadało. Rzadziej widziało na boisku. Ale cztery bańki? Gdyby to jeszcze chodziło o rozrzutnych Anglików, chwalących się od zawsze szerokim gestem Rosjan lub Turków, pewnie łatwiej byłoby zrozumieć ten transfer. Jednak – Włochy? Atalanta, która nie uchodziła nigdy za krezusa?

Niemniej – stało się i w nowym sezonie faktycznie będziemy mieli przyjemność oglądać obiecującego lewego obrońcę w Serie A. Choć Reca raczej nieprędko zostanie podstawowym zawodnikiem Atalanty, to z pewnością parę razy pewnie będziemy mogli zaobserwować, jak radzi sobie na tak wysokim poziomie. To zagadnienie interesujące nas zwłaszcza w kontekście reprezentacji.

Do tej pory w barwach nowego klubu Reca zagrał raz – w rewanżowym meczu III rundy eliminacji Ligi Europy z Hapoelem Haifa. Wynik tej rywalizacji rozstrzygnął się już w pierwszym spotkaniu, które Atalanta wygrała na wyjeździe 4:1, więc w rewanżu Gian Piero Gasperini zrobił sobie mały przegląd kadr. W normalnych okolicznościach na boisku zameldowałby się zapewne Robin Gosens, który u Gasperiniego jest pewniakiem, ale najwidoczniej Polak zapracował sobie na to, by dać mu szansę i chociaż rzucić okiem na to, jak mu idzie w warunkach meczowych.

W tym miejscu trzeba jednak nadmienić, że mecz z Hapolem odbył się zanim klub z Bergamo klepnął wypożyczenie Alego Adnana, który w zeszłym sezonie zagrał 23 mecze w barwach Udinese. Mamy tylko nadzieję, że wprowadzenie do rotacji silnego i wybieganego Irakijczyka to nie pokłosie deficytów w umiejętnościach czy przygotowaniu fizycznym, jakie Reca zaprezentował na treningach. Bo jeśli tak, to jego pośladki mogą zostawić niezły odcisk na ławce rezerwowych Stadio Atleti Azzurri d’Italia.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Skoro Arek Reca kosztował aż cztery miliony euro, to występy w wyjściowym składzie ma zagwarantowane? Tak pięknie to chyba nie wygląda?

Michał Borkowski: Z Recą jest tak – głosy z klubu są jednoznacznie pozytywne, wszystko go wychwalają. Że to kapitalny piłkarz, że wielki talent, że Atalanta będzie jeszcze miała z niego pożytek. Tym bardziej, że to akurat zespół, który potrafi naprawdę wysoko wynieść swoich bocznych obrońców. Pod tym względem Reca trafił bardzo korzystnie. Jednak pochwały swoją drogą, ale w pierwszym składzie wychodzi niezmiennie Robin Gosens. To zresztą jest jeszcze zrozumiałe, było wręcz do przewidzenia. Gorzej, że przy spokojnym wyniku zmienił go w ligowym meczu Timothy Castagne.

Więc jest wynik 3:0, na ławce siedzi Reca, który ma idealną okazję do debiutu w Serie A. Może się ogrywać i przystosowywać do realiów nowego klubu w warunkach meczowych. Ale nie on wchodzi na boisko. Pojawia się na nim zawodnik, który nominalnie jest prawym obrońcą, nie lewym. Jak to zatem świadczy o pozycji Recy w drużynie?

Pytanie retoryczne. Niemniej, w europejskich eliminacjach Reca dostał swoją szansę.

Fakt. Nie zagrał bardzo źle, miał jedno fajne podanie do Zapaty, które prawie zakończyło się golem. Był jednak taki fragment meczu, gdy trener Gasperini zaczął się na Polaka po prostu wydzierać. Reca nie wypełniał założeń taktycznych i trener miał do niego spore pretensje. Szkoleniowiec Atalanty udzielił też wywiadu, gdzie stwierdził mniej więcej, że Arek to bardzo fajny chłopak, tylko ma jeden problem – nie mówi ani po włosku, ani po angielsku. Dziwna sytuacja, ze piłkarz – wiedząc o swoim wyjeździe – trafia do nowego klubu i, tak naprawdę, ani me, ani be. Już pomijam te wszystkie lata spędzone w szkole, gdzie był czas na naukę języka angielskiego.

Może Gasperini trochę przesadzał, ale na pewno to Polakowi nie pomaga. Taktyka we Włoszech ma kluczowe znaczenie. Tutaj mamy jeszcze do czynienia z ustawieniem, w którym Reca miałby grać na wahadle. Czasami to jest 3-4-3, czasami 3-5-2, wszystko jest w tym zespole płynne. W takiej sytuacji wypadałoby jednak rozumieć, co trener mówi, żeby się w jakiś sposób tej taktyki nauczyć.

Mimo wszystko – ciekawy kierunek transferu. Atalanta potrafi promować piłkarzy, przeżywa ostatnimi laty naprawdę piękny okres w swojej historii.

Zdecydowanie tak. Przez ćwierć wieku nie grali w europejskich pucharach, ostatnio do nich wrócili. Oczywiście pojawiły się obawy, czy zdołają utrzymać tak wysoki poziom. Zdołali. Pomimo że odeszło od nich kilku piłkarzy, na których w sumie zarobili ponad sto milionów euro. To jest naprawdę fajny klub – potrafią stawiać na młodych piłkarzy, wprowadzać ich do wielkiej piłki. Grają ofensywnie, są na boisku aktywni, nie zamykają się na własnej połowie. Nieważne, czy grają z Chievo, czy z Borussią Dortmund.

To jest świetny klub w kontekście dalszego rozwoju. Gasperini lubi i potrafi pracować z młodymi. Tylko istotne jest, żeby rozumieć, co trener ma do powiedzenia. Niemniej, skoro Polak dostał już szansę w europejskich pucharach, przyszedł za stosunkowo dużą kwotę, to na pewno nadzieje są w nim pokładane. Jednak nie spodziewam się występów w pierwszym składzie. Przynajmniej w trakcie tej rundy. Reca będzie prędzej wykorzystywany okazyjnie, jako element rotacji.

OB5qoGG

Jaroszyński, który właśnie rozpoczyna swój drugi sezon na poziomie Serie A, ma za sobą dość wyboistą drogę do pierwszego składu Chievo. Zresztą, jeszcze zanim na dobre przeniósł się z Krakowa do Werony, głośno wątpiono w to, czy sobie poradzi. Wśród możliwych dla niego scenariuszy dominował ten, wedle którego obrońca prędko wraca do Polski z podkulonym ogonem.

Wychowanek Górnika Łęczna sprawił jednak dużą niespodziankę i, mimo początkowych problemów, z czasem zaczął w Chievo grywać. I to na tyle dobrze, że zwrócił na siebie uwagę Adama Nawałki, od którego dostał premierowe powołanie do reprezentacji Polski. Zbyt wielu występów co prawda nie natrzaskał (ledwie jedenaście), ale w nowym sezonie powinien poprawić ten wynik. Głównie dlatego, że po transferze Massimo Gobbiego do Parmy, jest jedynym nominalnym lewym obrońcą w kadrze swojego zespołu. W klubie cały czas pamiętają chociażby o jego bardzo dobrym występie przeciwko Romie.

Inna sprawa, że odkąd w kwietniu za trenowanie Chievo wziął się Lorenzo D’Anna, to Jaroszyński ani razu nie pojawił się na boisku w spotkaniu ligowym. Debiut u nowego szkoleniowca zaliczył dopiero w meczu Pucharu Włoch, ale już w starciu z Juventusem jego miejsce zajął Fabrizio Caciattore. Zatem gość, z którym były piłkarz Cracovii minutami dzielił się również w poprzednim sezonie. Przy takim układzie sił, Jaroszyński prędzej czy później powinien jednak doczekać się swojej szansy.

W ciągu ostatnich miesięcy pokazał wszystkim, że jak najbardziej nadaje się na poziom, który prezentuje Chievo. Nie jest to poziom szalenie wysoki, ale mimo wszystko mówimy o Serie A, czyli lidze, która w stosunku do obrońców ma niekiedy naprawdę szczególne wymagania. Skoro w tym roku roku Polak ma jednego rywala o miejsce w składzie mniej, to można chyba zakładać, że będziemy oglądać go coraz częściej.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Przejrzałem sobie występy Jaroszyńskiego z ubiegłego sezonu. Jedenaście meczów w lidze, trzy remisy, osiem porażek. Słabo to wygląda.

Michał Borkowski: Szczęścia swojej drużynie nie przyniósł, ale… Ja mam mimo wszystko w jego przypadku spore oczekiwania. Nie żebym dostrzegał w nim jakiś niesamowity talent, lecz na pewno stać go na solidną karierę w Serie A. W zeszłym sezonie nie występował zbyt często, jednak kiedy już grał, to prezentował się naprawdę przyzwoicie. Unikał wpadek, a miewał również mecze, w których wyglądał świetnie. Wystarczy przypomnieć jego występ przeciwko Juventusowi, gdy wyłączył z gry Douglasa Costę.

Rywali do miejsca w wyjściowej jedenastce nie ma właściwie żadnych, zgadza się?

Na pewno plusem jest sytuacji w Weronie jest fakt, że Paweł to jedyny nominalny lewy obrońca, jakiego ma do dyspozycji trener. Minusem z kolei jest to, że w pierwszym meczu sezonu Lorenzo D’Anna postawił na jego pozycji Fabrizio Cacciatore, który jest prawym obrońcą. Z kolei z prawej strony zagrał Nenead Tomović. Zatem – stoper. Taka dziwna przekładanka, byle tylko z Pawła nie skorzystać.

Czym to może być spowodowane?

Może lekki uraz, może słabsza forma na starcie sezonu. Niemniej, według medialnych doniesień, w Chievo naprawdę pokładają w Jaroszyńskim pewne nadzieje. Ich obrona jest dość wiekowa, kilku zawodników przekroczyło już trzydziestkę, bramkarz zbliża się już nawet do czterdziestki. Właśnie Paweł ma być jednym z ważnych elementów planu, który ma na celu odmłodzenie kadry. Skoro nie ściągnęli dla niego żadnej alternatywy na tę pozycję, to występów w wyjściowym składzie powinno być w końcowym rozrachunku sporo.

Z27H8Sn

Salamon nie podbił i pewnie nie podbije już Serie A, ale we Włoszech i tak zapracował sobie na całkiem solidną markę. Kluby zmienia wprawdzie nadspodziewanie często, jednak – co ważne – wciąż utrzymuje się w najwyższej klasie rozgrywkowej. I regularnie pojawia się na boisku. Nie jest to może imponująca kariera, ale solidność też należy doceniać.

Ostatnie okienko transferowe było dla byłego (?) reprezentanta dość burzliwe. Najpierw SPAL, w którym spędził poprzedni sezon, wykupiło Polaka z Cagliari za dwa miliony euro, by tuż przed końcem okienka odesłać go na wypożyczenie do Frosinone. W barwach beniaminka, grającego w ustawieniu z trójką środkowych obrońców, Salamon będzie jednym z najbardziej doświadczonych zawodników, dzięki czemu może być spokojny o miejsce w pierwszym składzie. Potwierdziły to mecze – oba niestety przegrane – z trzecioligowym FC Sudtirol w Pucharze Włoch i Atalantą w pierwszej kolejce nowego sezonu Serie A. Salomon w obu zagrał po 90 minut.

Delikatnie rzecz ujmując, Polak raczej nie będzie chciał zachować wycinków z gazet, które pisały o jego popisach. Ogólnie jednak nie powinno być dramatu, bo były piłkarz Milanu (ha!) wielokrotnie pokazał już, że w dolnych stanach Serie A czuje się dość pewnie.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Frosinone. To jest ta bezpieczna przystań, w której Salamon zacumuje na dłużej?

Michał Borkowski: Bardzo bym chciał, żeby regularnie występował. To jest taki zawodnik, w którego ja zawsze bardzo wierzyłem ze względu na jego charakterystyczną elegancję w grze. Wyprowadzenie piłki, inteligencja. Widać, że kiedy trafia do niego futbolówka, to on rozumie, co ma z nią zrobić. Nie wybija jej gdzieś na aut, stara się wykonać coś więcej niż tylko odegranie do najbliższego kolegi z obrony.

Rozegranie piłki to był zawsze jego znak rozpoznawczy, ale to się okazało jednak za mało, żeby zrobić wielką karierę w Italii.

Obserwuję go odkąd miał 17 lat i zaczynał swoją przygodę w Serie B. Jego kariera trochę dziwnymi torami się toczy, bo startował jako ofensywny pomocnik. W zasadzie – rozgrywający. Wtedy się plotkowało, że sam Guardiola ma chłopaka na oku i jest pod wrażeniem jego gry właśnie jeśli chodzi o rozegranie piłki. Oczywiście kariera Bartka się zupełnie inaczej potoczyła. Kompletnie nieudane podejście w Milanie, później lekki zjazd i nieumiejętność zagrzania miejsca w którymkolwiek klubie. Dzisiaj to już typowy środkowy obrońca. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz grał na innej pozycji.

Czekają go w tym sezonie regularne występy? W SPAL początkowo było z tym nieźle, potem – ława.

Moim zdaniem we Frosinone powinien co tydzień grać w pierwszym składzie. Zwłaszcza, że wielka konkurencja o miejsce w wyjściowej jedenastce mu nie grozi. Ciekawym obrońcą jest na pewno Marco Capuano, jego byłoby ciężko ze składu wygryźć, ale akurat trener Moreno Longo preferuje ustawienie z trójką środkowych obrońców, więc powinno być dobrze. Wydaje mi się, że to jest mniej więcej półka Salamona. Wyżej już nie pójdzie, ale tutaj mógłby ustabilizować swoją pozycję na poziomie Serie A.

W zeszłym sezonie, jeszcze w SPAL, miał naprawdę bardzo dobrą jesień. Dopiero później stracił zaufanie trenera. Do drużyny trafił Thiago Cionek, to raz, ale przede wszystkim było sporo głosów o nieporozumieniach na linii Salamon – klub. Podobno Bartek chciał odejść do Rosji, zarobić fajniejszą kasę. Nie dogadał się w kwestii transferu i – choć to tylko moje spekulacje – odsunięto go wówczas na boczny tor. Nie zadecydowały o tym wyłącznie piłkarskie kwestie.

WVEvGEE

Ze wszystkich Polaków, którzy tego lata trafili do Serie A, to właśnie z byłym napastnikiem Cracovii wiąże się największe nadzieje. Oficjalny debiut w barwach Genoi (w meczu Pucharu Włoch z Lecce) tylko je zresztą wzmocnił. Piątek w niespełna 40 minut załadował cztery sztuki i – jak się wydaje – na amen przyklepał miejsce w wyjściowym składzie nowego klubu, przynajmniej na kilka najbliższych tygodni.

Piątek musi jednak uważać, bo tuż za nim czają się konkurenci, którzy również mają sporo do zaoferowania. Genoa w trakcie zakończonego niedawno okna transferowego wykupiła z Milanu Gianlukę Lapadulę, wypożyczyła z Juventusu Andreę Favillego, z Citadelii wyciągnęła Christiana Kouame, a z Ceseny Nicolę Dalmonte. W składzie został też wypożyczony ze Sportingu Iuri Medeiros, który w poprzedniej rundzie od czasu do czasu występował na środku ataku.

Trener naprawdę ma w kim wybierać i może obmyślać różnorakie wariacje wokół zestawienia linii ataku.

Generalnie jednak Medeiros, podobnie jak Koumae, lepiej czują się na skrzydłach i pewnie właśnie tam będzie wystawiał ich Davide Lapalldrini. Robiąc tym samym na szpicy miejsce dla Piątka. Realną konkurencję powinien stanowić więc Lapadula, który w poprzednim sezonie strzelił raptem 6 goli. No i Favilli – z doświadczeniem w Serie A mniej więcej na poziomie wychowanka Lechii Dzierżoniów. Polak, nawet jeśli spełni się wyjątkowo czarny scenariusz i ligę zacznie na ławce, to i tak będzie pojawiał się na boisku dość często.

Wielu fachowców już teraz nie może doczekać się jego występów, mieszcząc go na liście najgorętszych transferów minionego Mercato. U nas Piątek na, mimo wszystko dość odległej, dziesiątej lokacie. Bo szaleństwo strzeleckie podczas okresu przygotowawczego imponuje, jasne. Jednak Serie A już wielu takich Piątków widziała i odprawiła z kwitkiem.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Eksplozja formy na starcie przygody z Genoą na pewno Piątkowi nie przeszkodzi, ale teraz trzeba przełożyć formę na realną rywalizację z obrońcami w Serie A. Trudne zadanie?

Dominik Mucha: Piątek postawił sobie poprzeczkę niesłychanie wysoko. Oczywiście mówi się sporo o jego czterech golach z Lecce, nie tylko w Polsce. Niemniej, ta skuteczność winduje go do grona zawodników, od których z miejsca oczekuje się cudów. „Corriere dello Sport” pisze jednak, że „Piątek jest stałym punktem” u Ballardiniego, więc należy spodziewać się, iż zadebiutuje w Serie A od pierwszej minuty przeciwko Empoli.

Rywale do miejsca w składzie – groźni?

Bardzo wiele oczekuje się od Andrei Favillego i Christiana Kouame. Szczególnie ten pierwszy wzbudził duże nadzieje swoimi występami na turnee Juventusu. Na pewno Piątek przez pierwsze tygodnie w Serie A ma zagwarantowane miejsce w składzie i sporą szansę na dobre występy. Pierwsi przeciwnicy to: Empoli, Sassuolo i Bologna, którzy na pewno nie mogą pochwalić się super-szczelną defensywą.

Genoa ma ciekawy skład, mieszaninę rutyny i młodości. Powalczą o coś więcej niż utrzymanie?

Można sobie mydlić oczy, ale Genoa to wciąż klub, który będzie walczył o swój byt w Serie A. Miejsce w środkowej części tabeli zostałby uznany za bardzo dobry rezultat. Ja jednak liczę na Piątka również przez pryzmat współpracy z Goranem Pandevem. Od niego może się jeszcze sporo nauczyć. W ogóle obaj tworzą bardzo fajnie współpracującą parę. Widać po wzajemnych asystach w meczach towarzyskich, że się znakomicie rozumieją.

R6BD957

Dwa i pół miliona euro, które władze Chievo wydały tego lata na Stępińskiego, wykupując go z Nantes, w Weronie traktuje się jako inwestycję. Docelowo, za jakiś czas, ma się ona z dużą nawiązką zwrócić. Trzeba przyznać, że polski napastnik, który przebłyski niezłej strzeleckiej formy miewał już w poprzednim sezonie, zdobywając bramkę z Juve zrobił pierwszy krok w tę stronę. To jednak wciąż tylko pierwszy krok, zaś ścieżka do przejścia jest naprawdę długa i kręta.

Do tej pory największym problemem Stępińskiego podczas jego włoskiej przygody była sinusoidalna forma. Mariusz potrafił zagrać dwa dobre spotkania, by potem na kolejne cztery kompletnie zniknąć. Nagle się obudzić i znów na długo zasnąć. Ta tendencja przebija się zresztą przez całą jego seniorską karierę. Dlatego mimo wszystko nie zdziwimy się, jeśli Stępiński za chwilę trafi na ławkę. Aczkolwiek za wywalczenie na starcie sezonu miejsca w pierwszym składzie, mając konkurencję w osobach Manuela Pucciarellego, Aliego Sowe’a (w poprzednim sezonie 26 goli dla Skenderbreu Korce) i Filipa Djordjevicia, przyznajemy duży plus.

O monopol na wyjściową jedenastkę będzie jednak trudno, bo trener D’Anna, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, preferuje grę w ustawieniu z jednym napastnikiem. Stępińskiego czeka więc naprawdę ciężka rywalizacja, z której na razie wychodzi zwycięsko. Teraz potrzeba tylko (i aż) kolejnych goli.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Bramka z Juventusem w pierwszej kolejce sezonu. Teraz Stępińskiego już nikt z wyjściowego składu nie zdoła szurnąć?

Michał Borkowski: Dobre pytanie. Jest taka możliwość, zaczął naprawdę bardzo dobrze. I tak naprawdę nie ma wielkiej konkurencji na pozycji numer dziewięć. Jest w odwodzie Sergio Pellissier, który zbliża się do czterdziestki. No i Filip Djordjević. Na pewno piłkarz z ciekawą przeszłością, który coś tam pograł w klubach mocniejszych niż Chievo, ale tak naprawdę nigdy nie prezentował naprawdę wielkiej formy.

Zatem rywale spokojnie do łyknięcia?

Nie jest to przesadna konkurencja, o ile oczywiście Polak utrzyma formę ze starcia przeciwko Juventusowi. Pomijając bramkę, to był naprawdę kapitalny występ. Dużo się cofał, wybiegał do piłki. Nawet jeżeli nie zawsze ją dostawał, bo przecież wiemy jaka jest dysproporcja sił między Chievo a Juventusem.

Stępiński bywał kiedyś przesuwany bliżej skrzydła, jeszcze w polskiej ekstraklasie. Na dziś to typowa dziewiątka?

Tak mi się wydaje. Zwłaszcza, że po lewej stronie w Chievo śmiga niziutki Giaccherini, zawodnik o zupełnie innej charakterystyce. Polak ze swoimi atutami pasuje mi wyłącznie do roli wysuniętego snajpera. Przesuwanie go na jakąkolwiek inną pozycję, nawet cofniętego napastnika, byłoby szukaniem mu nowej funkcji na siłę. Nie ma takich predyspozycji.

Erzefes

Po niezłym sezonie debiutanckim, rola Kownackiego w Sampdorii docelowo powinna wzrosnąć. Jednak na teraz wydaje się, że napastnik reprezentacji Polski znów będzie raczej jokerem. Z jednej strony do Atalanty odszedł Duvan Zapata, z drugiej – w jego miejsce ściągnięto Gregoire’a Defrela z Romy. W składzie cały czas figurują też Gianluca Caprari i Fabio Quagliarella. Na papierze wygląda to więc na status quo względem poprzedniego sezonu, co dla Kownackiego nie jest dobrym prognostykiem.

Znajdujemy jednak również powody do optymizmu.

Optymizmem może napawać to, że Marco Giampaolo bardzo często, nawet już w trakcie meczów, stara się się urozmaicać grę ofensywną swojego zespołu i szuka rozmaitych rozwiązań w ataku. Dzięki temu – przynajmniej potencjalnie – szanse Kownackiego na pokazanie swoich umiejętności systematycznie rosną. Przykładowo – w niedawnym meczu Pucharu Włoch z Viterbese, szkoleniowiec Sampy skorzystał z usług całego kwartetu napastników. Kownacki, który wyszedł w pierwszym składzie, na boisku spędził najwięcej czasu z całego towarzystwa.

Były piłkarz Lecha bez wątpienia cały czas jest poważnie brany pod uwagę przez sztab szkoleniowy Sampdorii. Problematyczna kwestia dotyczy tylko tego, czy w nowym sezonie zanotuje więcej minut niż w poprzednim. Sam Kownacki na pewno na to liczy, ale na starcie rozgrywek można mieć pewne wątpliwości, czy faktycznie tak się stanie. Z drugiej strony, nie ma też co kłaść uszu po sobie. Wobec tak wyrównanej rywalizacji o miejsce w składzie, decydować będzie po prostu bieżąca forma i bramkostrzelność.

Krótka piłka – „Kownaś” musi strzelać, generalnie dobrze się prezentować i w ten sposób spokojnie może posadzić pozostałych snajperów Sampy na ławie. Nie ma tam żadnego hegemona, swoje okazje dostanie każdy. A wiadomo, że każda minuta spędzona na boisku przez piłkarza o takim potencjale jest traktowana w formie inwestycji. Zaś włodarze Sampdorii wielokrotnie już udowadniali, że inwestować w młodych piłkarzy lubią i potrafią. Tym bardziej, że Polak to już nie jest w realiach calcio żaden świeżak.

Pierwsze szlify już zebrał, kilka razy pokazał się z dobrej strony. Zanotował występy na mistrzostwach świata. Krótko mówiąc – powiedział „a”. Czas dołożyć w rozpoczętych właśnie rozgrywkach kolejne literki do tego alfabetu.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

To już jest moment, w którym Kownacki może wskoczyć do wyjściowej jedenastki? Jego rozwój piłkarski widać gołym okiem, ale pojawił się w zespole Defrel, wciąż nie zatrzymuje się Quagliarella..

Michał Borkowski: Fabio już chyba będzie grywał jako dziesiątka. Jasne, że w tamtym sezonie zanotował najlepszy sezon w karierze, biorąc pod uwagę gole i asysty. Jednak to jest przede wszystkim świetny partner do gry w ataku, choćby właśnie z Kownackim. Mówi się we Włoszech, że to były piłkarz Lecha ma być pierwszym wyborem trenera na pozycji numer dziewięć. Wszystko się będzie sprowadzało po prostu do jego formy.

Defrel nie został sprawdzony z myślą o regularnych występach?

Defrel to naprawdę ciekawy piłkarz. Klasowa dziewiątka. Nie poradził sobie w Romie, bo tam – z nieznanego powodu – próbowali zrobić z niego prawoskrzydłowego. Kompletnie się do tego nie nadawał i ten manewr był pozbawiony sensu właściwie od momentu, gdy Defrel trafił do Rzymu. Teraz wróci zapewne na swoją ulubioną pozycję. To nie jest łatwy rywal do walki o miejsce w składzie. Napastnik, który lubi sobie pobiegać, powalczyć. Imponuje walecznością i zaangażowaniem. Zatem jeżeli Dawid w jakimkolwiek momencie odpuści, ewentualnie przytrafi mu się słabsza seria, to Defrel na pewno z tego skorzysta.

Jednak – jak sam wspomniałeś – wciąż w Genui głęboko wierzą w potencjał Kownasia?

Plus jest oczywiście taki, że Kownacki to wciąż zawodnik bardzo młody. Faktycznie – bardzo w klubie ceniony jako talent. Mają tam zamiar na nim godnie zarobić. Więc nawet w przypadku serii słabszych występów, nie będą go tak skreślać, tylko spróbują podbudować. Bo w dłuższej perspektywie po prostu im się to opłaci.

SUCo0k5

Teo, czyli piłkarz na własne życzenie wyklęty. Po tym jak bez żalu odpalono go w Anderlechcie, na nowego pracodawcę musiał czekać dość długo. Jednak ostatecznie trafił zupełnie nieźle. Po pierwsze, w Udine nie będzie miał praktycznie żadnej poważnej konkurencji. Po drugie, Julio Velzaquez, nowy trener zespołu północy Włoch, preferuje taktykę skrojoną niemal idealnie pod niego. Na papierze wygląda to więc na niemal cieplarniane warunki, które akurat Teodorczykowi na pewno będą służyć.

Idźmy po kolei. Prócz Polaka, „Zebrette” mają w składzie tylko jednego nominalnego napastnika. Kevin Lasagna (12 trafień w poprzednim sezonie) jest kapitanem zespołu, fakt. Niemniej, jeżeli dowodzenie drużyną wychodzi mu równie skutecznie, co wykańczanie ofensywnych akcji, to z pewnością ktoś zdoła go w roli kapitana zluzować. Poza tym, nic nie stoi też na przeszkodzie, żeby Teo i Lasagna występowali w duecie.

Velzquez, prowadząc Alcorcon, preferował wprawdzie system z jednym napastnikiem, ale od czasu do czasu zdarzało mu się zmienić taktykę i straszyć przeciwników duetem snajperów. Jeśli chodzi natomiast o grę w jego ulubionym ustawieniu – z solistą w ataku – to tutaj większe szanse dajemy właśnie Teodorczykowi. Hiszpański szkoleniowiec preferuje bowiem, by z przodu biegał ktoś o dobrych parametrach fizycznych i bardzo dobrze grający głową, a do tej charakterystyki Polak pasuje jak ulał. Wychodzi więc na to, że powinno być w porządku. Oczywiście o ile Teo nie zacznie znów strugać wariata i skoncentruje się przede wszystkim na gnębieniu golkiperów.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Udinese. Kierunek na pewno ciekawy, ale czy właściwy?

Michał Borkowski: Na pewno lepszy to kierunek niż zostać w Belgii, gdzie przecież Teodorczyka już nie chcieli. Udinese było kiedyś takim klubem, jakim dzisiaj jest Atalanta. Czymś więcej niż ligowy średniak, zespołem idealnym do promocji piłkarzy. Ten model się kompletnie rozsypał. W poprzednim sezonie wielu sympatyków włoskiej piłki życzyło im po prostu spadku, bo grali okropnie. Znalazłoby się jednak kilku piłkarzy, których indywidualnie można było wyróżnić.

Teodorczyk trafia do Włoch jako piłkarz ukształtowany, reprezentant kraju. Z miejsca stanie się pierwszym wyborem szkoleniowca?

Dzisiaj podstawowym napastnikiem jest tam Kevin Lasagna, ale gość fajniej się nazywa niż gra. Choć trochę tych bramek oczywiście strzelił, bodaj dwanaście w poprzednim sezonie. Trafił do zespołu również Felipe Vizeu, młody chłopak z Brazylii. Myślę, że kwestia walki o skład sprawdzać się będzie w przypadku Teodorczyka do wygryzienia Lasagni. Napastnika w najlepszym wypadku solidnego. Na pewno dobry wybór managera Teo, żeby akurat w Udinese go ulokować.

Jeżeli może się w Serie A sprawdzić, to przede wszystkim tam. W Udine, które gra dość siermiężny futbol. Jednak trudno coś akurat na temat tego klubu prorokować, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dojdzie do kolejnej zmiany trenera i – co za tym idzie – zmiany ustawienia i stylu gry. W obecnych okolicznościach przenosiny wydają się słusznym krokiem.

Serie A to wciąż wyjątkowo trudna liga dla napastników? Przez lata za takową uchodziła, ja też wierzyłem w ten stereotyp, ale wyczyny strzeleckie Higuaina trochę podważyły tę teorię w moich oczach.

Na pewno Łukasz szybko zauważy, że Serie A to inny poziom niż liga belgijska. Oglądałem jego bramki z Anderlechtu. Kilka naprawdę kapitalnych, bardzo mocnych strzałów. Jednak we Włoszech nikt mu nie zostawi aż tyle swobody, tyle miejsca w polu karnym. Musi się przystosować do tego, że obrońcy bez ustanku będą go naciskać. Zobaczymy, jak się w takich realiach odnajdzie.

Higuain w Napoli zniszczył system, prawda, ale wspomniana teoria wciąż ma rację bytu. Choćby Carlos Tevez, który chleb jadł z niejednego pieca, mówił otwarcie, że włoska piłka to uniwersytet dla napastnika. Nigdy nie miał takich trudności na boisku, jak właśnie w Serie A. To też pokazał debiut Cristiano w Juventusie. Póki grał na dziewiątce, nie miał ani miejsca, ani czasu do namysłu. Nie wyglądało to najlepiej. Dopiero gdy przesunął się bliżej lewego skrzydła to odżył, pokazał co jest wart i był momentami najlepszy na boisku. Na szpicy się po prostu męczył.

rpwDfHD

Nie będziemy owijać w bawełnę – Linetty tak wysoko znalazł się wyłącznie przez zasiedzenie. Chłopak w Serie A spędził już trochę czasu, coś tam zagrał, coś strzelił, czasem zaliczył asystę. Na tę chwilę cieszy się we Włoszech większym uznaniem niż chociażby Teodorczyk czy Piątek, zapracował na swoje nazwisko. Nie możemy jednak pozostać ślepi na to, że pomocnik Sampdorii ewidentnie zatrzymał się w rozwoju, który od dłuższego czasu nie przebiega w odpowiedni sposób. I jeżeli nic w tej materii się nie zmieni, to Linettego czeka naprawdę skomplikowany czas.

W poprzednich rozgrywkach reprezentant Polski w barwach Sampy rozegrał 29 meczów, 21 razy wychodząc na boisko w pierwszym składzie. Teoretycznie jego rola powinna wzrosnąć wobec odejścia Lucasa Torreiry do Arsenalu. Jest ostatecznie zawodnikiem ogranym, zna na pamięć system taktyczny Sampdorii. Ale to nie jest niestety takie proste. Latem do zespołu dołączyli bowiem Jakub Jantko, Albin Ekdal i Ronaldo Vieira, a druga linia Sampy, w której cały czas są przecież Denis Praet i Edgar Bareto, stała się tym samym najmocniej obsadzoną formacją w zespole.

Linetty, nawet przy stosowanej przez szkoleniowca rotacji, będzie więc musiał ze zdwojona siłą udowadniać swoją przydatność. Mając na uwadze jego tendencję do zawodzenia w najważniejszych meczach, chyba nie odczuwamy przesadnego optymizmu. O ile pozycja Bereszyńskiego i Kownackiego wciąż – takim, czy innym tempem – wzrasta, to rola byłego zawodnika Lecha Poznań zdaje się w Genui pomalutku kurczyć.

To oczywiście wciąż czołówka, jeżeli chodzi o biało-czerwoną frakcję w Serie A. Jednak jeszcze kilka miesięcy temu spodziewalibyśmy się, że w rankingu tego rodzaju wyląduje on co najmniej jedną, a może i dwie lokaty wyżej.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Karol Linetty zatrzymał się w rozwoju?

Michał Borkowski: Zdecydowanie. Jestem strasznie zawiedziony, że on nie robi żadnego progresu. Tak naprawdę gra na takim samym poziomie jak wtedy, gdy trafił do Serie A. Trudno zgadnąć, skąd ten zastój się właściwie bierze. Fizycznie wygląda w porządku, choć chyba nie aż tak znakomicie jak na starcie w Sampdorii. Włoska prasa pisała o nim wtedy, że zasuwa jak maratończyk. Piłkarz, który się nigdy nie zatrzymuje, typowa pirania środka pola. Teraz jest okej, ale nie aż tak dobrze.

Przede wszystkim problem tkwi w tym, że Karol mało daje zespołowi w grze do przodu. Może takie są taktyczne założenia trenera – tego nie wiem. Jednak czasami się zwyczajnie wydaje, że on celowo unika wejścia w drybling, wypracowania sobie pozycji do strzału, próby ryzykownego, prostopadłego podania. Wybiera najprostsze możliwości, rozgrywa do boku. I to może być duży problem.

Dlaczego?

Do Genui trafił Jakub Jankto. To jest właściwie przeciwieństwo Karola – w ofensywie czuje się jak ryba w wodzie. Również jest niesamowicie ruchliwy, udziela się w destrukcji, ale przede wszystkim – kapitalnie radzi sobie z przodu. Środkowy pomocnik, któremu zdarzało się grywać z lewej strony, nawet na pozycji podwieszonego napastnika. Zanosi się na to, że Czech z miejsca trafi po prostu do pierwszego składu Sampdorii, bo jest w tej chwili lepszym piłkarzem od Linettego.

Mam wrażenie, że problemem Linettego jest brak jakiejś wiodącej cechy. Jest wszechstronnie przyzwoity, ale trudno go określić „świetnym” w jakimś elemencie gry.

Ujmijmy to tak… Biorąc pod uwagę, jak Karol grał na samym początku przygody w Italii i zakładając naturalny, sensowny postęp, to powinien być dzisiaj bez wątpienia zawodnikiem na pierwszą szóstkę Serie A. Natomiast w ostatnich miesiącach to był po postu piłkarz optymalny dla Sampdorii. Nic więcej. Fajnie gra w odbiorze, rozsądnie się ustawia, potrafi zatrzymać przeciwnika w grze jeden na jeden. Natomiast rzeczywiście nie ma czegoś takiego, co by go specjalnie wyróżniało z tłumu. Weźmy przykład Lucasa Torreiry, który odszedł do Arsenalu. On miał takie cechy, które się z nim jednoznacznie kojarzyły. Boiskowa zażartość, uderzenie z dystansu, świetne rozegranie. Karol wszystko robi solidnie, rzadko kiedy jest słabym punktem zespołu. Ale równie rzadko bywa boiskowym liderem.

Odejście Torreiry niczego w jego przypadku rzecz jasna nie zmienia. Do roli defensywnego pomocnika ściągnięto z Leeds młodego Vieirę, zatrudniono również Ekdala. Karol będzie o miejsce w składzie walczył ze wspomnianym Jankto, z Praetem, z Barreto. Życzę mu jak najlepiej, ale będzie miał ciężko. Rozmawiałem z włoskim dziennikarzem o sytuacji Karola tuż po tym, jak ściągnięto Jankto. W Genui wszyscy byli przekonani, że Czech przyszedł tylko po to, żeby można było sprzedać Dennisa Praeta, który podobno miał ciekawe oferty z Anglii. Tymczasem Belg został, Jankto przyszedł i obaj wydają się być wyżej w hierarchii od Polaka.

Y2cGDYT

Postawiliśmy byłego zawodnika Romy na dość wysokiej lokacie. Z jednej, banalnej przyczyny. Jest właściwie w stu procentach pewne, że Polak będzie grał w pierwszym składzie. Co prawda w składzie ligowego przeciętniaka, ale to mimo wszystko ciekawsza opcja, niż grzanie ławy u potentata. Ostatecznie Skorupski jest za młody, żeby wejść w buty kultowego Bogdana Lobonta. Przypomnijmy, że rumuński weteran przez dziewięć sezonów pobytu w Rzymie zagrał w Serie A oszałamiającą liczbę dwudziestu dwóch meczów.

Ambicje Skorupskiego sięgają wyżej, więc Wieczne Miasto pożegnał bez żalu. Bologna to ekipa, w której będzie występował regularnie i jest na dodatek wielkie prawdopodobieństwo, że będą to występy na poziomie przewyższającym ligową średnią. Polak już udowadniał na wypożyczeniach, że jest zdolny w pojedynkę wybronić swojemu zespołowi mecz. Jeżeli chodzi o jego boiskową postawę, nie zgłaszano raczej pod jego adresem żadnych zastrzeżeń.

Wręcz przeciwnie – bywał na ustach całej piłkarskiej Italii z uwagi na niezwykle efektowne interwencje.

Co innego w kwestii charakteru. Według wielu włoskich źródeł, to właśnie krnąbrne usposobienie jest kotwicą, która nie pozwala polskiemu bramkarzowi wypłynąć na naprawdę szerokie wody. Niemniej – „Rossoblu” to dobry punkt żeby wreszcie ruszyć się z mielizny. Łukasz ma 27 lat. Z jednej strony – aż 27, bo przecież za wiele się do tej pory we Włoszech nie nagrał. Z drugiej zaś strony – dopiero 27. Znając długowieczność bramkarzy zadomowionych w Italii, przed Polakiem roztacza się jeszcze perspektywa wieloletnich występów.

Trzeba tylko powściągnąć swoje ego, przypomnieć sobie formę z Empoli i cierpliwie pracować. Być może na kolejny transfer i jeszcze jedną próbę podbicia rozgoszczenia się na włoskich salonach.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Lata spędzone w Rzymie można uznać za bezwzględnie dla Skorupskiego zmarnowane?

Michał Borkowski: Te sezony, które przesiedział w Romie na pewno wiele mu nie dały. Kiedy bramkarz nie gra, to się nie rozwija. Akurat na tej pozycji regularne występy są kluczowe. Widać to właśnie na przykładzie samego Skorupskiego, który na wypożyczeniach wypadał naprawdę korzystnie. Szkoda, że ostatecznie nie doszedł do skutku jego transfer do Napoli, bo dużo pojawiało się we włoskiej prasie doniesień na ten temat.

Wiadomo, co się wysypało?

Wpadł mi w oko krótki artykuł, pozbawiony specjalnych szczegółów. Według tych informacji, Napoli rzeczywiście było Łukaszem mocno zainteresowane, lecz przeprowadziło wywiad środowiskowy na jego temat i na tej podstawie doszli do wniosku, że taki bramkarz nie pasuje do ich zespołu pod kątem charakteru i osobowości. Tak to ujęto w tym tekście. Jasne, że nie jest to piłkarz super-elokwentny, którego wizerunek pozaboiskowy jakoś wyjątkowo pozytywnie się kojarzy. Jednak nie ma też we Włoszech jakichś afer z jego udziałem. Zatem – dziwna sprawa.

Niejako w kontekście tego tematu wypowiedział się jednak prezydent Empoli, gdzie Skorupski spędził dwa sezony. Nie mógł się nachwalić Łukasza w kontekście jego atutów technicznych, czysto bramkarskich. Pod tym względem umieścił go na poziomie takich klubów jak Inter, Milan, właśnie Roma. Dodał jednak, że to jest jednocześnie taki człowiek, który nigdy nie widzi swoich błędów. Arogancki. Stracony gol to zawsze wina obrońców, pomocników. Dość toksyczne podejście, o ile to oczywiście prawda. Być może to był właśnie ten czynnik, który wykluczył przeprowadzkę do Neapolu.

Jakie są dzisiaj przed polskim bramkarzem perspektywy?

Pewnie już oszałamiającej kariery nie zrobi, ale regularna gra w takim klubie jak Bologna to też fajna sprawa. To akurat taki typowy klub środka tabeli. Nie zapowiada się na walkę o utrzymanie, chociaż oczywiście o pucharach też nikt tam nie myśli. Nie ma w tym kierunku inwestycji. Skorupski powinien się tam świetnie odnaleźć i odbudować.

UvNIGGN

Po ciężkiej walce z kontuzjami, momentami obiecującej końcówce poprzedniego sezonu i absolutnie fatalnym mundialu, Milik zrobi wszystko, aby udowodnić swoją prawdziwą wartość. Ponieważ w Neapolu cały czas pamiętają, jakie miał wejście do drużyny, ile strzelał goli oraz ile kosztował, to okazji ku temu na pewno nie zabraknie. Jeżeli opatrzność tym razem będzie nad nim czuwać, chroniąc od kolejnych przewlekłych urazów, to szanse na sukces jawią się jako naprawdę duże.

Milik jeszcze przed startem sezonu był wszem i wobec wychwalany przez Carlo Ancelottiego. Nowy trener Napoli nie szczędził mu komplementów, mówiąc miedzy innymi, że reprezentant Polski jest lepszy niż wielki Andrij Szewczenko w jego wieku. Co oznacza, że może osiągnąć dużo więcej niż ukraiński napastnik. „Carletto” zapewniał też, że Arek w nowym sezonie będzie grał bardzo dużo, bo tylko w ten sposób może strzelić mnóstwo goli, czego oczekują wszyscy w klubie. Jego słowa potwierdziły się zresztą już na starcie rozgrywek. Milik w meczu z Lazio spędził na boisku 90 minut i zdobył bramkę na 1:1.

Nie chcemy zapeszać, ale wygląda to jak pierwsze od dawna promienie słońca na jego prywatnym niebie.

W Napoli Arek musi spodziewać się ostrej rywalizacji o miejsce w składzie z Driesem Mertensem, ale póki co raczej wychodzi z niej zwycięsko. Po pierwsze, Belg może występować też jako boczny napastnik i chyba właśnie tam widzi go Ancelotti (z Lazio wszedł na boisko z ławki, zmieniając Insinge). Po drugie, Mertens – w przeciwieństwie do Milika – ma za sobą wyczerpujący mundial i na razie nie jest jeszcze w pełni formy fizycznej. To z kolei sprawia, że Polak ma trochę czasu, by wypracować porządny handicap, na którym może dojechać nawet do końca sezonu.

Oczywiście wciąż mamy w pamięci negatywny wizerunek Milika. Partaczącego proste sytuacje, trochę koślawego w ruchach. Dlatego na razie nie ośmielimy się umieścić go wyżej, ale Polak jest chyba na dobrej drodze, żeby w kolejnej edycji rankingu wylądować już na podium.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Sarri nie był wielki zwolennikiem rotowania w składzie. Przyjście Carlo Ancelottiego to nadzieja na więcej minut dla Milika?

Bartek Szulga: Nie da się być większym anty-fanem rotacji od Maurizio Sarriego, więc Polacy na pewno sporo pograją. Zwłaszcza, że Arkadiusz Milik z miejsca stał się ulubieńcem Carlo Ancelottiego i nowy trener Napoli – jeśli wierzyć doniesieniom włoskich mediów – zamierza na niego odważnie stawiać. Wszystko więc w nogach i głowie polskiego napastnika. Jeśli będzie notował kolejne udane występy, będzie grał.

W wyjściowej jedenastce na mecz z Lazio zabrakło Driesa Mertensa, który chyba jeszcze delikatnie wypoczywa po mundialu. Jak Ancelotti może rozwiązać dylemat Mertens – Milik? Potraktować Belga jako fałszywego skrzydłowego, zestawić go w składzie razem z Arkiem, może w formacji 4-4-2?

Skoro Napoli oddało do Parmy klasycznego napastnika, Roberto Inglese, to Dries Mertens prawdopodobnie będzie pełnił rolę zarówno zmiennika Lorenzo Insigne, jak i Arkadiusza Milika. Oczywiście jeśli Polak utrzyma dobrą formę i nie da argumentów ku temu, żeby posadzić go na ławce. Mam wrażenie, że nie zmienia się czegoś, co dobrze działa, więc taktyka 4-3-3 pozostanie tą docelową w Napoli. Jak nie będzie szło i ekipa z Neapolu będzie przegrywała, to dopiero wtedy dojdzie do rotacji i Ancelotti spróbuje zmieścić razem na boisku Insigne, Mertensa czy Milika. Tak, jak pod koniec swojej przygody z Napoli robił Maurizio Sarri.

Insigne wydaje się być pewniakiem, więc jeśli miałbym typować za kogo Dries Mertens mógłby potencjalnie wskoczyć do składu, to byłby to Jose Callejon. Choć trzeba pamiętać, że w odwodzie są jeszcze inni skrzydłowi – Simone Verdi czy Adam Ounas, którzy mają za sobą bardzo udany okres przygotowawczy. Prędzej czy później na pewno dostaną szanse.

Pamiętam, że w ubiegłym sezonie każde wejście Milika na boisko, że nie wspomnę o jego bramkach, fetowana na Stadio San Paolo wyjątkowo euforycznie. To ulubieniec trybun?

Kibice w Neapolu lubią tylko tych, którzy dobrze grają, więc Milik – który zanotował wręcz wzorowe wejście do nowego klubu – szybko stał się ich faworytem. W trakcie leczenia kolejnych kontuzji nikt go nie skreślał. Wszyscy w Neapolu kibicowali mu w tym, żeby jak najszybciej wrócił do pełnej dyspozycji. Nic się w tej kwestii nie zmienia – fani Napoli nadal mocno w niego wierzą i jeśli będzie strzelał kolejne gole, to słowo „ulubieniec” będziemy mogli zamienić na „idol”.

jN36Xjc

Bartek Bereszyński miejsce w podstawowym składzie Sampdorii wywalczył sobie w zasadzie tuż po transferze, choć trafił do zespołu w zimowym oknie transferowym. W poprzednim sezonie nie tylko udowodnił, że w pełni na swoją pozycję zasługuje, ale wręcz doszlusował do czołówki najlepszych prawych obrońców w Italii. O zainteresowaniu jego osobą głośno było już w okolicach maja, w roli ewentualnego kupca wymieniało się przede wszystkim Inter. Ale reprezentacyjny obrońca ostatecznie został na Stadio Luigi Ferraris. Stawiamy jednak dolary przeciwko orzechom, że jeżeli po drodze nie wydarzy się nic niespodziewanego, to „Beresia” najdalej za rok przygarnie jakiś lepszy/bogatszy klub.

I właśnie ta perspektywa, w połączeniu z tym, że wychowanek Lecha z każdą kolejną rundą wyciska ze swoją kariery jeszcze więcej, choć absolutnie nikt się tego nie spodziewał, klasyfikuje go na trzecim miejscu naszego rankingu. Sufit tego chłopaka jest zawieszony znacznie wyżej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.

Na temat Bereszyńskiego nie ma sensu specjalnie się rozpisywać. W Sampdorii występy ma gwarantowane, bo Jacopo Sala czy Gabriele Rolando to aktualnie dla niego żadna konkurencja Przewidujemy więc, że znów przez cały sezon będzie imponował swoim wybieganiem oraz końskim zdrowiem.

Do myślenia powinny dać mu tylko liczby, które do tej pory wykręcił na poziomie Serie A. Dwie nędzne asysty w 45 meczach, to wynik, z którego można się tylko z politowaniem śmiać. Zresztą, jego dorobek uzbierany w barwach Lecha i Legii również jest po prostu wstydliwy, dlatego w tym aspekcie oczekujemy sporej poprawy. Warunki do tego Bereszyński ma idealne. Pełne zaufanie w niezłym klubie i jasno określony cel. Polak gra w tym sezonie o duży transfer.

Naszym zdaniem Sampdoria to nie jest jego ostatnie słowo. Bartek to wzorcowy przykład polskiego piłkarza, który robi pozostałym dobrą reklamę i skłania skautów z Serie A, żeby bukowali bilety lotnicze do Poznania, Warszawy, Krakowa czy Gdańska.

JEDNO PYTANIE DO EKSPERTA

Bez owijania w bawełnę – Bereszyński po sezonie idzie wreszcie do klubu z włoskiej czołówki?

Michał Borkowski: Bartek to piłkarz, którego już od dawna łączy się we włoskich mediach z transferem do Interu, do Napoli. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że w tym okienku już odejdzie. Sampdoria to oczywiście fajny klub, ale wspomniane zespoły to wyzwania – umówmy się – jeszcze fajniejsze. Bereszyński świetnie sobie w Sampie ostatecznie poradził, chociaż po pierwszym sezonie mogło się wydawać, że będzie kiepsko. Wejście do Serie A miał tragiczne.

Później bywało z tym różnie, pojawiały się głosy, że klub nie jest z niego zadowolony i próbuje go gdzieś wcisnąć. Teraz sytuacja się odwróciła. Ostatecznie się znakomicie we Włoszech sprawdził i drugi sezon był już w jego wykonaniu znacznie lepszy. Teraz wystarczy tylko utrzymać formę i wspiąć się jeszcze wyżej.

JbuBwhh

Po odejściu Jorginho do Chelsea, w środku pola Napoli powstała spora luka. Oczywiście boiskowa rola Zielińskiego nie odpowiada jeden do jednego tej, jaką w układance Maurizio Sarriego zwykł pełnić reprezentant Włoch. Niemniej – zrobiło się trochę luźniej w środkowej strefie i Polak ma zamiar z tego skorzystać, lokując się na stałe w wyjściowej jedenastce Napoli. A skoro tak, to niewykluczone, że najbliższe miesiące będą dla niego przełomowe.

Zieliński jest już w Neapolu trzy lata. Nastał zatem ten czas, aby na dobre rozgościł się w pierwszym składzie „Azzurrich”. Jasne, dotychczas grał naprawdę sporo, ale mimo wszystko wciąż czegoś brakowało mu do uzyskania jednoznacznego statusu „podstawowego zawodnika”. Z jakichś powodów nie był w stanie wykonać tego decydującego kroku naprzód. Co – przy jego umiejętnościach i potencjale – było po prostu irytujące z punktu widzenia kibica polskiej piłki.

Teraz jednak powinno się to zmienić, a Zieliński najpewniej stanie się istotnym elementem drugiej linii Napoli. Gdzie, pod okiem „Carletto”, stworzy do spółki z Markiem Hamsikiem i Allanem stworzy niezwykle ofensywy i szalenie kreatywny tercet pomocników. Jedyne obawy, jakie nam towarzyszą, to braki defensywne „Ziela”, które w nowych realiach mogą być trochę bardziej widoczne, co nie brzmi dla niego zbyt pomyślnie.

Polak nie może jednak spocząć na laurach, bo konkurencja w Napoli jest niebywała. Przede wszystkim w osobie pozyskanego z Betisu  Fabiana Ruiza, a w trochę dalszej kolejności – Marko Roga. Na dodatek w składzie „Azzurrich” jest też Amadou Diawara, piłkarz o najbardziej defensywnych inklinacjach w całej grupie. Również zawodnik o wielkim potencjale. Taki wachlarz możliwości stwarza duże pole manewru, więc Ancelotii na pewno będzie kombinował z ustawieniem, aż wreszcie wymyśli takie, które najbardziej mu odpowiada. Na ten moment to Zieliński jest tym zawodnikiem, który niemal na pewno będzie w rozmaitych koncepcjach słynnego trenera pełnił newralgiczną funkcję.

Różnie się sytuacja może rozwinąć, ale zapowiada się optymistycznie, stąd drugie miejsce w naszym rankingu.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Odejście Jorginho równa się: więcej odpowiedzialności i więcej minut dla Zielińskiego? Polak jest w stanie wejść w buty Włocha, to ten sam profil?

Bartek Szulga: Nie, to kompletnie inni piłkarze. Piotr Zieliński nigdy nie zastępował Jorginho w taktyce 4-3-3 za czasów Maurizio Sarriego. W związku z przesunięciem Marka Hamsika na pozycję registy, reprezentant Polski o miejsce w składzie rywalizuje aktualnie z Fabianem Ruizem, Allanem i Marko Rogiem. To właśnie kapitan Napoli ma za zadanie zastąpić nowy nabytek Chelsea. Jego zmiennikiem na tę chwilę jest Amadou Diawara. Nie skreślałbym jednak tego ostatniego w walce o miejsce w pierwszym składzie. Chłopak błyszczy ogromnym talentem i z biegiem sezonu może wygryźć weterana z podstawowej jedenastki.

Gdybym miał to dokładnie rozpisać, widzę to tak: polski pomocnik walczy o skład Fabianem Ruizem, którego ściągnięto z Betisu za 30 milionów euro. Hamsik z Diawarą, a po drugiej stronie linii pomocy – Allan z Marko Rogiem.

Zieliński u Sarriego grał dużo, ale jednak nie stał się filarem drugiej linii. Dlaczego?

Na pewno brakuje mu regularności. Piotr Zieliński ma to do siebie, że potrafi rzucić piłkę na poziomie Leo Messiego, odpalić drybling w stylu wczesnego Cristiano Ronaldo… A po tym wszystkim zniknąć na kolejne 60 minut meczu. Zawodnicy o takich przypadłościach nie mają co liczyć na miejsce w podstawowej jedenastce klubu na poziomie Napoli, Jeśli Polak nie zacznie wreszcie grać odważniej i nie zacznie brać na siebie ciężaru rozegrania akcji, to obawiam się, że przylgnie do niego łatka właśnie takiego wiecznego rezerwowego. Gościa, którego trenerzy wpuszczają z nadzieją, że w końcowej fazie spotkania akurat zaprezentuje coś magicznego i odmieni wynik.

To dla obu Polaków sezon ostatniej szansy, jeżeli chcą przez lata decydować o obliczu Napoli, albo nawet pójść jeszcze wyżej? Klub chyba wciąż ma mistrzowskie aspiracje, więc nie ma miejsca na przeciętność.

Jako fan tego klubu nie mogę powiedzieć niczego innego – tak, Napoli jest w stanie znowu powalczyć o Scudetto. Do drużyny trafił trener z mistrzowskim DNA, udało się utrzymać praktycznie wszystkie największe gwiazdy, a dodatkowo sprowadzono kilku ciekawych zawodników. Może nie były to tak imponujące transfery, jak Juventusu czy Interu, ale  szefowie klubu wiedzą, co robią.

Z pewnością coś w tym jest, że to dla Zielińskiego i Milika kluczowy sezon. W klubach pokroju Napoli nie ma miejsca na słabsze występy i łatwo stracić zaufanie trenera. Konkurencja jest spora i każdy z wymienionych wyżej piłkarzy prezentuje wysoki poziom. Na tę chwilę Polacy są jednak w dobrej pozycji wyjściowej – zagrali w podstawowym składzie przeciwko Lazio, więc teraz wyłącznie od ich gry i pracy na treningach zależy, czy to miejsce utrzymają.

J8X4PYC

Przede wszystkim, pozytywną informacją na temat Wojtka jest to, że wkroczył w sezon jako podstawowy bramkarz Juventusu – mistrza Włoch, hegemona na krajowym podwórku, zespołu szwendającego się od lat wokół triumfu w Lidze Mistrzów.

Numer jeden w barwach Starej Damy. Niech to dobrze wybrzmi, bo mamy zamiar troszkę ponarzekać.

Zatem cieszy się Szczęsny zaufaniem trenera. Zaufaniem, na które solidnie sobie w poprzedniej kampanii zapracował. Był zmiennikiem Gigiego Buffona, to jasne, ale jak na rezerwowego bramkarza, dostał naprawdę obfitą porcję minut i każdym kolejnym spotkaniem potwierdzał, że warto mu powierzyć bluzę z numerem jeden w następnym sezonie, gdy legendarnego golkipera już w Turynie zabraknie.

Czy te wszystkie pozytywne fakty oznaczają, że Polak może się poczuć panem sytuacji? Nic bardziej mylnego. W kark dyszy mu Mattia Perin. Golkiper, któremu łatkę „następnego Buffona” przyklejono już wiele lat temu. Może trochę pochopnie, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, lecz nie bez uzasadnienia. Właściwie Perin miał tę łatkę przylepioną do meczowej bluzy już w swoim debiucie, w ostatniej kolejce sezonu 2010/11. Wówczas uchodził za super-talent. Teraz uchodzi za super-talent, którego rozwój przetrąciły kontuzje, między innymi zerwanie więzadła krzyżowego.

W tej chwili Massimiliano Allegri jasno komunikuje, że Szczęsny to jego podstawowy bramkarz. Oświadcza to wprost. Jednak na pewno jego uwadze nie uszła delikatna nadwaga, z jaką Polak wrócił do klubu po urlopie. Kiepska postawa podczas mundialu i wakacyjnego tournee również została odnotowana. Szkoleniowiec nie uznał tego za wystarczające powody, żeby byłego piłkarza Arsenalu pognębić rolą rezerwowego. Ale wobec rywalizacji golkiperów o tak zbliżonym poziomie umiejętności, wszystko może się rozstrzygnąć wskutek jednego błędu, w jednym zawalonym meczu.

To spora presja, a Szczęsny słynie z wielu zalet, ale akurat nie z tego, że łatwo mu przychodzi granie pod dużym ciśnieniem. Co nie zmienia faktu, że w tej chwili jest podstawowym bramkarzem w klubie-gigancie, a na treningach jego możliwości sprawdza cholerny Cristiano Ronaldo. Naprawdę – w futbolu klubowym trudno bramkarzowi zajść jeszcze dalej, wskoczyć na jeszcze wyższy poziom. Juventus to klub marzeń.

TRZY PYTANIA DO EKSPERTA

Kiedy zaczynało się wydawać, że Szczęsny to pewniak do zastąpienia Buffona, nastąpiło nagłe głośne, transferowe „bum”. Po co Juventusowi Perin, skoro mają Polaka?

Michał Borkowski: Transfer Perina był olbrzymim zaskoczeniem we Włoszech. Żartowano, że Juventus ściągnął go tylko po to, żeby nie mogło go między słupkami postawić Napoli. Golkiper bardzo wysokiej klasy. Znakomity refleks, świetna gra na linii. W towarzyskich meczach przed sezonem, już w barwach Juve, pokazał, że jeżeli dostanie swoją szansę to ją wykorzysta i po prostu bramkarsko się w zespole sprawdzi. Pytanie zatem, czy i kiedy Wojtek odzyska formę z poprzedniego sezonu. Ostatnio szału u niego nie ma, ani na mistrzostwach, ani w sparingach, ani nawet w pierwszym ligowym spotkaniu.

Mimo wszystko, Allegri deklaruje zaufanie do Szczęsnego.

Sytuacja w klubie jest taka, że numerem jeden jest po prostu Wojtek. Wszystko zależy od niego. Jeżeli uniknie baboli, głupich czerwonych kartek, które kiedyś mu się częściej przytrafiały – będzie w porządku. Natomiast Perin tylko czyha na to, żeby go zastąpić. Jeśli do tego dojdzie, to nie na chwilę. Wtedy Włoch może przejąć miano podstawowego golkipera już na dobre.

Zastanawiam się, co zmiana Buffona na Szczęsnego oznacza dla stylu gry Juventusu. Można powiedzieć, że Polak to trochę nowocześniejszy bramkarz od Gigiego w kontekście gry nogami? Do zespołu powrócił Bonucci, będzie łatwiej rozgrywać akcje od obrony?

Jeśli chodzi o nowoczesność, to Buffon raczej się z tego zawsze śmiał. Kiedy apogeum przeżywała moda na podniecanie się dalekimi wyjściami z bramki w wykonaniu Manuela Neuera, Gigi twierdził, że on takie akcje robił już w latach dziewięćdziesiątych. Jeszcze w barwach Parmy. Natomiast fakt, że jeżeli chodzi o grę nogami, Szczęsny jest pod tym względem po prostu lepszy od Buffona. Co wcale nie oznacza, że on był wyjątkowo kiepski w tym aspekcie. Na pewno nie miał aż takich nawyków do sprytnych podcinek, brania obrońcy na zamach. Często w przypadku Buffona takie kombinacje kończyły się wielką wpadką. Wojtek tę grę pod pressingiem rywala świetnie opanował jeszcze podczas pobytu w Romie. Potrafi szybko, celnie i ciekawie wyprowadzić piłkę.

***

Czy taka kolejność może budzić jakieś zastrzeżenia? Pewnie może, bo sami mieliśmy sporo wątpliwości. Chociażby w kwestii pierwszego miejsca. Długo wahaliśmy się między Szczęsnym, Bereszyńskim i Zielińskim. Ostatecznie przeważyło to, jak wspaniale polski bramkarz zbudował swoją pozycję w Italii. Pozostali też mają tego rodzaju argument po swojej stronie, lecz pozycja Zielińskiego w pierwszym składzie Napoli wciąż bywa bardzo chwiejna, a Bereszyński gra jednak „tylko” w Sampdorii.

Natomiast Szczęsny zapracował świetną grą na statut następcy Buffona, jednej z najbardziej ikonicznych postaci dla całego calcio. To naprawdę wielka sprawa. Historyczny moment dla całej włoskiej piłki.

Niemniej – reszta czołówki również dorobiła się już we Włoszech wielkiej renomy. Zwłaszcza nasz neapolitański duet. – Najważniejsi polscy piłkarze we Włoszech to Zieliński i Milik. Głównie dlatego, że występują w Napoli, czyli czołowym klubie, który walczy o najwyższe miejsca. Pozostali zawodnicy z Polski też są ważni, ale ta dwójka wybija się ponad resztę – ocenia Alessandro Greco.

Oczywiście wszystkie te przewidywania i zestawienia zweryfikuje rozpoczęty właśnie sezon. Być może nasze teorie okażą się haniebnie chybione, może analizy naszych ekspertów okażą się funta kłaków niewarte? Będziemy z pasją śledzić rozwój sytuacji, bo włoskie rozgrywki dawno nie kręciły nas tak mocno jak teraz. Jedno jest pewne jak w banku. Polska kolonia w Seria A jest dzisiaj naprawdę konkretna. I wciąż się po cichu zwiększa, jeżeli wziąć pod uwagę również tych wszystkich nastolatków, którzy lądują w potężnych klubach Półwyspu Apenińskiego. Klimat słonecznej Italii zdecydowanie służy naszym rodakom, włoska kuchnia zdecydowanie im zasmakowała. W kontekście tego, jak często polscy piłkarze wracają z zagranicy w charakterze odrzutów najgorszego sortu, wygląda to wszystko naprawdę budująco.

Michał Kołkowski

Karol Bochenek

fot. Newspix.pl