Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Poszukiwanie najbardziej dotkliwego eurowpierdolu XXI wieku jest zadaniem wybitnie trudnym, bo efektownych kandydatur mamy przecież multum.

Swoje mocne argumenty posiada dwumecz z Levadią Tallin. Młodszym czytelnikom wyjaśniam: nie, nie chodziło wyłącznie o to, że Biała Gwiazda odpadła z Estończykami, którzy zapewne jeszcze dzień wcześniej zajmowali się zawodowo grą, owszem, ale na akordeonie w przejściu podziemnym. Kluczowe było to, że odpadła w sezonie 09/10.

Sezon 09/10 był zaś pierwszym rokiem reformy Platiniego. Sytuacja bez precedensu – stworzono cieniasom, czyli również nam, skrót do Ligi Mistrzów. Zamiast Barcelony, Realu czy Manchesteru United, rywalem mistrza Polski w walce o raj mieli być frajerzy do ogolenia.

Pamiętam doskonale ówczesne nastroje. Dobrze, co się najedliśmy frustracji to nasze, ale już wystarczy. Teraz Champions League co roku w Polsce. Nie ma innej opcji. Niech lepiej polskie kluby już zaopatrują się w nagranie „kaszanki” bo za chwilę, za momencik, będzie potrzeba puszczać na stadionie.

Przecież i Wisła rok wcześniej potrafiła u siebie ograć Barcę Pepa Guardioli. Co może pójść nie tak?

A potem Łobo na prawej obronie. Transfer Kirma jako hit, który miał przeważyć szalę eliminacji. Ostatecznie porażka, „wypada tylko przeprosić kibiców” i wyjazd z pucharów bez ceregieli, spadków do innych eliminacji czy innego cudowania.

A wszystko w momencie, gdy Liga Mistrzów w powszechnym przekonaniu miała być tylko formalnością.

Levadia nic dalej nie ugrała, odpadła z Debreczynem.

Definicyjny przykład przekłuwania balona pychy polskiej piłki.

Boleśniejsze było jednak to, co zrobił Lech Poznań; boleśniejsze szczególnie dla Lecha Poznań. Otóż Kolejorz w swoim czasie tak odważnie woził się po Europie, że nastukał mnóstwo punktów rankingowych, a punkty rankingowe to w Europie koń, na którym się jedzie. Zamiast rywala z kosmosu – rywal do ogolenia. I na odwrót.

Dlatego trio klęsk, AIK, Stjarnan i Żalgiris, łącznie liczę za większy eurowpierdol. Nie mają znaczenia rozważania czy Levadia gorsza czy lepsza – liczy się to jaki kapitał udało się roztrwonić. Lech miał w swoim czasie ponad dwadzieścia tysięcy punktów rankingu UEFA. W praktyce rozstawienia do rundy play-off w LE, szansa na rozstawienia do samego końca w eliminacjach Champions League.

Dziś nie pozostało po tym nic. Jest jeszcze jednym popychadłem losowań. Musi liczyć albo na wybitny mecz i ogranie murowanego faworyta, jakim – nie czarujmy się – był choćby Genk, albo na wybitnego farta w losowaniu. Roztrwonił znakomity w polskich warunkach bilans w przerażająco łatwy sposób. Odbudowa rankingu będzie piekielnie trudna. Jeśli wrócić do metafory z koniem, to Lech na nim jechał, a teraz idzie pieszo.

W takich kategoriach eurowpierdolometru mierzę też porażki Legii Warszawa. Jakkolwiek Wiśle potem zdarzył się jeszcze Karabach (choć z dzisiejszej perspektywy trudno tamtą porażkę uznać za sensację, ten klub już wspinał się do dzisiejszej pozycji), tak dwa lata później obroniła ranking wychodząc z grupy w LE. Przez to jeszcze do 2016 roku Biała Gwiazda miała ranking lepszy nie tylko od Lecha, ale również na poziomie pucharowych wyjadaczy takich jak Rosenborg, Astana czy wspomniany Karabach. A że z niego nie korzystała – inna sprawa.

Dudelange nie było jednorazowym, głośnym eurowpierdolem. Było czwartą z rzędu haniebną pucharową porażką, czym Legia postrzeliła w kolano na polskie warunki bardzo dobrą rankingową kobyłę. Jeszcze jej nie zarżnęła jak swego czasu Lech pod rządami Rumaka, ale to już ostatni sezon, by ją obronić. Dalsze podążanie szlakiem trwonienia może skończyć się katastrofalnie.

Legia jest jeszcze na ostatnim szczeblu, który daje coś zauważalnego, pomagającego awansować do fazy grupowej, gdzie znowu można solidnie punktować. Ale jeśli nie zrobi wyniku w przyszłym sezonie, zjedzie o półkę niżej. Z całkiem nieźle ustawionej drużyny, prosto na półkę „tak sobie”.

Cztery kolejne skandalicznie przegrane bitwy w pucharach sprawiły, że Legia może niebawem zjechać z pułapu 25.500, plasującym Legię na 54. miejscu w Europie, do rankingu rzędu 15.000, nie dającego pewnego rozstawienia nawet w III rundzie el. LM. Jeszcze tylko jeden słaby sezon pucharowy i znów będzie trudniej, a czas płynie – jak Legia się nie odkręci, wkrótce przestanie jej się liczyć i sezon w Lidze Mistrzów.

Niemożliwe, żeby dalej zawalali?

Po Trnawie i Dudelange niemożliwe nie istnieje.

Kto wie, może Lech Djurdjevicia dałby sobie radę przy rozstawieniach? Kto wie, może Jagiellonia po Rio Ave, po długimi momentami niezłej grze z Gentem, także mając rozstawienie jeszcze by pograła? Ale dwa ostatnie lata zepchnęły nas mocno. Można wydobyć się z marazmu, stworzyć niezłą drużynkę, ale i to nie musi wystarczyć przeciwko niekorzystnemu rankingowi. A w rankingu lig jeszcze jakoś wyglądamy tylko dlatego, że liczy się pięciolatkę. Za ostatnie dwa sezony jesteśmy tylko przed dziećmi z Bullerbyn i kasztaniakami.

W tym samym czasie czeski FK Jablonec przygotowuje się spokojnie do losowania fazy grupowej Ligi Europy.

Czesi wspólnymi wysiłkami, na mocy rankingowych czarów, wepchnęli go tam bez eliminacji.

Można?

Leszek Milewski

Grafika: kassiesa.home.xs4all.nl