CO ZA EMOCJE! KTS Weszło zrobiło krok w stronę europejskich pucharów
KTS

CO ZA EMOCJE! KTS Weszło zrobiło krok w stronę europejskich pucharów

Starcie z podtekstami – bogaty Konstancin kontra chłopaki z bloków, czyli KTS Weszło. Najlepiej obudowany medialnie mecz II rundy okręgowego Pucharu Polski. No i nader wszystko – debiut KTS-u w oficjalnych rozgrywkach. To już nie było quasi podwórkowe granie. Trzeba było wypełnić papiery, dopełnić formalności, podpisać się gdzie trzeba. A co było najważniejsze? ŻE TEN MECZ WYGRALIŚMY!

Na obiekcie przy ulicy Potockiej pojawiło się kilkuset kibiców. Złośliwi powiedzą, że skusiła ich darmowa kiełbasa prosto z grilla, ale my dobrze wiemy, że przyszli zobaczyć kawał niezłej piłki. I ją dostali. Kiełbasę też.

Jezu, ale stres – prezes Olkiewicz nerwowo przebierał nogami już na godzinę przed pierwszym gwizdkiem. – Nie gram, ale organizacja, papiery, woda, służby medyczne… Żeby to się wszystko udało i nic się nie usrało – drapał się po prawym zakolu. Ale wszystko szło elegancko i bez komplikacji. Murawa wyglądała tak, jakby czekała na ten mecz od powstania obiektu Marymontu. I serio, nie przesadzamy – nigdy nie debiutowaliśmy jako KTS na lepszym boisku.

Do tego starcia piłkarze KTS-u przygotowywali się od miesięcy. Nabory, castingi, treningi, sparingi, zgrupowania… Właściwie przygotowywaliśmy się już na mecz z Otwockiem, ale chłopaki nie przyjęli wyzwania i oddali w tym starciu walkowera. Weszło stoczyło zatem starcie o trzecią rundę okręgowego Pucharu Polski. Cel? Jasny – wygrana w okręgu, kwalifikacja do przyszłorocznego PP, zwycięstwo na Narodowym i wreszcie gra w Lidze Europy.

Sędziowałem przy stadionach, na których zasiadało kilkanaście tysięcy ludzi, ale córki to nie wzruszało. Ale gdy powiedziałem jej, że poprowadzę mecz drużyny, w której gra Quebonafide, to oszalała – uśmiechał się arbiter prowadzący to starcie. – Kończę i wchodzimy – rzekł Wojciech Kowalczyk przydeptując tlącego się papierosa. Wreszcie wyszli – KTS na niebiesko, Konstancin w żółto-błękitnych strojach. Zakłady zostały przyjęte, sędzia gwizdnął po raz pierwszy i rozpoczęła się historia, która będzie trwać.

– Z kim my, kurwa, przegrywamy – wysapał jeden z nielicznych kibiców z Konstancina, gdy Michał Madej wyszedł sam na sam z bramkarzem rywala i sprytnym strzałem strzelił historycznego – bo pierwszego oficjalnego – gola dla KTS Weszło. To była siódma minuta meczu i ku zaskoczeniu ekspertów, kibiców i bukmacherów nasza kapela wyszła na prowadzenie. – ILEEE GOOOLIII MA WEEESZŁO?! – zapytał kibiców Wojciech Hadaj, a tłum zgodnie z prawdą odpowiedział.

Minęło ledwie kilka minut, a już było 2:0 po kolejnej błyskawicznej kontrze, a bramkę zdobył Michał Kropiewnicki. Transfer pozytywny – tak, to była nasza mocna strona. Do tego skuteczność, bo za każdym razem, gdy zawodnicy KTS-u zapędzali się pod bramkę Konstancina, to padał gol. Ale radość nie trwała długo, bo jeszcze przed przerwą rywale zdołali nawiązać kontakt po rzucie karnym. Może i mieli przewagę, może i atakowali częściej, ale to weszlacy na przerwę schodzili z prowadzeniem. Tymczasem co rusz spikerzy w osobach wspomnianego Hadaja i Wujka Samo Zło informowali o zbliżającym się wzmocnieniu – na stadion docierał wypatrywany przez fanki Quebonafide.

Z pechowych informacji – pierwszej połowy nie dokończył Filip Tkacz, który po jednej z sytuacji padł na murawę i zawył tak głośno, że jego krzyk przebił się nawet przed zaangażowanych w doping kibiców. Na murawę wbiegł lekarz, Tkacz ledwo dokuśtykał się do linii bocznej i szybko wykonano telefon po karetkę pogotowia. Wstępne diagnozy mówią o urazie więzadeł krzyżowych. Filip, jesteś naszym ważnym ogniwem, czekamy na ciebie, trzymaj się mordelasie!

Rozpoczęła się druga połowa, a nad Marymontem zabrzęczał dron – ile ekip w B klasie ma swojego drona, no ile? Ale nasz Julian Nagelsmann ma! Mieliśmy też swojego gniazdowego w osobie Marcina Ryszki, który napędzał ten szalony doping. Mieliśmy wsparcie Andrzeja Iwana, Andrzeja Strejlaua, Macieja Sawickiego i tłumów, które niosły pieśń ku chwale Weszło.

Wrzawa na trybunach nie przyniosła skutku, bo napór Konstancina wzrastał. Mateusz Oszust dwoił się i troił w bramce, był naszym Malarzem z sezonu mistrzowskiego Legii, był naszym Hugo Llorisem z mundialu, był naszym Krzysztofem Kotorowskim, którego winilibyśmy najmniej. Niestety jeden z ataków w końcówce spotkania przyniósł gościom gola. Mimo kilku niezłych okazji strzeleckiej – ach, jak szkoda tego kapitalnego podania Quebo do Madeja! – padł remis. A zatem czekały nas rzuty karne.

KTS strzelił, Konstancin też.

W drugiej serii też po golu, czyli 2:2.

Trzecia? Nadal nikt się nie mylił.

W czwartej niestety golkiper naszych rywali obronił jedenastkę, ale od czego mieliśmy Mateusza Oszusta? Najpierw uratował nas przed wyrokiem, w szóstej serii sam strzelił gola z jedenastu metrów, a kolejną próbę rywala kapitalnie sparował do boku!

TRZECIA RUNDA OKRĘGOWEGO PUCHARU POLSKI JEST NASZA! JESTEŚMY O KROK BLIŻEJ EUROPEJSKICH PUCHARÓW! TAK TRZEBA ŻYĆ! Czekajcie na filmy, kulisy, pomeczowe komentarze – mamy tego dużo i nie zawahamy się ich użyć.