Co w polskiej piłce nie działa i jak to zmienić?
Blogi i felietony

Co w polskiej piłce nie działa i jak to zmienić?

Polska piłka nożna nie funkcjonuje lub funkcjonuje wadliwie na każdym etapie. Jako że mówimy o naprawdę prostej grze, zdiagnozowanie problemów i ich naprawa to w teorii nie jest niczym nadzwyczajnym. A jednak czasami nie potrafimy się zmierzyć z rzeczami banalnymi, za to zabieramy się za temat od tzw. dupy strony ze złej strony.

Pomyślmy o problemach, które sprawiają, że nasza piłka jest tam, gdzie jest. Generalnie wszystko wynika z biedy, ale poniekąd sami się w tę biedę wpędzamy, poprzez niewłaściwe zarządzanie pieniędzmi.

PROBLEM NUMER JEDEN. Trenerzy pracują za krótko. Doszliśmy do momentu, w którym trener jest gościem we własnej szatni. Na trzy albo pięć miesięcy dostaje gwizdek i to jest w zasadzie jego jedyne narzędzie. Przede wszystkim nie ma czasu.

Jeśli trener nie ma czasu, to tak jakby trenera nie było w ogóle. Gdyby polscy piłkarze mieli trenować mocniej, ktoś musiałby tego od nich zażądać. Jeśli szkoleniowiec wie, że do klubu trafia tylko na moment, to co tak naprawdę może zrobić? Nie podniesie z dnia na dzień w trakcie sezonu w sposób drastyczny wymagań podczas treningów, bo jaki przyniosłoby to skutek? W pierwszej kolejności mogłoby jeszcze bardziej pogorszyć wyniki (organizmy nieprzyzwyczajone do mocniejszej pracy mogłyby się zacząć buntować), a przecież trener wie, że przyszedł tylko na moment i w celu szybkiego polepszenia, a nie pogorszenia wyników. W związku z tym jest wielce prawdopodobne, że straciłby pracę, ale co gorsze – w Polskę pocztą pantoflową poszłaby opinia, że ów trener jest wariatem, katem, nie da się z nim pracować, jest nieludzki, niesympatyczny, po prostu tyran, bez szacunku dla zawodników. Taki trener działałby więc na swoją niekorzyść i psuł własną pozycję na rynku pracy. A każdy chce zarabiać.

Dlatego mamy wielu trenerów, którzy starają się być kolegami dla zawodników, bo to gwarantuje im codzienną pracę bez zbędnych kwasów i bez nieprzyjaznych artykułów. Są też trenerzy, którzy kolegami nie są, za to mają na tyle rozumu, że starają się nie być wrogami. A niestety, trener czasami powinien być wrogiem piłkarza – piłkarza leniwego, zaniedbanego, nieprzystosowanego.

Trenerami, którzy stosowali zamordyzm, byli głównie cudzoziemcy: Okuka, Petrescu, Czerczesow. Żaden z nich nie był świadomy, że tak się w Polsce nie pracuje, ale też żaden z nich nie miał w planach obskoczyć czternastu klubów w naszej ekstraklasie.

PROBLEM NUMER DWA. Polskie drużyny to składaki, z przypadkowych części znalezionych na śmietniku, kupionych w lombardzie i skleconych samodzielnie w garażu. Nie mają konstruktora.

Polski trener dostaje pracę, gdy drużyna wpada w kryzys. Poprzednik zostaje zwolniony, przychodzi następca i musi szybko z kryzysem sobie poradzić. Otrzymuje tych samych piłkarzy, którzy kiepską grą doprowadzili do zwolnienia wcześniejszego szkoleniowca. Nie kupuje nowych graczy, ponieważ klub nie ma pieniędzy. Nie podnosi też standardów treningowych z przyczyn, o których napisałem powyżej. W zasadzie więc nie zmienia się nic.

W zawodowym futbolu, w normalnych warunkach, trener jest w stanie wymienić skład na swoją modłę. Określić, w jaki sposób chce grać i ściągnąć w tym celu zawodników o określonych parametrach.

Jako że u nas trener pracuje bardzo krótko, to nawet nie tyle nie jest w stanie ściągnąć piłkarzy o poszukiwanych parametrach, ale nawet nie jest w stanie wyczyścić zespołu ze „zgniłych jabłek”. Zawodnicy swoją słabą grą pogrążają kolejnego trenera, ale ze względu na rotację na tym stanowisku nikt nie jest w stanie się ich pozbyć. Są jak słaby uczeń w szkole, którego siłą jest ciągła zmiana nauczyciela.

Jeśli nie masz pieniędzy na dobrych piłkarzy, musisz ich sobie wytrenować. Najprostszym rozwiązaniem byłoby dać trenerom czas. Chociażby jutro wszyscy prezesi mogliby się spotkać i ustalić, że przez najbliższe trzy lata nie zwolnią żadnego szkoleniowca. Oczywiście w praktyce nie jest to możliwe, ponieważ…

PROBLEM NUMER TRZY. Prezesi bądź też właściciele klubów nie mają pojęcia, co robią. W większości klubów na najwyższych stanowiskach mamy ludzi, którzy w sporcie zjawili się przypadkowo. Nie mają koncepcji prowadzenia klubu, zazwyczaj też albo bardzo im zależy na tym, by zachować posadę (prezesi), albo na tym, by zachować dobry wizerunek (właściciele). Poświęcają więc trenerów przy pierwszej nadarzającej się okazji, panicznie reagując na histerię wywoływaną przez kibiców.

Co ważne, prezesi/właściciele permanentnie nie mają pieniędzy, więc nie mają ochoty/możliwości spełniania zachcianek trenerów, traktując je nie jako oczywiste potrzeby, ale jako fanaberie. Nie dają pieniędzy na przebudowę zespołów, nie dają pieniędzy na rozwiązanie kontraktów z niechcianymi zawodnikami (przeniesienie do Klubu Kokosa nie jest rozwiązaniem), często nie zapewniają tez odpowiednich warunków treningowych.

Tych pieniędzy byłoby więcej, gdyby nie… ciągłe zwalnianie trenerów i wypłacanie im odszkodowań, ale na to forsa zawsze się znajduje, bo przecież chodzi o image prezesa/właściciela. Porażka, z którą klub babra się zbyt długo, brudzi także prezesa. A porażka, za którą obwiniony zostanie trener, brudzi wyłącznie trenera.

Nie byłoby tego problemu, gdyby nie…

PROBLEM NUMER CZTERY. A tym problemem są kibice. To oni często wytwarzają niezrozumiałą presję, nie mogąc się pogodzić z aktualnymi możliwościami klubu. Żądają wymarzonych wyników, nie zważając na realia. Mają też problem ze zrozumieniem podstawowej zasady: nawet jeśli wszystkie kluby będą funkcjonowały doskonale, to któryś będzie musiał zająć pierwsze, a któryś szesnaste miejsce. W większości przypadków posługują się utartymi sloganami: albo do wymiany jest trener, albo piłkarze są źle przygotowani fizycznie (wtedy też trener jest do wymiany, ale najpierw trener od przygotowania fizycznego).

Nikt nigdy nie mówi, że piłkarze są źle przygotowani technicznie, co oznaczałoby, że są po prostu słabi. A to faktyczny powód większości niepowodzeń.

Mityczne przygotowanie fizyczne to argument podnoszony głównie w Polsce. Zagranicą kibice mówią: przegrywamy, bo nie mamy dobrego lewoskrzydłowego. Albo: jeśli chcemy wygrywać, musimy wzmocnić boki obrony. Ewentualnie: nasz najlepszy napastnik jest bez formy (po prostu, przyczyn może być mnóstwo, zaczynając od sytuacji w domu). I tak dalej. Nikt tam w ogóle nie bierze pod uwagę, że piłkarz może być źle przygotowany fizycznie. A u nas sami eksperci od tej dziedziny: biegają zbyt jednostajnie, nie mają siły, umierają w 20 minucie.

Dobrze prowadzący się piłkarz, będący w treningu od 15 lat, nie umiera fizycznie ani w 20, ani w 80 minucie meczu. Rozpisanie treningu, po którym zdrowy 25-latek będzie szybko biegał i wysoko skakał nie jest wiedzą tajemną, dostępną wąskiemu gronu osób.

Z drugiej strony, gdyby jednak trener chciał podnieść wymagania treningowe, to – jak już było wcześniej – zostanie zwolniony. Sami kibice zażądają takiej zmiany, a prezes/właściciel chętnie żądania spełni, dla świętego spokoju. Bo przecież kibic z jednej strony dopieprzy piłkarzowi bardzo chętnie (niech trenują!), ale pod warunkiem, że drużyna nie przegra trzech meczów z rzędu. Wtedy sytuacja staje się nieakceptowalna.

Ale w takim razie dlaczego niektórzy trenerzy pracują dłużej, ale… nic z tego nie wynika? Tak dochodzimy do…

PROBLEM NUMER PIĘĆ. Czy polscy trenerzy są głupi? Wręcz przeciwnie. Umieją dostosować się do warunków, w jakich pracują i po prostu balansować w taki sposób, aby zapewnić dobrobyt swoim rodzinom.

Gdyby chcieli robić wszystko po swojemu i za każdym razem, szybko spadaliby z trenerskiej karuzeli. Dostosowują się do otoczenia niczym kameleony. Nie pracują tak jak chcą, tylko zaczynają wyczuwać, w którym klubie należy nadskakiwać prezesowi, w którym należy nadskakiwać piłkarzom, a w którym kibicom (zazwyczaj trzeba robić i to, i to, i to). Starają się też wyczuć, jakie wymagania wobec trenera ma dana społeczność. Dochodzi więc do sytuacji, że to nie trener stawia wymagania, tylko trener dostosowuje się do wymagań. Gdzieś potrzebują ostrego – będzie ostry. Gdzieś potrzebują filozofa – będzie udawał filozofa.

Polski trener – co często go odróżnia od zagranicznego – jest nawet lepiej przygotowany merytorycznie, za to ma przetrącony kręgosłup, stara się dopasowywać do otoczenia, nie podpaść zawodnikom i nie zepsuć reputacji w mediach. Nie brakuje mu fachowości, ale brakuje mu komfortu (zaufania, czasu, pieniędzy).

Pewnie polski trener nie dawałby tak sobie włazić na łeb, gdyby nie to, że…

PROBLEM NUMER SZEŚĆ. Nie jest bogaty. Trener na zachodzie stawia warunki, bo wie, że jak go zwolnią, to niczego w jego życiu nie zmieni, bo dalej na koncie będzie kilka milionów euro. Polski trener nie ma na koncie kilku milionów euro.

W naszym futbolu są pieniądze, ale szwankuje ich dystrybucja. Są przejadane, źle wydawane, w większości kluby uczestniczą w idiotycznym wyścigu zbrojeń – idiotycznym dlatego, że za duże pieniądze kupują sobie broń (kontrakty piłkarzy), która tak naprawdę jest pistoletem na wodę. Struktura wydatków jest zła i nie wynika z niczego więcej niż tylko bezrefleksyjnego samonakręcania się.

Naszą piłkę należy przemodelować. Struktura piłkarskiego biznesu jest teraz taka, że istnieje duże zapotrzebowanie na perspektywicznych piłkarzy. Polska w sposób naturalny stała się dostarczycielem półproduktów dla bardziej zamożnych lig. Ktokolwiek młody ze względnym powodzeniem zagra kilka spotkań w ekstraklasie, od razu staje się obiektem zainteresowania. Ale nawet nie trzeba grać. Tylko dzisiaj ogłoszono wyjazdy dwóch dość anonimowych nastolatków do Włoch (jeden do Napoli, drugi do Genui).

Pieniądze są do podniesienia z boiska. Jeśli wszystkie kluby mocno postawią na młodych zawodników, zarobią na dwa sposoby: ze sprzedaży oraz z zaoszczędzonych kwot kontraktowych. Poziom początkowo się zapewne obniży, ale tylko początkowo – o ile kasa pójdzie w odpowiednie inwestycje. Polskie kluby potrzebują boisk i to niekoniecznie dla pierwszych drużyn (chociaż dla nich też), ale przede wszystkim boisk dla dzieci i młodzieży, przy fachowej opiece trenersko-organizacyjnej.

Fachowej, czyli też… nieprzyjemnej. Obecnie cała polska piłka jest niewolnikiem poziomu zadowolenia piłkarzy: tak samo młodych, jak i tych dorosłych. Młodzi piłkarze też recenzują, czy trener robi fajne treningi, czy niezbyt fajne. A treningi nie zawsze muszą być fajne. Czasami muszą być mocne. Wpadliśmy w pułapkę robienia wszystkiego z piłką przy nodze, a prawda jest taka, że nie zrobisz wszystkiego, nie zmęczysz się skrajnie z piłką przy nodze. Futbol to w dużej mierze lekkoatletyka, o czym zapomnieliśmy.

Ale to nie jest tak, że my w Polsce nie szkolimy piłkarzy. Szkolimy, tylko z powodów finansowych jesteśmy zmuszeni oddawać talenty byle szybciej i za bezcen. Nie ma tygodnia, by polski junior nie wyjechał zagranicę, jest na nich popyt w coraz to lepszych akademiach. Gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, mielibyśmy mocniejszą kartę przetargową. Nie musielibyśmy oddawać zawodników przy pierwszej nadarzającej się okazji, co korzystnie wpływałoby nie tylko na poziom drużyn juniorskich, ale też na poziom trenujących tam zawodników.

Najważniejszym więc zadaniem jest to, aby strumień kasy popłynął chociaż w małej części w innym kierunku. Jeśli to się uda i jeśli zbudujemy finansową bazę, eksport piłkarzy – choć nieunikniony – będzie odbywał się trochę bardziej na naszych zasadach.

Żeby jednak ten eksport miał sens, musielibyśmy uporać się z…

PROBLEM NUMER SIEDEM. Młodych piłkarzy nie tylko trzeba wychowywać i szkolić, ale trzeba też ich wyławiać. Niestety w polskich klubach kuleje skauting na poziomie pierwszej drużyny, a skauting na poziomie juniorskim jest całkowicie w powijakach. To też efekt złej dystrybucji pieniędzy i inwestowania w wierzchołek piramidy, zamiast w jej podstawy.

Niewielka część największych klubów, o tych mniejszych nie wspominając, przeczesuje regularnie całą Polskę w poszukiwaniu utalentowanej młodzieży. Jest to robione dorywczo i bez planu. W związku z tym do co lepszych zawodników jako pierwsi zazwyczaj docierają menedżerowie (co generuje dla klubów koszty), ale wielu obiecujących zawodników po prostu przepada, zniechęca się, idzie do pracy.

Chciałem napisać, że jest to kolejny problem, który wynika z biedy, ale jest tak tylko połowicznie. To znaczy dzisiaj skauting na poziomie juniorskim nie ma większego sensu, ponieważ kluby… nie mają gdzie tych piłkarzy zagospodarować (brak boisk, internatów, kadry trenerskiej). Z drugiej strony zmniejszenie wydatków na pierwszą drużynę o 30 procent zapewne pozwoliłoby zbudować odpowiednią strukturę.

Ale do tego wszystkiego potrzebne jest rozwiązanie problemu numer osiem, najważniejszego…

PROBLEM NUMER OSIEM. Brak cierpliwości.

Kibice nie mają cierpliwości.
Przez co prezesi nie mają cierpliwości.
Przez co trenerzy nie mają cierpliwości.

Jeśli mamy poruszać się w ramach tych samych pieniędzy, trzeba świadomie ograniczyć wydatki na pierwszy zespół, wiedząc, że wpłynie to negatywnie na poziom sportowy w perspektywie pięcio- czy nawet dziesięcioletniej. Inwestycja w podstawy pomoże nam:

– szkolić więcej piłkarzy na eksport
– co pozwoli nam pozyskać jeszcze więcej pieniędzy
– co pozwoli nam szkolić jeszcze więcej piłkarzy na eksport
– co pozwoli nam pozyskać jeszcze więcej pieniędzy
– co pozwoli nam szkolić tylu piłkarzy, że rynek zagraniczny wszystkich nie wchłonie
– co pozwoli nam podnieść poziom polskiej ligi

Polska piłka potrzebuje efektu skali. Aby jednak ten efekt skali w pełni nastąpił, polska piłka musi liczyć na uporanie się z…

PROBLEM NUMER DZIEWIĘĆ. Z kilku przyczyn nie jesteśmy społeczeństwem, które stawia na sport. Nie jesteśmy na tyle biedni, aby sport był jedyną szansą na wyrwanie się z nędzy i spełnienie marzeń, ale też nie jesteśmy na tyle bogaci, by sport stanowił dopełnienie i by rodzice inwestowali w sport dzieci (dla zdrowia), a państwo zapewniało idealną i łatwo dostępną infrastrukturę. Nie mamy też idealnego dla piłki klimatu, jak np. Hiszpanie czy Brazylijczycy, więc w naturalny sposób stykamy się z różnymi ograniczeniami.

Ale trzeba robić więcej na poziomie początkowym. Nie zwalniać dzieci z lekcji wychowania fizycznego, a wręcz przeciwnie – dokładać liczbę tych lekcji. Państwo musiałoby mocniej zainwestować w tę gałąź, sprawić, aby w-f nie odbywał się w korytarzach i by nauczyciel był fachowcem w swojej dziedzinie. Państwo musi zainwestować w sport masowy, a także szkolny. Dopiero później, ze zdrowych dzieci, tworzą się potencjalni piłkarze.

I to jest problem, na który środowisko piłkarskie nie ma żadnego wpływu i musi sobie radzić nawet wówczas, gdy nigdy nie zostanie rozwiązany i gdy coraz większy odsetek dzieci będzie wolał grać na Playstation niż na prawdziwym boisku.

PODSTAWOWE WNIOSKI

CO POWINNY ZROBIĆ KLUBY
– Zapomnieć o obsesji wyniku, zarówno na poziomie ekstraklasy, jak i juniorskim. To wyzwanie dla kibiców, prezesów i trenerów.
– Dzięki temu przestać zwalniać trenerów i wydawać pieniądze, aby ten wynik na szybko zapewnić.
– Pozwolić trenerom przez lata podkręcać śrubę, a strumień pieniędzy przekierować w stronę podstawy piramidy (a tę podstawę trzeba dopiero od początku zbudować, bo aktualnie piramida stoi na głowie).
– Nie przejmować się przez kilka lat, tylko czekać.

CO POWINIEN ROBIĆ PZPN
– Zarabiać jak najwięcej pieniędzy i dzięki temu maksymalnie pomagać (zwalniać z opłat, dotować) klubom dużym i małym. Im mniej wydadzą te kluby na opłaty administracyjne i inne duperele, tym więcej zostanie na inwestycje w podstawy.
– Szkolić trenerów na masową skalę i możliwie najtaniej.
– W razie dalszych nadwyżek finansowych zastanowić się nad sposobem dotowania trenerów młodzieżowych.

CO POWINNI ZROBIĆ KIBICE
– Zażądać od klubu przejrzystości finansowej, co pozwoliłoby bardziej świadomie oceniać ruchy klubu i opiniować, czy inwestycje klubu idą we właściwym kierunku.
– Uzbroić się w cierpliwość.
– Bronić trenerów przed zwolnieniem.

KRZYSZTOF STANOWSKI