„Marciniak miał rację. Szwaczce może być trudno nauczyć się programować, a nie piłkarzowi zmienić styl”
Weszło

„Marciniak miał rację. Szwaczce może być trudno nauczyć się programować, a nie piłkarzowi zmienić styl”

Wszyscy, którzy narzekali na styl gry Arki wypracowany przez Leszka Ojrzyńskiego mogli odetchnąć latem. Zbigniew Smółka obiecał futbol przyjemniejszy dla oka i trzyma się swych idei. Jeszcze nie zawsze gdynianom wszystko wychodzi jak powinno, lecz szkoleniowiec żółto-niebieskich nie zamierza schodzić z obranej drogi, nawet pomimo nie najlepszych wyników jego zespołu na początku sezonu. W ramach programu „Weszłopolscy” wraz z trenerem Smółką porozmawialiśmy więc o nich, o jego filozofii, odbudowywaniu Michała Janoty, trudnościach jakie niesie za sobą chęć zmiany stylu gry, rywalizacji w ekipie, wysokich wymaganiach wobec podopiecznych i wielu innych. Zapraszamy!

Po pierwsze, chcieliśmy się trochę pokajać, ponieważ byliśmy trochę sceptyczni w kwestii ściągania Michała Janoty ponownie do ekstraklasy, a on w ostatnim meczu, szczególnie przy bramce na 3:1, pokazał klasę. Czuję pan dumę z wiary w niego? Wyszło na pana

Nie czuję dumy, bo wielu ludzi, nie tylko wy, podchodziło do tego sceptycznie. Również w zarządzie Arki. Natomiast jeden z właścicieli klubu powiedział mądre słowa jeszcze w trakcie walki o Michała: „Jeżeli chcemy trenera, a trener go chce, to go weźmy”. Uważam, że jeśli ja miałem go na oku przez rok i ciężko pracował, by się odbudować, a ja w niego wierzyłem, to nie powinniśmy w ogóle więcej dyskutować na jego temat. Za dużo jest takich rozmów na zasadzie „co powinien zrobić trener, czy podjął słuszną decyzję, czy powinien grać ten lub tamten…” A trener jest najbliżej drużyny i on wie najlepiej, na kogo można liczyć, kogo wystawić, kto ma jaką dyspozycję, kto idzie w dobrym kierunku. Cała Polska wie, że niegdyś Janota to był piłkarz jakich mało w naszym kraju, jeden z bardziej utalentowanych. Tutaj była kwestia tego, aby dojrzał, harował, odbudował się i udowadnia, iż mu się udało. Uważam, że jego sufit jest jeszcze wyżej, stać go na więcej. Będziemy się starali iść z Michałem w tym kierunku.

Duży kamień spadł panu z serca po tym zwycięskim meczu?

Raczej w ogóle mi nie ciążył. Moja radość była spowodowana tym, iż czułem, że moi piłkarze bardzo tego potrzebowali. Natomiast ja im zawsze powtarzałem, że ciężka praca, pokora, są kluczem do osiągania dobrych wyników, które w końcu muszą przyjść. Nie przejmuję się cierpliwością działaczy czy spojrzeniem kibiców oraz dziennikarzy. Starajmy się koncentrować na tym, co robimy najlepiej, a prędzej czy później boisko to odda. Ja nie liczyłem, że na wyjeździe uda nam się odnieść to pierwsze zwycięstwo. Zdawało mi się, iż pierwszy razy wygramy raczej przed własną publicznością. Nawet liczyłem się z tym, że może to się zdarzyć jeszcze później. Ta wygrana tylko utwierdzi wiarę w całym zespole.

Po meczu z Jagiellonią powiedział pan: „uważam, że rozegraliśmy najlepszy mecz spośród dotychczasowych”, natomiast po spotkaniu z Cracovią: „nie zagraliśmy słabego spotkania”. Wtedy się zastanawialiśmy i teraz w sumie też, czy wówczas takie słowa były potrzebne, bo wydawały się buńczuczne.

Czasami trzeba reagować buńczucznie. Wychodzę z takiego założenia, iż pierwszej analizy zawsze dokonuje się na konferencji prasowej. Mówię to, co myślę, nie owijam w bawełnę, kiedy chwalę i się cieszę, to naprawdę chwalę i się cieszę. Gdy ganię, to ganię. Czepiając się zawodnika po prostu chcę, aby on pewne rzeczy zmienił i poprawił, robię to dla dobra jego, zespołu, klubu i również mojego. Nie zamiatam pod dywan. Jestem impulsywnym człowiekiem i tak będę postępował. Nie ma co grać kogoś, kim się nie jest. Tego należy się trzymać.

Ściągnęliście na wypożyczenie takiego 20-letniego chłopaka jak Christian Maghoma, w związku z czym chcieliśmy zapytać o niego. Sporo spotkań rozegrał w Premier League U23, niektórzy mówią, że jest tam poziom wyższy niż w ekstraklasie, a jednak mimo wszystko Christian nie potrafi sobie wywalczyć składu. Z czego to wynika? To przez fakt, iż jest tylko wypożyczony, więc nie ma się co do niego przyzwyczajać, czy odbiega umiejętnościami od Helstrupa oraz Maricia?

Nie wiem, skąd macie te informacje, że przyszedł na wypożyczenie. Ja mam troszkę inne, ale ok… Natomiast cieszę się, iż ci piłkarze grający na wyspach mają większą wiedzę od trenerów, których my posiadamy w kraju. Zawodnik pierwszy raz wyjeżdża z ojczyzny, potrzebuje aklimatyzacji, liznąć języka, musi ciężko pracować nad swoimi mankamentami. Ja dostrzegam je praktycznie w każdym zawodniku. Oglądałem kilka spotkań U23 i jak wiemy na tych meczach jest cud, jak przyjdzie 500 osób. Póki co jestem zadowolony z gry środkowych obrońców, lecz obserwuję każdy mikrocykl. Rozmawiałem z Christianem, rozegrał 60 minut w rezerwach w ten weekend. Każdy piłkarz jest dla mnie równie ważny. On jest jeszcze stosunkowo młody. Ma kilka fajnych cech – długie podanie, wyprowadzenie piłki – ale wiele elementów musi jeszcze poprawić. Inwestujemy w tego zawodnika, aczkolwiek żaden z nich nie dostanie miejsca w składzie za darmo.

Co się dzieje z Luką Zarandią? Po bardzo dobrym początku sezonu – świetnym meczu w Superpucharze z Legią – jego wejście w ligę było dużo słabsze.

U nas są bardzo duże oczekiwania i ludzie sądzą, że jeżeli pokazał tak wysoki poziom na Legii, to potem będzie grał tak co mecz.

Ale on już w poprzednim sezonie wyglądał bardzo dobrze.

Ja przypominam sobie raczej jego 690 minut przez rok i dwa błyski. A powinien mieć 3000. To też jest młody zawodnik. Teraz złapał dołek formy, nie pomógł nam w lidze, do tego złapał drobny uraz. Już trenuje z drużyną, będziemy mu się uważnie przyglądali. Mimo, że jakichś wielkich nazwisk na poszczególnych pozycjach nie ma, to rywalizacja jest u nas bardzo duża. Mamy też Młyńskiego, który dał ostatnio bardzo fajną zmianę… Wszyscy muszą pracować na to, aby otrzymywać minuty. Co do konkurencji – uważam, że szczególnie z przodu jest duża. Czy Aankour, czy Jankowski, Kolew i Siemaszko, Janowicz, Marcus, Zarandia… Nikt nie ma pewnego składu. Iskry idą na treningu, z czego jestem dumny i zadowolony. Zawsze powtarzałem, że między zawodnikami musi być rywalizacja. Wiecie, zawsze można tak mówić – jakby grał Maghoma, to pytano by o Helstrupa, dlaczego nie gra, skoro miał dobry poprzedni sezon, albo Maricia, którego sprowadzaliśmy do roli szefa defensywy.

To nie był zarzut.

Ja wiem! Chcę tylko podkreślić, iż bardzo cieszę się z faktu, że mamy taką rywalizację, a jutrzejsze zajęcia będą prowadzone z dosłownie całą drużyną. Kontuzjowany jest tylko Żebrakowski, ale to wiemy. Jutro przyjdzie 25 zdrowych zawodników na zajęcia, to jest bardzo ważne.

A propos rywalizacji – oczywiście tego nie życze, bo to jest jeden z najlepszych bramkarzy co kolejkę, ale… Czy jeżeli coś by się przytrafiło Steinborsowi, to czuje pan, że któryś z tych młodych chłopaków byłby w stanie zapewnić podobny spokój pańskiej drużynie?

Obu już zdążyłem poznać i szczególnie Krzepisz w meczach kontrolnych z bardzo silnymi zespołami udowodnił, że jest to bramkarz, którego byśmy nie bali się wstawić do bramki i udowadnia to na treningach. On i Staniszewski uczą się wiele od Steinborsa, zasuwają i pokazali, iż w razie czego nie miałbym się czego bać, przy wystawieniu ich. Natomiast Staniszewski to jest bramkarz, który zaliczył 3 pełne sezony na zapleczu ekstraklasy oraz jeden w drugiej lidze, przy awansie, bronił regularnie. Dlaczego mielibyśmy się bać? Gdyby tak było, zostawilibyśmy Pilarza, albo dziś wciąż szukali golkipera. Mamy „dwójkę” bardzo młodą, „trójkę” w osobie wychowanka – obaj są dobrymi bramkarzami. Nie mamy z nimi problemów. Oczywiście pozycja Pawła jest niepodważalna, to jest bardzo silna postać naszej drużyny i oby faktycznie nic mu się nie stało. W razie czego jednak przygotowujemy wszystkich bramkarzy i nie balibyśmy się na nich postać.

Jak trudno jest tak diametralnie zmienić styl zespołu? Bo wiadomo jak grała Arka w poprzednim sezonie i dlaczego pan przyszedł – żeby również odmienić jej charakter. To jest trudna praca, aby dokonać takiej ewolucji na przestrzeni miesiąca lub dwóch?

Na poziomie ekstraklasy mamy już jednak samych zawodowców. Jakikolwiek trener by nie przyszedł do drużyny, to on narzuca styl i oni muszą się do tego dostosować. Profesjonalnie zawodnicy powinni umieć funkcjować i w ataku pozycyjnym i w kontrataku, przy długim podaniu oraz krótkim. Czy to jest ciężka praca? Trudno mi się odnieść. Każdy trener ma inny styl działania. Dobiera sobie zawodników pod niego i taktykę, w której chciałby grać. Ja lubię, gdy moja drużyna ma piłkę przy nodze i sądzę, że sami zawodnicy również dzięki temu czują się komfortowo. Każdego trzeba najpierw przekonać do odważnej gry, kreowania akcji, ale do tego można dojść tylko pracując sumiennie na treningach, mikrocyklami.

Często odnosimy wrażenie, że polscy zawodnicy boją się brania na siebie odpowiedzialności za kreowanie i prowadzenie gry. Wolą się schować i kontrować.

Nikt nikomu w życiu mieć wrażeń nie zabroni… Ja uważam, że to my, trenerzy, nie powinniśmy bać się pozwalać zawodnikom grać kreatywnie. Oglądając nawet ostatnie spotkania z weekendu, komentatorzy chwalą zawodnika z Hiszpanii, iż podejmuje próby pojedynków, dryblingów…

Zagraniczny jeszcze nie wie, że nie można. (śmiech)

Nie wiem, czy tak jest. Taki piłkarz często jednak przyjeżdża z ligi, gdzie takie kwestie są obowiązkowe. Zawsze powtarzam – podejrzewam, iż inni szkoleniowcy również – że skrzydłowi czy dziesiątki muszą podejmować ryzyko, bo tak naprawdę głównie w ten sposób można tworzyć sobie kolejne sytuacje i robić przewagi liczebne niezależnie od strefy. Może takie jest ogólne postrzeganie przez to, że w klubach panuje duża presja, przez co gracz ma gdzieś z tyłu głowy: „ok, lepiej nie zawalić niż spróbować coś ekstra”. Uważam, iż nie można myśleć w ten sposób. Poprawnym podejściem byłaby chęć zrobienia czegoś dobrego zawsze.

Czyli oczekuje pan od swoich piłkarzy takiej postawy, jaką zaprezentował Adam Marciniak, mówiąc, że „to trudne, by szwaczka nauczyła się programować, a nie piłkarzowi zmienić styl”.

Oczywiście. To są zawodowcy, a Adaś jest tego bardzo dobrym przykładem. Skoro ja oczekuję, aby on był na połowie przeciwnika częściej niż z tyłu, no to nie wiem jaki piłkarz by tego nie chciał. Dochodzimy tu do kwestii asekuracji, wymienności pozycji i tego, że ktoś musi też ciężko pracować na boisku, po to, żeby Adaś mógł mieć masę dośrodkowań i asyst. Tak samo Damian Zbozień. Moja koncepcja jest taka, by zostawać trójką w obronie po stracie, ale musimy szybko wracać, by się organizować, kiedy nastąpi strata. Powinniśmy sobie wzajemnie ufać, pomagać sobie na boisku. To jest nasza filozofia gry. Przede wszystkim wychodzimy na boisko, patrząc w stronę bramki przeciwnika, chcemy posiadać piłkę. Jasne, nie zawsze to jeszcze nam wychodzi, lecz zamierzamy się w tym doskonalić. Przed naszymi meczami rozmawiałem parę razy z dziennikarzami. Ci wielokrotnie podkreślali, że podoba im się filozofia Wisły Kraków, Miedzi i tego się trzymajmy.

Co zwróciło u pana największą uwagę po przeprowadzce z pierwszej ligi do ekstraklasy?

Różnice polegają na tym, że w niższych ligach zawodnicy stosują gorsze perfumy, a w ekstraklasie stoją lepsze fury na parkingu. (śmiech) Może to dość trywialne, ale coś w tym jest. Na pewno w esie są lepsi zawodnicy, natomiast cała reszta funkcjonuje podobnie. Ale kiedy zawodnik ma większe umiejętności, to też naturalne, że więcej zarabia. Szkoleniowcy jednak od tych lepszych graczy mogą po prostu więcej wymagać. Cięższej pracy, większego profesjonalizmu, większego zaangażowania. To w sumie tak jak w każdym biznesie. Jeśli dziennikarz zarabia 3 tys. złotych w marnej gazecie, a jest też dziennikarz pracujący za 20 tys. w Canale Plus, to musimy odpowiednio wymagać i to jest zupełnie proste. Ale sorry za porównanie!

Właśnie pan nam zakomunikował, że nie musimy się za bardzo starać (śmiech). Ciekawi jesteśmy, czy ten poziom ekstraklasy oraz I ligi naprawdę jest tak różny? Bo z jednej strony widzimy, że Zagłębie i Miedź radzą sobie średnio, ale mamy też takiego Górnika Zabrze oraz przykłady z Pucharu Polski, gdy potyczki są bardzo wyrównane.

Nie warto tego oceniać jedynie przez pryzmat beniaminków. To, że Miedź jest teraz niżej jest wypadkową wielu detali i milimetrów na bucie. Oglądałem jej spotkanie z Koroną wnikliwie  i spokojnie mogła wygrywać ze 2:0 lub 3:0, wtedy zupełnie inaczej byśmy ją postrzegali. Wynik jest wykładnikiem ogromnej liczby drobiazgów. Na pewno w ekstraklasie są lepsi piłkarze, to oczywiste. Natomiast pracuje się podobnie, presja działa podobnie. Mam nadzieję, że żaden piłkarz z ekstraklasy się nie obrazi, ale mam takie przemyślenie – niżej jest wielu głodniejszych piłkarzy. Tutaj zdarzają się już najedzeni. Nigdy nie pozwolę na to, bym mój piłkarz w najwyższej klasie rozgrywkowej poczuł się syty. Ma dalej zasuwać i ciężko pracować.

Spotkał pan najedzonych po przejęciu Arki?

Trener ma jakieś kłopoty codziennie. Piłkarz też, zwłaszcza jeśli nie ma formy i musi do niej dojść. Jeżeli jest w formie, to musi ją utrzymać. Także każdego dnia powinien mieć z tyłu głowy, że ciągle musi być skoncentrowany. W każdym treningu ma pokazywać głód. Może Cristiano Ronaldo mógłby czuć się spełniony, ale z tego co wiem to i on wciąż chce więcej. Jeszcze się doskonalić, poprawiać, nad czymś pracuje, chce dobrze spać, regenerować się… Jeżeli piłkarz dostaje w danym meczu notę 8 lub 9, to w następnym winien postarać się o dziesiątkę. Na tym to wszystko powinno polegać. Jeśli ktoś w Arce poczuje się najedzony, to będzie miał ze mną trudno. Każdego dnia musimy robić krok naprzód.

Rozmawialiśmy swego czasu w którymś z naszych poranków i pamiętamy, że nie chciał pan się założyć – bo mocno pan wierzy w ekstraklasę i w jakość polskich zawodników – iż nikt nie awansuje do fazy grupowej tegorocznych pucharów. Wyszło na nasze.

Tak, mieliście racje. Wszyscy chyba przeżyliśmy szok…

Nie no, jaki szok! Właśnie dlatego tak mówiliśmy, żeby szoku nie czuć!

Wiecie, to uderza również w was i powinniście być raczej smutni, że przewidzieliście taki scenariusz. Wszyscy, którzy jesteśmy przy piłce, kochamy ją, kochamy sport… To jest dla nas porażka. Bo trzymaliśmy kciuki za Lecha, Jagiellonię i Legię. To tylko pokazuje, że powinniśmy jeszcze wydajniej pracować. Teraz sobie zrobiłem taki weekend zostając w Gdyni, oglądałem wszystkie mecze i Ligę Plus Extra i powiem wam, iż martwi mnie fakt, że drużyna, która grała w czwartek, słabo wygląda w niedzielę pod względem fizycznym. Nie podobała mi się ani Legia, ani Jaga, ani Lech jako te wielkie kluby dominujące w naszej lidzie. Ja białostoczan wymieniałem jako faworytów do mistrzostwa Polski jeśli zachowaliby obecną kadrę. Wyglądały te drużyny naprawdę źle, nie dominowały. To jest przerażające. Osiem spotkań dopiero zagrały zespoły w tym sezonie, a już się często mówi o różnych roszadach. A chcemy niby dążyć do sytuacji, gdy rozgrywalibyśmy 50-60 spotkań w ciągu roku jak to robią najlepsi piłkarze. O, właśnie do tego chcę przekonywać moich podopiecznych, iż musimy być gotowi w każdej sytuacji. Bo często zawodnik ma podejście: „jak ja gram spotkanie w sobotę, w niedzielę robię regenrację, w poniedziałek mam wolne…”. Są jednak piłkarze, którzy we wtorek przychodzą gotowi i mogliby grać mecz. Są również też tacy, co we wtorek wyglądają jak po bitwie. Musimy ich regenerować do czwartku. To musimy zmieniać – mentalność piłkarzy, bo na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Jeżeli zawodnik przychodzi i mówi do mnie: „jestem zmęczony, bo się nie wyspałem”. Nie, on MUSI się wyspać, MUSI odpocząć, MUSI być świeży. Powinien wyciskać swoją karierę niczym cytrynę do ostatniej kropelki. Robi to wszystko przecież nie tylko dla siebie, tylko również dla własnej rodziny.

Co jeszcze bardziej przerażające, że ta zmęczona Legia wygrała swój mecz.

Dobrze, że wygrała, ale jeśli jej podejście będzie się powtarzać, to przyjdą w końcu podobne spotkania i wówczas już nie zwycięży. A ja sądzę, że Legia w domu powinna grać tak, by przeciwnik w 10. minucie zakładał się z kolegą czy jego ekipa dostanie trójkę czy czwórkę w plecy. Taką Legię chciałbym widzieć przy Łazienkowskiej, a nie taką co przegrywa Superpuchar, męczy się z Zagłębiem Sosnowiec i do końca drży o wynik. Tak samo Lech. Jeżeli mówi się, że ktoś ma dziesięciokrotnie większy budżet od Sosnowca… No nie, ja tego nie widziałem zupełnie na boisku. Zagłębie podobało mi się, mogło być różnie. Bo pomijając samą wygraną – czy jakikolwiek kibic Legii może być zadowolony ze sposobu, w jaki warszawianie zwyciężyli? Ja nie jestem fanem Legii, choć wspieram ją, gdy reprezentuje nas na arenie międzynarodowej, i ja po czymś takim nie byłbym zadowolony. Widziałem natomiast tę radość nowego szkoleniowca…

Och, mąci pan!

Nie, w żadnym wypadku, bo to widać, że chce podnieść drużynę, ale gdy widzę to jak się cieszy, przytula Kucharczyka. Kontrast – jest ten uradowany trener i smutny Kucharczyk, bo widzi co się dzieje. Musimy więcej wymagać od piłkarzy. To nie jest żadne mącenie, tylko szczerość.

Z naszej strony to był oczywiście sarkazm. I za pana szczerość oczywiście dziękujemy.

Rozmawiali: WESZŁOPOLSCY

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
esi_bmf

Blad ortograficzny w tutule. Poziom LM.

Koszulker.pl

Właśnie się zastanawiamy czy on aby napewno powiedział „Szwacce”? 😀

Nie chcę się czepiać, ale...

Swoją drogą pierwszy raz widzę, żeby w tytule wywiadu wstawić cytat zawarty w pytaniu dziennikarza.

Joopiter

To chyba nie czytasz Weszło za często 😉 Oni często tak tytułują wywiady.

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

„,,,Na poziomie ekstraklasy mamy już jednak samych zawodowców…” – ta, chyba w Arce

Quotsa

Śledziem jebie od „redaktora”…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz