Zenit pokazał rosyjską wersję remontady. Lepsza niż oryginał
Weszło

Zenit pokazał rosyjską wersję remontady. Lepsza niż oryginał

Osiem goli łącznie, w tym szczęść strzelonych, grając w osłabieniu. Właśnie w takim stylu Zenit Sankt Petersburg przyklepał wczoraj awans do rundy play-off Ligi Europy, przechodząc jednocześnie do historii futbolu. Wcześniej w europejskich pucharach tylko raz zdarzyło się, że zespół, który pierwszy mecz przegrał różnicą aż czterech goli – jak przed tygodniem Zenit – w rewanżu był w stanie z nawiązką odrobić starty. Zresztą dzień po wielkim zwycięstwie Rosjanie ochoczo nawiązują do pamiętnej rywalizacji Barcelony z PSG, porównując swój zespół właśnie do Dumy Katalonii, a zdeklasowane Dinamo Mińsk do francuskiego giganta. I choć tego typu zestawienia brzmią nad wyraz groteskowo, to nikt i tak nie możemy zaprzeczyć, że Zenit po prostu dokonał czegoś wielkiego.

Zadanie, które mieli do wykonania piłkarze Siergieja Siemaka, było wyjątkowo trudne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, swoją rolę odgrywał deficyt z pierwszego meczu, w którym Zenit po prostu nie istniał na boisku. Biorąc pod uwagę, że „niebiesko-błękitni” we wcześniejszych spotkaniach wyglądali całkiem porządnie, było to spore zaskoczenie, ale faktem jest też, że Dinamo idealnie podeszło do tego starcia i wykorzystało wszystkie błędy rosyjskiej ekipy.

Po drugie, rewanżowe spotkanie miało odbyć się przy pustych trybunach, co było konsekwencją kary nałożonej na Zenit przez UEFA po zeszłosezonowym meczu 1/8 finały Ligi Europy z RB Lipsk. Europejska centrala przyczepiła się wówczas do przedmiotów, które spadały z trybun na murawę oraz piosenki „Zabili czarnucha” zespołu Zakazani Bębniarze, którą zaintonowali rosyjscy kibice. W związku z karą klub zdecydował się nawet przenieść mecz na stary i wysłużony stadion „Pietrowski”, by na nowym obiekcie, który w czerwcu i lipcu przyjmował uczestników mundialu, fani mogli obejrzeć mecz na wiszących pod dachem telebimach. Z perspektywy kibica był to całkiem przyjemny ruch. Za to z perspektywy piłkarza rozgrywanie arcyważnego spotkania w takiej oto scenerii mogło odebrać sporą dawkę motywacji.

Nic więc dziwnego, że przed rewanżem w Rosji nie przesadzano z optymizmem. Pod wodzą nowego szkoleniowca Zenit niby gra dobrze i w lidze zaliczył bezbłędny start, wygrywając trzy pierwsze mecze, ale porażka w Mińsku plus wszystkie dodatkowe okoliczności ewidentnie nie sprzyjały snuciu odważnych planów. Pierwsza połowa potwierdziła zresztą, że było to słuszne podejście. Gospodarze niby od początku przeważali, ale jedyną bramkę strzelili po poważnym błędzie bramkarza Dinama. Ogólnie wyglądali jednak mało przekonująco. Trochę tak, jakby grali co najwyżej o zachowanie resztek honoru.

W drugiej połowie obraz gry specjalnie się nie zmienił. Zenit atakował, Dinamo – czasem rozmyślnie, a czasem szczęśliwie – skutecznie się broniło. Wprawdzie od 66. minuty piłkarze Siemaka po fantastycznym strzale Noboi z rzutu wolnego mieli do odrobienia tylko dwa gole, ale już sześć minut później sami skomplikowali sobie sytuację. Z boiska z dwie żółtymi kartkami wyleciał bowiem strzelec pierwszego gola Paredes. Wtedy jednak, gdy wydawało się, że jest po wszystkim, do gry wkroczył Dziuba, czyli bohaterem reprezentacji Rosji z mundialu, który dwa brakujące trafienia zaliczył w ciągu raptem trzech minut. Emocji już wtedy nie brakowało, ale chyba nikt nie przypuszczał, że to dopiero początek.

O dodatkową dawkę dramaturgi osobiście zadbali zresztą zawodnicy Zenitu, którzy w pierwszej części dogrywki dali sobie wbić gola. W momencie, gdy odrabianie strat przez cały mecz idzie ci ciężko, a dodatkowo przez jakiś czas musisz robić to w osłabieniu, taki cios zwyczajnie musiał zaboleć, ale Rosjanie i tak nie mieli zamiaru składać broni. Druga połowa dogrywki w całości należała już do nich. Oczywiście za strzelanie kluczowych bramek wzięli się stosunkowo późno, bo tę na wagę awansu zdobyli dopiero trzy minuty przed końcem spotkania (później dołożyli jeszcze dwie), ale koniec końców swego dopięli w imponującym stylu.


Oczywiście spotkaniu o takim natężeniu emocji i rozmaitych zdarzeń musiały towarzyszyć kontrowersje. Najwięcej zarzutów obie strony kierowały pod adresem sędziego Sebastiena Delferiere’a. Białorusini mieli mu za złe, że w 30. minucie nie uznał bramki Chwaszczynskiego, dopatrując się w momencie strzału spalonego Iwanowa, który rzekomo absorbował uwagę bramkarza. Rosjanie z kolei mieli pretensje o trzy niepodyktowane rzuty karne, które w ich opinii były ewidentne.

Liczne pretensje do zespołu sędziowskiego nie mogą jednak dziwić, bo dla obu nacji rywalizacja Zenita z Dinamem miała ponadsportowe znaczenie. Wszystko przez coraz bardziej napięte relacje na linii Moskwa-Mińsk, które rozchodzą się na kolejne sfery życia. Dla Białorusinów ewentualny awans Dynama byłby więc doskonałą okazją, aby zagrać na nosie potężniejszemu „przyjacielowi”. Dla Rosjan porażka byłaby ciosem w ich dumę narodową i odwieczne poczucie wyższości względem dużo słabszego sąsiada. Dość powiedzieć, że po pierwszym spotkaniu piłkarzom Dinama publiczne gratulacje składał Aleksandr Łukaszenka, który przy okazji wbił kilka szpilek w Zenit i sponsorujący go Gazprom, z władzami którego bardzo blisko trzyma się przecież Władimir Putin. Po rewanżu białoruski „Baćka” miał jednak wyjątkowo nietęgą minę, a za świętowanie wzięli się szefowie potężnego koncernu.

Temat Gazpromu przewinął się też na pomeczowej konferencji prasowej. – Zenit przygotował na dziś prostą taktykę. Szansę awansu mieli wyłącznie dzięki atakom prowadzonym przez środek boiska, faulom, stałym fragmentom gry i pieniądzom Gazpromu – powiedział Siergiej Gurienko, trener Dinama, wyraźnie sugerując, kto jego zdaniem maczał palce w tej rywalizacji. W Rosji jego słowa spotkały się z powszechnym oburzeniem, ale już na Białorusi Gurience do teraz bije się brawo.

Słowa trenera Dinama nie zmienią jednak wyniku dwumeczu, który dla jego zespołu wygląda upokarzająco. Mińszczanie mogą oczywiście mieć kłócić się o nieuznaną bramkę czy wytykać arbitrowi gospodarskie sędziowanie, lecz tak naprawdę pretensje w pierwszej kolejności powinni kierować do siebie. Dzięki pogromowi w pierwszym spotkaniu przed rewanżem byli w naprawdę komfortowej sytuacji, ale najwyraźniej dali się zwieść korzystnemu wynikowi i w konsekwencji zapłacili za to najwyższą cenę. W Rosji nastroje są rzecz jasna odmienne, choć z nadmierną radością czy tekstami o eskalacji siły też nie ma co przesadzać. Zenit udowodnił wczoraj swoją wartość, ale wcześniej pokazał też, że na boisku wystarczą dwa celne ciosy, by piłkarskie królestwo Gazpromu zaczęło chwiać się w posadach. Inna sprawa, że wczorajszej wielkiej i przepięknej chwili nikt już Rosjanom nie odbierze.

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
dfuz

Nie wiem które gorsze uczucie w Mińsku czy w Warszawie…

AstanaSheriffSpartakDudelange
Ubeccy ojcowie użytkownika Juri nokautują i rozdziewiczają go w jego brzydkie, owłosione dupsko.

W Mińsku, bo Legia jest już przyzwyczajona do oblatywania wpierdoli.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

bart007

Juz przed tygodniem mowilem kilku typom ze spodziewam sie cudow w rewanzu. W pierwszym meczu Zenit nie mial praktycznie nic do powiedzenia, az tu nagle 8:1 i to jeszcze grajac momentami w 10tke. Czyzby chlopaki z Dynama zostali odpowiednio zmotywowani do takiej a nie innej postawy i ich trener cos o tym wie, dlatego napierdala bez ogrodek na Gazprom ?

b4d4ss

grajac jednego mniej wjebali im 4 bramki i stracili jedna, ale kto sie tego nie spodziewal?

Benis Jądro
K S K 1953

Czy tylko ja czuję smród mafii singapurskiej widząc takie wyniki. Mam na myśli cały dwumecz.

SzalonyWladek

Skoczna piosnka Убили Негра –> https://www.youtube.com/watch?v=NqibX79KujU

wpDiscuz