Parę dni odkręcałem się po jeden na jeden z Shaunem Maloneyem
Weszło Extra

Parę dni odkręcałem się po jeden na jeden z Shaunem Maloneyem

Choć Adrian Purzycki w ekstraklasie zagrał póki co dopiero dwa spotkania, nie ma chyba w naszej lidze zawodnika w jego wieku, który mógłby się pochwalić taką przeszłością. Jako szesnastolatek trenował pod okiem Roberto Martineza w Wigan, dwa lata później kopał w Fortunie Sittard, by wreszcie wylądować w Miedzi Legnica.

– Pierwsze wspomnienia związane z piłką mam jeszcze ze Stalowej Woli, gdzie jako maleńki dzieciak przebierałem się za piłkarza. Potem w wieku czterech lat przeprowadziłem się z rodzicami do Anglii. Na początku mieszkałem w Bedford, później wyprowadzka do Swansea, gdzie był pierwszy mój profesjonalny klub. Dalej – powrót do kraju na półtora roku w pierwszej klasie gimnazjum i wyjazd do Wigan jako czternastolatek. Tam przeszedłem od U-16, przez U-18, aż do rezerw, trenowałem też parę razy z pierwszym zespołem u Roberto Martineza. Kiedy jednak awansowaliśmy do Championship, wiedziałem, że będą wzmocnienia, że zostanę odsunięty na boczny tor. Stąd zdecydowałem się na odważny krok, przenosiny do Fortuny Sittard. Przez pierwsze pół roku grałem, czułem, że się rozwijam, ale potem trenerem został Sunday Oliseh, który miał inne spojrzenie na piłkę. Pojawiła się okazja, by wrócić do kraju, by spróbować w Miedzi. No i jestem.

Myślisz bardziej po polsku czy po angielsku?

Po piłkarsku (śmiech). Jak teraz rozmawiamy, to myślę po polsku. U mnie wychodzi to tak naturalnie – kiedy rozmawiam po polsku, to myślę po polsku, kiedy po angielsku, to po angielsku. W domu cały czas rozmawiałem z rodzicami po polsku, miałem polskich znajomych w Anglii, w Walii. Teraz jeśli gram z Omarem Santaną czy Petterim Forsellem, to nie robi mi to różnicy, żeby tu krzyknąć coś do kolegi po polsku, a tam po angielsku. Nie muszę się nad tym specjalnie zastanawiać.

Zacząłeś już się uczyć hiszpańskiego?

Wszyscy nasi Hiszpanie mówią bardzo dobrze po angielsku, ci nowi starają się łapać jakieś polskie słówka jak siedzimy w szatni, ci będący tu dłużej starają się rozmawiać po polsku. Chłopaki chcą się uczyć, żeby czuć się tutaj bardziej u siebie. Fajnie jest to, tak myślę, odbierane, jak starają się mówić po polsku, nawet jak to nie do końca wychodzi jak powinno.

Sprowadzony z Celty Vigo Borja Fernandez już przebiera nogami, żeby wygryźć cię ze składu?

Nie podstawiamy sobie nóg na korytarzu (śmiech). U nas rywalizacja jest zdrowa, Borja może zresztą grać i na „szóstce”, i na „ósemce”, więc to nie tak, że rywalizuje bezpośrednio tylko ze mną. Nie można się tej walki o skład bać, tylko dać wszystko, co się ma, żeby na koniec dnia mieć czyste sumienie.

Pierwszy raz, kiedy więcej osób o tobie w Polsce usłyszało, to gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec rywale zaprotestowali, że z racji wychowania w Anglii, nie spełniasz warunków do objęcia cię statusem młodzieżowca. Że w związku z tym ekipie z Sosnowca należy się walkower. Kosztowało cię to trochę nerwów?

Byłem w szoku. Najśmieszniejsza rzecz była taka, że jeszcze jak byłem w Fortunie było zapytanie, czy przyjechałbym na testy do Sosnowca, czy tam na jeden sparing, ale pod koniec dnia nie zdecydowałem się przyjechać. Po meczu wygranym mnie to trochę zszokowało. Znając przepis o młodzieżowcu, wiedziałem, że nie mam się o co martwić. Fakt, że jak wróciłem do domu poszukałem, czy paszport jest na miejscu. Ale nie było z mojej strony wielkiej paniki. Wiedziałem, że przepisy są po naszej stronie.

Zagłębie mogło mieć za złe, że im wtedy odmówiłeś? Podobno protest mieli gotowy jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Nie wiem, o co tam chodziło. Szkoda, że tak wyszło, bo to trochę przyćmiło fakt, że zagraliśmy fajny mecz jako drużyna. A to przejęło stery.

Miałeś dużą tremę przed debiutem w ekstraklasie w meczu z Górnikiem?

Oczywiście! Bardzo nie chciałem tego nikomu pokazać, ale trema była niesamowita. Chociaż myślę, że udało mi się z nią wygrać, koniec końców byłem zadowolony ze swojej gry. Wynik był nie taki, ale pod względem gry wyglądaliśmy w nim najlepiej, od kiedy w ogóle jestem w Miedzi. Nie ma co rozpamiętywać, bo są przed nami kolejne mecze, na które musimy być pozytywnie nastawieni. Wiem, że trudno tak stawiać sprawę, ale my naprawdę wierzymy, że idziemy w dobrym kierunku. Nawet jeśli jeden z nas robi błąd, zbieramy się i idziemy dalej.

Jak do twojego błędu z Lechią, po którym poszła akcja na 2:0, podszedł trener Nowak? 

Była strata z mojej strony, wiem o tym, że to mój gol. Myślę, że trener Nowak ma fajne, zrównoważone podejście. Znajduje dobry balans, potrafi pochwalić, potrafi też zganić, dać wskazówki na przyszłość. Dla mnie to tym ważniejsze, że takiego doświadczenia, jakie zdobyłem robiąc błąd na wagę bramki w Gdańsku, nie miałem. Nie dostałbym go na treningu, nie zdobyłbym oglądając mecz. Muszę zawalić bramkę, żeby przeżyć wszystko, co się z tym wiąże. Mam nadzieję, że drugi raz już takiego błędu nie popełnię.

Mogłeś po meczu spokojnie zasnąć wiedząc, że twoje zagranie właściwie zamknęło sprawę osiągnięcia jakkolwiek dobrego wyniku?

Od razu po meczu starałem się o tym nie myśleć, dopiero następnego dnia dopadło mnie myślenie, trochę się zadręczałem. Ale po rozmowie z tatą, z trenerem, przekonałem się, że świat się na tym zagraniu nie kończy. Nie mogę o nim zapomnieć, ale odsuwając negatywne emocje wyciągnąć naukę.

Trener Nowak wymaga od was gry bardzo odważnej, rozgrywania od tyłu. Kiedy mecz się nie układa, nie pojawia się pokusa, jakaś taka myśl z tyłu głowy: „a może poszukam łatwiejszego rozwiązania…”?

Nie. Wiadomo, mogę mówić tylko o sobie. Ale ta drużyna ma tożsamość, którą budowaliśmy w I lidze i którą budujemy cały czas. Kwintesencją tego wszystkiego jest, że piłka ma sprawiać radość nie tylko nam, ale też kibicom. Wyniki wynikami, wiadomo. Ale mam przekonanie, że właśnie jeśli nie odejdziemy od naszego stylu, to wyniki przyjdą najszybciej. Musimy wprowadzić pewne korekty, ale nie w systemie gry, tylko bardziej indywidualne. Moje zdanie jest takie, że nie wolno nam odbiec od stylu, jaki prezentujemy. W nowoczesnej piłce czy to Manchester City, czy Bayern, czy Barcelona – wszystkie mają określony styl, tożsamość i jakkolwiek idzie, to się nie zmienia „bo nie idzie”. To cechuje najlepszych trenerów, że są wierni sobie. I tak samo trener Nowak nam cały czas powtarza, że nasza drużyna ma swoją tożsamość i nie będziemy od niej uciekać. Jeśli byliśmy w stanie tak grać cały poprzedni rok, to czemu nie moglibyśmy tego robić przez kolejne lata?

„Podoba mi się jego koncentracja, cały czas obserwuje, antycypuje, analizuje” – to słowa trenera Nowaka odnośnie ciebie. Jesteś takim typem piłkarza-analityka, lubisz po meczu odpalić spotkanie raz jeszcze, pogrzebać w cyferkach?

Mam tak, że po meczu pamiętam każde swoje zagranie, więc nie przeżywam jakiegoś szoku, jak później włączę sobie z odtworzenia nasz mecz. Ale lubię to zrobić, popatrzyć, co mogłem zrobić lepiej. Zatrzymać na poszczególnych sytuacjach. To mi pomaga, że nie zdaję się tylko na analizę, jaką mamy jako drużyna, ale i indywidualnie troszkę posiedzieć nad tym. Oprócz tego często męczę trenera Nowaka, trenera Mokrego, analityka, żeby też chwilami usiedli ze mną i pokazali mi to czy tamto. Trenerzy tu są bardzo otwarci na takie coś.

Jesteś synem byłego piłkarza, więc pewnie po meczach pierwszy numer na wyświetlaczu, to ten taty?

Bardzo często.

Jest bardziej surowo czy raczej klepanie po plecach i duma?

Z tatą było tak, że jak byłem młodszy, to było strasznie surowo. Teraz nadal jest surowo, aczkolwiek nie aż tak. Kiedyś tata patrzył z perspektywy mocno emocjonalnej, a teraz bardziej z trenerskiej, analitycznej. Razem, w tym duecie, jaki tworzyliśmy przez lata, analizując moje mecze, weszliśmy na taki poziom, że kompletnie inaczej patrzymy na to teraz niż powiedzmy pięć lat temu. Pięć lat temu to były uwagi na zasadzie: tu mogłeś zrobić to, to i to lepiej, a w tej sytuacji to, to i to. A teraz skupiamy się nie tylko na rzeczach negatywnych, ale i pozytywnych.

Pamiętam rozmowę z ojcem Damiana Kądziora, też byłym piłkarzem. Mówił, że syn niesamowicie się irytował, że jak wakacje, to w bagażniku lądowały piłki, pachołki. Nie było wytchnienia od futbolu.

Oj tak, od 7. do 14. roku życia, czyli zanim wszedłem w tę bardziej męską piłkę, odbywałem z tatą bardzo dużo treningów. W ogrodzie, w parku. Często kończyły się kłótniami, ale patrzę na to dziś i wiem, jak wiele mi to dało. Mam teraz ośmioletniego brata, który też pracuje z tatą…

Nie ma dla niego szans na karierę poza piłką, co?

No właśnie średnio. Tym bardziej, że mi się udało, że gram w ekstraklasie. Ale ma na tyle dobrze, że nie ma jednego, a dwóch doradców – mnie i tatę. Rodzice z bratem mieszkają co prawda w Anglii, ale staram się cały czas dowiadywać, co u niego, motywować tatę, żeby brał go w obroty. Dla mnie to super sprawa, jeśli ktoś ma taką możliwość, powinien korzystać. Doświadczenie przekazane z pokolenia na pokolenie to coś, czego nie da się zreplikować. Jak ma, niech korzysta. I się ojca słucha.

Ty słuchałeś?

Mówiłem, że były kłótnie (śmiech).

Dopuszczałeś myśl, że nie będziesz grał zawodowo w piłkę?

Nie. Zawsze miałem określony cel. Nauka, wiadomo, musiała być na odpowiednim poziomie, żeby mieć jakąś opcję awaryjną. Ale to była jakaś taka najgorsza ostateczność. Byłem skazany na piłkę od urodzenia!

Pilka nozna. Ekstraklasa. Lechia Gdansk - Miedz Legnica. 10.08.2018

W Wigan trenowałeś u Roberto Martineza, jak go wspominasz?

Jak wchodziłem do grupy U-18, akurat był na naszym meczu, zagrałem naprawdę dobrze. Martinez po spotkaniu powiedział, że Wigan ma mi koniecznie zaoferować kontrakt. To było bardzo miłe. Odbyłem u niego parę treningów z pierwszym zespołem. Dziś jest selekcjonerem trzeciej drużyny świata, więc… co tu dużo mówić. I tak jak wspominałem, że najlepsi trenerzy są wierni swojej filozofii, po nim widzę to najlepiej. Nie odbiega od tego, co chciał wypracować już wtedy w Wigan, oglądając Belgów widzę podobne schematy, nastawienie. Moim zdaniem to cechuje najbardziej odpornych psychicznie trenerów, tych absolutnie najlepszych. Bo dążą do celu w odpowiedni sposób. Czy Martinez mógłby grać w Wigan tak, bo miał takich piłkarzy, w Evertonie inaczej, bo miał innych, a w Belgii to już w ogóle inaczej? Mógłby. Ale o wiele przyjemniej patrzy się na trenera konsekwentnego, wiernego obranej drodze. Jemu się to opłaciło.

Kto z pierwszego zespołu Wigan zrobił na tobie największe wrażenie?

Świetnym facetem był Jussi Jaaskelainen, widać było po nim, jak wielkie ma doświadczenie, spokój. Ale najbardziej we znaki dał mi się – gdy jako szesnastolatek po raz pierwszy pojawiłem się na treningu jedynki – Shaun Maloney. Zostałem sam do ćwiczenia i miałem grać z nim jeden na jeden. Parę dni się odkręcałem po tym, ale naprawdę – mega doświadczenie, żeby z takimi zawodnikami w takim wieku pracować. Myślę, że to zaprocentowało na przyszłość. Maloney, Jaskelainen, Jordi Gomez – porządne nazwiska się spotykało na treningach.

Grant Holt…

Oj, Grant Holt to był mój bardzo dobry kolega, świetny gracz. Bardzo inteligentny zawodnik. Każdy mówił o nim, że tylko tyłem do bramki gra super. Ale na treningach było w nim widać taką inteligencję… mega. Na tych zawodników złego słowa bym nie powiedział, bo to są profesjonaliści, którzy udowodnili swoje zalety na wysokim poziomie. Fajne doświadczenie dla młodego zawodnika, wchodzącego dopiero w dorosłą piłkę.

Wszedłeś tam do szatni cichutko, ze zwieszoną głową, „dzień dobry panu” czy od razu wywaliłeś drzwi z futryn?

W Anglii nie ma takich podziałów jak w Polsce, bo tu przez długie lata mówiło się, że młody zawodnik to musi nosić sprzęt i latać po piwo. W Anglii to jest tak – wchodzisz, bo jesteś dobry, dzielisz z nimi szatnię, bo jesteś dobry. Sprzęt, oczywiście, pozbierasz, tak jak wszędzie. Ale to myślę, że jest dobra zasada, bo uczy pokory. Ale nie ma odczucia, że jesteś gorszy, że jesteś na chwilę i zaraz zjeżdżasz do juniorów, do drugiej drużyny.

Ktoś z tamtej twojej grupy młodzieżowej przebił się do Premier League, Championship?

Chyba nikt. Z mojej grupy wiekowej na pewno nie, jeden mój kolega z Wigan gra teraz w drugiej lidze hiszpańskiej, więc wylądował całkiem nieźle. Ale to też nie tak, że się nadawali, w dużej mierze to kwestia szczęścia. Przykładowo Rashford, jak wchodził do Manchesteru United, to miało go nie być na ławce – kontuzja. Miało go nie być w pierwszym składzie – jest w jedenastce. No i udowodnił, że zasługuje. Ale dużo łatwiejszą drogą do Premier League jest jednak transfer z innego kraju.

W Wigan przygotowywali was, że może nie każdy zaistnieje w dorosłej piłce, że część z was będzie musiała iść do normalnej pracy? Denis Boateng, który był w akademii Arsenalu, mówił mi: „To ładne słówka, fajnie się je sprzedaje ludziom. Ale nie, ci, którym się nie powiedzie, nie są przygotowani do tego, by szybko się z tym pogodzić i żyć jak normalni ludzie”.

W Wigan nie było tak. Arsenal to też taka akademia, że jak tobie w niej nie wyjdzie, pójdziesz tu, pójdziesz tam. W Wigan pod tym względem myślę, że przygotowanie było bardzo dobre. Byli nawet ludzie na stanowiskach odpowiednich, którzy mieli nie dopuszczać, by ktoś po tym, jak nie dostanie kolejnego kontraktu, przestanie grać w piłkę, nie przepadł w społeczeństwie, a brnął do przodu w życiu. Moim zdaniem było to bardzo mądrze ułożone, zawsze były na miejscu jakieś alternatywy.

Twoją alternatywą, gdy skład mocno się oddalił, była Holandia. Na czym polegała różnica poglądów między tobą a Sundayem Olisehem, o której mówiłeś mi na początku?

Na początku trenował mnie tam Bert van Dael, świetny szkoleniowiec, przy którym bardzo dużo wyniosłem dla siebie. Powiedział mi taką jedną, fajną rzecz, że dobrze jest pracować nad słabymi punktami, ale nie można zapomnieć, że to, co ciebie tworzy jako zawodnika, to są twoje mocne punkty. Nie możesz ich zaniedbać, musisz je cały czas rozwijać na równi ze słabościami.

No dobra, ale co z tym Olisehem?

Styl gry, jaki on preferował sprawiał, że nie widział mnie w swojej układance, ponieważ nie chciał grać ofensywnie. Dużo bazował na kontrach. Nie ukrywam, że nie czułem u niego, że mogę dać z siebie to, co mam najlepsze. Aczkolwiek charakterologicznie też mogłem mu nie odpowiadać. Ja jako zawodnik na boisku, na pozycji, na jakiej gram, czuję, że jest moją odpowiedzialnością, by pomagać innym. Widzę, jak kto jest ustawiony, staram się krzyczeć, podpowiadać. Od najmłodszych lat zawsze tak właśnie robiłem. Czułem, że to daje dużo nie tylko mi, ale też osobom dookoła mnie. Trener Oliseh może nie do końca chciał mieć „trenera” na boisku, miał podejście na zasadzie: „ja jestem szefem i ja podpowiadam zawodnikom”. Może wolał zawodnika, który by się nie wychylał, słuchał poleceń, dał się wcisnąć w ramy.

Po prostu uznał, że młody nie będzie mu ustawiał drużyny.

Faktycznie, to może tak zabrzmieć (śmiech). Ale na boisku staram się wcielić w taką osobę, która jest w stanie pomóc każdemu zawodnikowi w ustawieniu, dużo mówić, dużo podpowiadać, pomagać. Skoro widzę pewne rzeczy, które mogą zadecydować o tym, czy przejdzie jakaś piłka, czy dobrze stoimy, to dlaczego mam z tego nie korzystać? Koniec końców nie powiem jednak, że Oliseh był trenerem tragicznym i że tylko straciłem u niego czas. Paru rzeczy się jednak nauczyłem. Nie lubię mówić o czymś takim, jak stracony czas.

Urodziłeś się w Siedlcach, wychowałeś jednak w większości na emigracji. Nad łóżkiem wieszałeś plakaty Artura Boruca, też gościa z Siedlec, czy raczej zawodników z Premier League?

Kiedyś dostałem rękawice od Artura Boruca, bo Boruc zna się bardzo dobrze z moim tatą. One do tej pory są w domu, zawsze mi towarzyszyły, gdziekolwiek mieszkałem. A pod względem plakatów, idoli – dla mnie największym jest Sergio Busquets. Bardzo mi się podoba, jak się ustawia na boisku, jak wychodzi spod pressingu, z jakim spokojem to wszystko robi. To zawodnik, który rzadko wchodzi na sprint, świetnie się ustawia, bardzo na luzie wygląda jego gra.

Pamiętam, że na początku w Barcelonie było sporo uwag co do Busquetsa, on z każdym sezonem się poprawiał, dojrzewał, wchodził na dzisiejszy poziom. Gdybyś miał przed sobą postawić cel na najbliższe – powiedzmy – pół roku? W czym Adrian Purzycki musi się jeszcze znacząco poprawić?

Prostopadłe piłki. Staram się zwracać uwagę na to na każdym treningu. Chciałbym to poprawić, myślę, że jestem na dobrej drodze.

Czyli – krótko mówiąc – licznik asyst ma zacząć bić.

Krótko mówiąc, to tak. Ale jeśli to będą podania prowadzące do asysty, to też nie będę narzekał!

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
MboMpenza

„Pierwsze wspomnienia związane z piłką mam jeszcze ze Stalowej Woli, gdzie jako maleńki dzieciak przebierałem się za piłkarza. „ po tym zdaniu można by było w zasadzie skończyć rozmowę.

wpDiscuz