Piękny przedsmak sezonu w Tallinnie!
Weszło

Piękny przedsmak sezonu w Tallinnie!

Nie ma co się oszukiwać, że dla Realu i Atletico Superpuchar Europy to szczyt marzeń. Nie. Fajnie jest go zdobyć, dostawić do gabloty, podbić nim statystyki, ale koniec końców znaczy niewiele. Nie żyjesz nim zbyt długo ani przed, ani po. Jednocześnie jednak jest to mecz użyteczny, ponieważ pozwala zrobić coś w rodzaju przeglądu wojsk. Sprawdzić, co trzeba poprawić na już, bo zaraz zacznie się ligowy maraton. Najważniejszy pośród przedsezonowych testów powiedział nam, że póki co Atletico ma zarówno bardziej wytrzymałych żołnierzy, jak i nieco większy kaliber w swoim arsenale.

Nie minęła nawet minuta, nie zdążyliśmy nawet pstryknąć wihajstrem z puszki od piwa, a już Diego Costa pokonał Keylora Navasa. Gorzej, że Sergio Ramos i Raphael Varane w ogóle mu w tym nie przeszkodzili. Gdzie myślami był ten pierwszy? Na mundialu w Rosji, czy gdzieś na leżaczku w okolicach Seszeli? Najpierw przegrał główkę, potem nawet nie za bardzo chciało mu się gonić za napastnikiem Atletico. Francuzowi też brakowało zdecydowania i gdy w końcowej fazie odpuścił pogoń za Costą, ten z ostrego kąta zasunął rakietę, której kostarykański bramkarz nawet nie próbował wyjąć.

Niezłe otwarcie, a potem już klasyczne Atletico. Defensywna kontrola. Cofnięcie i bitwa na zasadzie „doskocz, przypieprz, odskocz”. Przynajmniej w zamyśle, bo przez długi czas brakowało tego drugiego elementu ze strony Los Colchoneros. Tym bardziej naciskał więc Real – w drugiej połowie były nawet takie momenty, gdy Królewscy w 10 hasali po połowie przeciwnika. W tym wszystkim mógł się podobać chociażby Benzema. Niby robił wszystko to, co zawsze, jednak jego zagrania oraz ruchy były bardziej przydatne. Zbiegał na obie flanki, by robić przewagę, pomagał w rozegraniu i pressingu, w końcu też błysnął skutecznością, co przez długi czas zdecydowanie nie było jego wielkim atutem. Obie odpowiedzi ekipy Lopeteguiego przyszły jednak z nie z hokejowego oblężenia, lecz czegoś, co na dobrą sprawę można nazwać sabotażem.

Ale że akurat Savić go dokonał? No żodyn by się nie spodziewał. Żodyn! Niby miał Karima obok, niby szedł za nim do samego końca, a jednak dał mu oddać zabójczy strzał. A Oblak? Chyba po prostu chciał być solidarny ze swoim vis-a-vis, bo źle obliczył tor lotu piłki, zawahał się przy wyjściu, a za chwilę mógł wyciągać futbolówkę z siatki.

W drugiej połowie zaś jeszcze głupiej zachował się Juanfran. Trochę niczym amator, który przestraszył się lecącej piłki. Znów – złe obliczenie toru lotu futbolówki, machnięcie głową w próżni no i niestety dla Atleti również machanie łapami. W siatkówce może nawet dostałby oklaski za niezłe przyjęcie, lecz dzisiaj, ku zdziwieniu defensora, uprawiano piłkę nożną. Dlatego też za chwilę Sergio Ramos zdobył bramkę z rzutu karnego, Oblak nie wyczuł jego intencji.

SR Pedrito

I gdy prowadzenie Realu wyglądało na bezpieczne, gdy jego kontrola nad meczem zdawała się być niezachwiana, wtedy zaczęły dziać się rzeczy rodem z programu „Nie do wiary”.

Po pierwsze – najpierw przerwało się połączenie mózgu Marcelo z jego nogami. Dziwaczne to było. Mógł się zastawić, by piłka wyszła na aut i byłby przy nim względny spokój pod bramką Keylora. Ale nieeee, no po co! Prowadzimy jedną bramką, pomóżmy więc lokalnym rywalom, niech sobie strzelą! Brazylijczyk wyciągnął więc piłkę w ostatniej chwili, za chwilę ta trafiła do Correi, następnie do Diego Costy, a potem za plecy Navasa.

Po drugie – skrajnie dziwnie przed własnym polem karnym zachował się Varane. Fizycznie chyba jeszcze nie wypoczął wystarczająco po mundialu, a i koncentracji zachować nie potrafił. Strata piłki przed własnym polem karnym po prostu nie przystoi i tyle. Thomas skorzystał ochoczo z prezentu, defensywa Realu dosłownie zgłupiała, rozbiegła się we wszystkie strony świata. Zapomniała o Saulu, który chwilę potem… Ach, no nie, to po prostu trzeba zobaczyć.

Po trzecie – czyżby dzisiaj Carvajal nie jadł śniadania? Albo nawet też obiadu? Rozumiemy, że mając 100 minut w nogach można czuć się styranym jak koń pociągowy na Krupówkach. Że Diego Costa to najzdrowszy okaz dzika wśród piłkarzy. No ale żeby odbić się od napastnika, jakby Dani był zrobiony z kauczuku? Przesada. Chwilę później dzieła zniszczenia dokonał Koke, plasowanym strzałem kończąc akcję, która przeszła jeszcze przez nogi Vitolo.

Z jednej strony piękna, z drugiej zaś absurdalna katastrofa.

Dlatego też z wnioskami z tego spotkania należy uważać, wyciągać je powściągliwie, szczególnie wobec Realu Madryt. Mimo braku personalnej rewolucji jest to ekipa u progu znaczących zmian, więc wiele aspektów wciąż będzie jeszcze szlifować. Z kolei wszystkie te wyżej wymienione wielbłądy obrońców Królewskich były skrajnymi wręcz odstępstwami od normy, nie będą się powtarzały zbyt często.

Jeśli już mielibyśmy oczekiwać czegoś, co przyniesie efekty w dłuższym wymiarze, to przede wszystkim od Atletico, które potwierdziło dziś bardzo dobre przygotowanie fizyczne do sezonu, imponującą skuteczność w ofensywie nawet przy fatalnej dyspozycji Griezmanna, głębokość kadry oraz zaangażowanie, jakie pod pieczą Simeone nie ma prawa zgasnąć. Takiej właśnie drużyny Rojiblancos potrzebuje Primera Division i – pozwolimy sobie na mały koncert życzeń – mamy nadzieję, że ten ich występ zwiastuje zaciętą walkę również na krajowym podwórku.

Nie wiemy jak wy, ale po meczu o Superpuchar Europy my jeszcze bardziej nie możemy doczekać się startu La Ligi!

Real Madryt – Atletico Madryt 2:4 (1:1) po dogrywce
0:1 Diego Costa 1′
1:1 Benzema 27′
2:1 Ramos 63′
2:2 Diego Costa 79′
2:3 Saul 98′
2:4 Koke 104′

Fot. NewsPix.pl