Koniec związku bardziej z rozumu niż z serca
Blogi i felietony

Koniec związku bardziej z rozumu niż z serca

Stało się nieuniknione. Nie da się być zszokowanym tą decyzją, ponieważ znana była od dawna. Czekaliśmy tylko na oficjalne jej potwierdzenie, coś w rodzaju przybicia stempla na gotowym już papierku. A zatem – Gerard Pique żegna się z reprezentacją Hiszpanii. Tym razem oficjalnie.

102 mecze, na koncie mistrzostwo świata oraz Europy, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jak na tak utytułowanego zawodnika, jak na tak świetnego stopera, echo tej sytuacji nie jest zbyt głośne. Ot, opinia publiczna przeszła nad nią do porządku dziennego bez jakiejś głębszej refleksji. I nie, wcale nie wymagam lamentu nad losem samego stopera czy też La Rojy bez niego, aczkolwiek sami musicie przyznać, iż wokół ruchu piłkarza Barcelony panuje względna cisza.

Cisza, jakiej brakowało w relacjach pomiędzy Gerardem oraz – trzeba to zarysować szeroko – Hiszpanią. Cisza, która byłaby obu stronom zdecydowanie bardziej potrzebna przez ostatnie lata, a nie teraz, gdy ich drogi się rozchodzą. Cisza oznaczająca koniec długiego okresu sztormów z katalońskim podtekstem w tle.

Pisząc złośliwie, lecz jednocześnie prawdziwie – koniec wywrotowca, czarnej owcy w stadzie, obcego wśród swoich. Inni powiedzą nawet, że sabotażysty, choć moim zdaniem to już przesada. Bo czego jak czego, ale zaangażowania Pique w dobro reprezentacji nigdy nie można mu było odmówić.

– Do kadry narodowej trafiłem w wieku 15 lat i od tamtego czasu niezmiennie postrzegam ją jako wielką rodzinę. Jestem dumny z tego, że stałem się jej częścią. Moje poświęcenie dla niej zawsze było maksymalne. Na mundialu w 1994 roku zobaczyłem Luisa Enrique w zakrwawionej koszulce La Rojy . Od tamtego czasu marzyłem, by kiedyś również zagrać w reprezentacji – dowodził swego czasu i akurat pod tym względem kupuję go w stu procentach. Jeśli widzieliście, by kiedykolwiek odstawiał nogę, zwrócę wam honor, ale nie przypominam sobie żadnego takiego momentu.

Z drugiej strony zastanawiam się jednak na ile jego przygoda z drużyną narodową wynikała z czegoś w stylu syndromu sztokholmskiego. Związku, który wiecznie prowadzi wojnę, czasem tylko partyzancką, a czasem z otwartą wymianą ognia. Zresztą, często dałoby się jej uniknąć, gdyby piłkarz Barcelony potrafił gryźć się w język, zamiast wiecznie dogryzać drugiej stronie.

Daleki jestem natomiast od zajmowania strony Pique w tych trudnych relacjach z hiszpańską federacją, kibicami, w zasadzie z całym narodem. Paradoksalnie, względem wcześniej przytaczanej wypowiedzi nikt tak dokładnie jak Gerard nie potrafił zarysować linii podziału pomiędzy nim a Hiszpanią. On i oni. Trochę sam przeciwko światu, choć nigdy nie upatrywałem w tym wszystkim jakiejkolwiek martyrologii, ponieważ byłoby to wyjątkowo nie fair wobec adwersarzy stopera.

Nie zliczę jego uszczypliwych komentarzy z ostatnich lat, które wypowiadał co prawda w kontekście klubowym, jednak w makroskali dały one podwaliny pod kolejne afery wokół reprezentacji. Na szybko wymieniając – sprawa z określeniem „Espanyol de Cornella”, nazwanie Arbeloi pachołkiem, podziękowania dla Kevina Roldana, opowieści o oglądaniu finałów Ligi Mistrzów w koszulce Buffona czy wyrzucaniu telewizora przez okno, gdy Ramos strzelał Atletico na wagę remisu w 93. minucie. Niezłe portfolio. A do tego jeszcze komentarze na temat „Pucharu Waszego Króla”.

To jest właśnie najważniejszy kontekst w całej tej historii, czyli polityka. Pique nie krył zaangażowania w kwestie katalońskie. – Nigdy nie przeżyłem czegoś równie fantastycznego. Niezapomniane doświadczenie – pisał w mediach społecznościowych tuż po wzięciu udziału w manifestacji w 2014 roku. Na dołączonym do wpisu zdjęciu paraduje wraz z synem owinięty w senyerę, katalońską flagę.

Trzy lata później temat powrócił niczym bumerang, gdy na przełomie października i listopada ubiegłego roku lokalny parlament zorganizował sprzeczne z konstytucją hiszpańską referendum. Miało ono stanowić podstawę do ogłoszenia niepodległości przez Katalonię. Władze kraju zareagowały ostro, na ulicach dochodziło do dantejskich scen, w walkach ulicznych ranne zostały setki osób.

Niedługo potem, tuż po kontrowersyjnej decyzji o rozegraniu meczu z Las Palmas na Camp Nou – Pique był przeciw temu, chciał manifestacji ze strony Blaugrany – obrońca zabrał głos na konferencji prasowej. – Publicznie nigdy nie opowiadałem się za tym, by Katalonia odłączyła się od Hiszpanii lub została w jej obrębach. Zawsze chodziło mi wyłącznie o to, by Katalończycy mieli prawo decydowania o własnych losach. Żeby mogli pójść głosować. „Tak” lub „Nie”. Chcieliśmy działać pokojowo. Przez wiele lat nie było żadnych aktów agresji z naszej strony, a dzisiaj spotkaliśmy się z brutalną reakcją służb państwowych. Przemoc dotknęła także kobiety, dzieci i starców. W ten sposób się do siebie nie zbliżymy. Tłumienie głosowania w ten sposób to jedna z najgorszych decyzji w tym kraju od wielu dekad. Nasz los leży jednak w rękach Mariano Rajoya, który chciałby podbijać świat, a nawet nie mówi po angielsku – mówił gorzko Gerard, lecz nie bez charakterystycznej dla niego nutki ironii. Wówczas był już uznawany za separatystę.

Abstrahując od tego, czy miał rację, czy też nie, zbyt daleko to zabrnęło, aby dało się go oceniać tylko w jeden, określony sposób. Trenerzy czy koledzy z szatni mogli go bronić do woli i czynili to przy każdej możliwej okazji. Potrafił dogadać się nawet z Sergio Ramosem o zupełnie odmiennych poglądach względem tych głoszonych przez Pique. Vox populi było jednak nieubłagane. Większość kibiców La Rojy dostała na niego uczulenia. Fani gwizdali na obrońcę Barcy podczas otwartych treningów ekipy Lopeteguiego. Buczeli, gdy miał futbolówkę przy nodze. Wytykali hipokryzję, bo przecież reprezentował kraj, który jednocześnie jest dla niego symbolem ucisku. Kulminacją była zaś ankieta Marki, w której ponad 60% kibiców wyraziła zdanie, iż nie życzy sobie, by Gerard nadal przywdziewał narodowe barwy.

No to mają co chcieli. Koniec związku, który z perspektywy stricte sportowej funkcjonował natomiast bardziej z rozumu niż z serca. Bo mimo wszystko o tym w gruncie rzeczy zapominamy, jakby w sprawie Pique i reprezentacji Hiszpanii było mało piłki w piłce. A prawda jest taka, że Lucho, nowy selekcjoner, dostał od byłego podopiecznego prezent w postaci wyjątkowo twardego orzecha do zgryzienia. Jak tu go teraz zastąpić?

– Macie rację, mam problem z długością listy. Nie jest na niej 70 zawodników, lecz 72 – sarkastycznie komentował Luis Enrique. Wydaje mi się, że trochę zaklinał rzeczywistość, wszak na ten moment nie widzę w Hiszpanii takiego stopera, który z miejsca mógłby wejść w buty Gerarda i nie okazałaby się one dla niego za duże. Doceniam wszechstronność Nacho, aczkolwiek bycie we wszystkim dobrym, a w niczym wybitnym to chyba za mało. Ostatniej wiosny imponował mi Marc Bartra, ale nie zapominam, że wciąż mamy do czynienia z obrońcą Betisu, który nie miał na tyle dużo siły, by przebić szklany sufit. Podobnie jak Inigo Martinez. Odpowiedzią raczej nie będzie też Javi Martinez, jedynie rok młodszy od Gerarda. Nie mogę się więc oprzeć wrażeniu, iż w najbliższej przyszłości, chcąc zastępić Pique, Lucho będzie musiał zdecydować się na jakiś półśrodek.

Czy ludzie tego chcą czy też nie, odejście stopera Blaugrany z La Rojy jest dla niej dużą stratą niemal pod każdym względem. Nadal bowiem byłby w stanie zaoferować jej sporo tak czysto po piłkarsku. Selekcjonerowi z kolei dałby nieco czasu na znalezienie odpowiedniego następcy, by nie musiał „operować na żywym organizmie”. W końcu też sentymentalnie. Bo pomimo wszelakich animozji nie da się wymazać Pique z kart historii hiszpańskiego (tak tak!) futbolu. Nawet ci, którzy szczerze go nienawidzą, muszą pogodzić się z faktem, iż był on filarem ich najlepszej reprezentacji w historii, a teraz trudno będzie go zastąpić.

Tylko spokoju uświadczymy więcej.

MB