Klątwa sierpnia? Dziś to po prostu fatalna forma
Anglia

Klątwa sierpnia? Dziś to po prostu fatalna forma

Harry Kane i sierpień to para wybitnie niedobrana. Wie to każde dziecko w Anglii jeszcze zanim zacznie raczkować. Jakoś tak się składa, że król strzelców mistrzostw świata, w przedsalahowej przeszłości najlepszy snajper Premier League, w ósmym miesiącu roku po prostu nie trafia. Nie trafił i dziś, choć tak jak miewał w sierpniu lat poprzednich pecha, tak dziś nie było go ani pół grama. Tak jak i jego formy.

Szybki powrót do grania po mundialu to zawsze zagadka. Są szkoleniowcy, którzy na początku sezonu zawodników grających maksymalną liczbę meczów podczas światowego czempionatu eksploatują bardzo ostrożnie. Są i tacy, którzy nie czekają i wprowadzają ich do gry z marszu, od początku rozgrywek. Pep Guardiola zrobił tak z Johnem Stonesem czy Kylem Walkerem w meczu o Tarczę Wspólnoty, Mauricio Pochettino identycznie postąpił dziś, w wyjściowym składzie umieszczając Vertonghena, Diera, Allego i Kane’a.

I o ile pierwsza trójka zagrała bardzo przyzwoicie, to największe nadzieje kibice mieli związane oczywiście z ostatnim. A Kane po prostu zawiódł. Symptomatyczna była sytuacja, w której to on zepsuł świetnie zapowiadającą się kontrę Kogutów jeszcze w pierwszej połowie, psując banalnie proste podanie ze skrzydła do środka. W sytuacjach strzeleckich znajdował się sporadycznie, dawał się łapać na spalone, słowem – był tak daleki od optymalnej formy, jak dalekie jest tempo gry w ekstraklasie od tego w Premier League.

Miał jednak szczęście, że w dwóch decydujących sytuacjach nie zabrakło precyzji jego kolegom. Szczególnie tym odpowiedzialnym za wrzutki, po których padały gole. Najpierw Christian Eriksen perfekcyjnie dorzucił na głowę Davinsona Sancheza, umożliwiając mu zgranie do Vertonghena. Później z kolei Serge Aurier z pierwszej piłki doskonale dośrodkował do Allego, muszącego jedynie zamknąć akcję kontrującym uderzeniem głową. W pierwszej sytuacji do uznania gola potrzebna była technologia goal line (futbolówka przekroczyła linię o milimetry), w drugiej – nic a nic. 

Newcastle odpowiedziało zaś tylko jednym tak doskonałym dośrodkowaniem – minutę po pierwszej bramce Kogutów, gdy asystujący Davinson Sanchez zagapił się w kryciu i dał Joselu masę swobody, by wykończyć perfekcyjne dogranie Matta Ritchiego. Dziś czującego się na boisku tak dobrze, że trudno było nie dostrzec wściekłości na jego twarzy, gdy Rafa Benitez zdecydował się mu zafundować przedwczesny zjazd do bazy.

Nie jest jednak tak, że Sroki wpakowały jedynego gola psim swędem, a Koguty wygrały w stu procentach zasłużenie. Co to, to nie. I z jednej, i z drugiej strony otrzymaliśmy aż w nadmiarze chaos w szykach obronnych, który pozwolił liczyć na więcej niż te trzy gole, które ostatecznie padły w Newcastle. Z jednej strony Alli mógł ustrzelić dublet, gdy dostał przedłużoną przez Kane’a piłkę od Eriksena, a Davinson dołożyć do asysty gola, decydując się na uderzenie nożycami z ostrego kąta. Z drugiej dostaliśmy słupek po strzale Diame, poprzeczkę po zblokowanym przez Vertonghena uderzeniu Rondona, a także skopaną koncertowo sytuację sam na sam Kenedy’ego. Brazylijski skrzydłowy został zostawiony sam sobie na lewej stronie, skąd do środka – nie wiadomo po co – zbiegł Aurier, dzięki czemu stanął oko w oko z Llorisem. Jego ostatnie dziubnięcie przed strzałem okazało się jednak zbyt mocne, co ułatwiło interwencję bramkarzowi nowych mistrzów świata.

Wobec tego tak trudno dziś – mimo wygranej – stwierdzić, jak dysponowany jest Tottenham. Udało się zgarnąć trzy oczka, owszem, ale przy okazji wskazać na naprawdę wiele bolączek mogących kosztować punkty w kolejnych meczach. Brak formy Kane’a, chaos w obronie, nieszczególnie przekonujący Eriksen czy Alli – delikatnie mówiąc, szału nie ma.

***

Falstart. Do tego Maurizio Sarri zdążył się już przyzwyczaić. Od porażki z Vicenzą zaczynał swoją przygodę z Empoli, przegraną z Sassuolo startował w Napoli. W Chelsea nie było inaczej – debiut z Manchesterem City w meczu o Tarczę Wspólnoty daleki był od wymarzonego. Ale jeśli ktoś liczył, że 59-letni szkoleniowiec dziś potknie się po raz drugi w ciągu tygodnia, to przeliczył się bardzo mocno. Chelsea zagrała bowiem tak, by nie pozostawić Huddersfield cienia wątpliwości, która drużyna na placu gry ma walczyć o mistrzostwo kraju, a której pozostaje bicie się o spokojne utrzymanie.

The Blues byli zdecydowanie najbardziej przekonujący z tytułowych pretendentów, jacy zaprezentowali się do tej pory. Rywalom pozwolili na zdecydowanie mniej, niż robili to piłkarze Manchesteru United i Tottenhamu. Poza słupkiem Mounie po rzucie rożnym i uderzeniem tego samego zawodnika głową w drugiej połowie z ostrego kąta, w zasadzie ani na moment bramka Kepy Arrizabalagi nie była zagrożona.

Tego samego nie mógł zaś o sobie powiedzieć Ben Hamer. Już w pierwszej połowie kapitulował dwukrotnie. Najpierw N’Golo Kante sytuacyjnym uderzeniem po dośrodkowaniu szalejącego dziś Williana kompletnie zaskoczył zwykle drugiego golkipera Huddersfield (dziś korzystającego na wracającego po urazie Lossla). Niedługo później Christopher Schindler wyciął równo z trawą Marcosa Alonso, pozwalając ustawić piłkę na jedenastym metrze Jorginho. Brazylijczyk wykonał karnego niezwykle pewnie – przed strzałem wykonał lekki naskok, Hamer podparł się o ziemię prawą ręką, a Jorginho posłał piłkę po ziemi w lewą stronę golkipera.

Drugą połowę Chelsea mogła rozpocząć trzecim, już kompletnie zamykającym mecz golem. Najpierw głową próbował Rudiger, później bramkę, mocną kandydatkę na trafienie kolejki, próbował dać efektowną przewrotką Marcos Alonso. Trafienie numer trzy w końcu jednak padło, gdy na boisku zameldował się wyczekiwany przez kibiców Eden Hazard. Belg perfekcyjnie podał do Pedro, posyłając go sam na sam z Hamerem. Hiszpan delikatnym, technicznym strzałem tylko dopełnił dzieła zniszczenia. Skrzydłowy do skrzydłowego i gol, zupełnie jak w Napoli Sarriego.

Na prawdziwy test klasy dla Chelsea przyjdzie jednak jeszcze poczekać. The Blues wyglądali na tle Huddersfield naprawdę dobrze, ale też pamiętamy, jak mało mieli do powiedzenia tydzień temu, gdy trzeba się było przeciwstawić Manchesterowi City. Coś nam jednak podpowiada, że pod wodzą Sarriego ekipa ze Stamford Bridge może już wcale niedługo grać naprawdę atrakcyjny futbol.

***

Newcastle – Tottenham 1:2
Joselu 11’ – Vertonghen 8’, Alli 18’

Bournemouth – Cardiff 2:0
Fraser 24’, Wilson 90’+1’

Fulham – Crystal Palace 0:2
Schlupp 41’, Zaha 80’

Huddersfield – Chelsea 0:3
Kante 34’, Jorginho 45’ (k.), Pedro 80’

Watford – Brighton 2:0
Pereyra 35’, 54’

Wolverhampton – Everton – mecz o 18:30

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Gonza

Tottenham miał dziś sporo szczęścia, ale to szczęście też jednak czasami się przydaje. Newcastle wyglądało dobrze, u siebie na pewno powalczą z każdym.
Trochę szkoda Huddersfield, pierwszą połowę mieli całkiem niezłą, do tego słupek. Bo Chelsea to jakoś super też nie zagrała.

JuvePerSempre

Szybki powrot po mundialu? 2 tygodnie wolnego i 2 tygodnie treningow to im za malo?

wpDiscuz

INNE SPORTY