Dlaczego Feyenoord zebrał takie baty?
Weszło

Dlaczego Feyenoord zebrał takie baty?

Trzeba przyznać, że ten wynik to był po prostu szok. Bywa, że Dawid sprytnie albo fartownie pokonuje Goliata, lecz tutaj wyglądało to inaczej. Dawid po prostu skuł Goliatowi mordę. Trenczyn już do przerwy prowadził 3:0 z Feyenoordem, w drugiej połowie dorzucił jeszcze jedną bramkę i żadnej nie stracił. Zdeklasowanie tak renomowanego przeciwnika jak mistrzowie Holandii z 2017 roku naprawdę zrobiło wrażenie na całej piłkarskiej Europie. Wyjaśnienia dla tej katastrofy poszukaliśmy wspólnie z Tomaszem Rząsą i Mariuszem Mońskim (Piłka w Holandii).

Oceniając sytuację z polskiej perspektywy, wypada trochę inaczej spojrzeć na dwumecz Trenczyna z Górnikiem Zabrze. Wydawało się, że klęska zabrzan w starciu wyjazdowym (1:4) to była sroga kompromitacja. Jeżeli chodzi o styl gry – faktycznie, można podtrzymać opinię, że był beznadziejny i niedopuszczalny. Wychodzi jednak na to, że ktokolwiek teraz do Słowaków w gościnę nie przyjedzie, ten powróci do domu z czterema bramkami w bagażu. Czy to Górnik, czy to Feyenoord. Dla gospodarzy bez znaczenia, komu mają akurat wklepać.

Zatem wynik 1:4 to tak na dobrą sprawę żaden wstyd. Po prostu rezultat dobrze oddający, gdzie w tej chwili jest Trenczyn, a gdzie Górnik.

W przypadku polskiego zespołu ekscytowaliśmy się jednak, że równie dobrze co 1:4, mogli oberwać 1:6, albo i jeszcze wyżej. Ponieważ rywale długimi fragmentami spotkania pozwalali sobie naprawdę na wielką swobodę i fantazję. Tylko że w przypadku Holendrów było dokładnie tak samo. Trójka w plecy do przerwy to był absolutnie najniższy wymiar kary.

– Ciężko znaleźć jakiekolwiek uzasadnienie aż tak słabej postawy – mówi Mariusz Moński. Mocno strapiony, bo jest nie tylko sympatykiem holenderskiego i belgijskiego futbolu, ale i kibicem Feyenoordu. – Nikt w klubie nie potrafi wyjaśnić, jak to się mogło stać. Oglądałem to spotkanie i Holendrzy wyglądali jak amatorska drużyna, trzecioligowy poziom. Zawodnicy mieli problem, żeby wymienić ze sobą dziesięć podań, nie tworzyli żadnego zagrożenia pod bramką Trenczyna. Natomiast gospodarze – co akcja, to pachniało golem. Naprawdę, jak najbardziej mogło wpaść drugie tyle bramek. Absolutny dramat. Tym bardziej niespodziewany, że dopiero co Feyenoord rozegrał całkiem przyzwoite spotkanie z PSV w meczu o superpuchar. Wygląda na to, że w przeciągu kilku dni zapomnieli, jak się gra w piłkę. 

– Fakt, że trener zabrał na Słowację skład mocno rezerwowy – dodaje Moński. Rzeczywiście, w wyjściowej jedenastce zabrakło choćby Robina van Persiego i Tonnyego Vilheny, zatem liderów zespołu. – Jednak wystąpiło również wielu zawodników z wyjściowej jedenastki. Graczy z dużym doświadczeniem. Nawet trener Gio nie potrafi wytłumaczyć tej klęski. Nie wie, jak to się stało. Ja bym tego brakami kadrowymi nie uzasadniał. W ogóle Feyenoord w europejskich pucharach na wyjeździe właściwie nigdy nie zwycięża, z ostatnich osiemnastu meczów wygrali tylko jeden. Spisują się w starciach wyjazdowych bardzo słabo, ale nigdy aż tak! Spodziewałem się porażki jedną bramką, lecz nie czegoś takiego. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć. Być może doszło do zupełnego zlekceważenia Trenczyna, bo postawa Holendrów świadczyła, że podeszli do tego meczu jak do sparingu. Drużyna tej klasy nie powinna sobie na coś takiego pozwolić.

Cóż tu można dodać – prześledźmy stracone przez Feyenoord bramki.

Wyczyny defensorów drużyny przyjezdnej wysadziły w powietrze nawet najbardziej wytrzymały kompromitacjometr. W całej Europie gorzej potrafi zagrać w tej chwili tylko Legia Warszawa. Nawet nie wiadomo, kogo wyśmiać najpierw. Czy Barta Nieuwkoopa za jego żenujący wyskok przy golu numer trzy, czy jednak Svena van Beeka za jego owocną współpracę z bramkarzem przy drugim trafieniu Trenczyna?

Nasz wybór pada na tego drugiego. Ostatecznie wychowanek Feyenoordu był w pewnym momencie swojej kariery dość mocno pompowany jako nadzieja na lepsze czasy nie tylko dla Rotterdamu, ale i całej reprezentacji Holandii. Powołanie do narodowej kadry dostał już jako 20-latek, w 2014 roku. Nigdy w niej jednak nie zadebiutował. Mistrzowski sezon 2016/17 spędził w gabinetach lekarskich i rehabilitacyjnych, a teraz sprawia wrażenie okrutnego koślawca.

– Półtora roku leczenia kontuzji zrobiło swoje, ale chłopak na wiosnę zdobył już miejsce w pierwszym składzie – dziwi się Moński. – Grał solidnie. Przeciwko PSV w superpucharze również wszystko było w porządku. Tylko tutaj nastąpiło zupełne odcięcie prądu.

Zatem nie należy wyciągać daleko idących wniosków po jednym fatalnym spotkaniu, ale gość maczał palce w zasadzie przy wszystkich bramkach rywali. Ofensywni zawodnicy Trenczyna jeździli po biednym van Beeku jak po łysej kobyle, zwłaszcza gdy udało im się go złapać jeden na jednego w okolicy linii bocznej boiska.

Trzeba pamiętać, że mówimy o rywalizacji czołowego klubu holenderskiego z piątym zespołem ligi słowackiej, który dopiero po dogrywce wygrał finał baraży o udział w eliminacjach do Ligi Europy. Jednak jeżeli ktoś w tym meczu pokazał techniczną, ofensywną, piękną piłkę, którą tradycyjnie kojarzymy z drużynami holenderskimi, to tylko Trenczyn. Swoją drogą, dowodzony przez Ricardo Moniza, naszego starego znajomego z Gdańska,  który urodził się właśnie w Rotterdamie. Trzeba temu szkoleniowcowi oddać, ze potrafi rozbudzić w swoich podopiecznych fantazję.

Wróćmy jednak do samego Feyenoordu, bo kolejna porcja zachwytów nad wyczynami słowackich klubów wpędzi nas już w skrajne kompleksy.

– Żaden nasz zawodnik nie zagrał na swoim normalnym poziomie – przyznał po meczu załamany trener przyjezdnych, Giovanni van Bronckhorst. – Zagraliśmy poniżej dolnej granicy. Nie graliśmy w sposób, w jaki potrafimy i pokazywaliśmy już na arenie międzynarodowej. Mogliśmy stracić jeszcze więcej bramek.

– Niech będzie jasne, że wszyscy, którzy byli na boisku, nie byli godni Feyenoordu – dodał Jordy Clasie, który nie może sobie wywalczyć miejsca w drużynie Southampton i trafił na wypożyczenie do swojego macierzystego klubu, a w haniebnym meczu eliminacyjnym zagrał nawet z kapitańską opaską na ramieniu. Clasie to kolejny z piłkarzy wychowanych na kultowym De Kuip, który nie do końca wcielił w życie pokładane w nim nadzieje. Luis van Gaal stawiał na niego w kadrze już sześć lat temu, nawet w meczach o punkty. Pojechał na mundial do Brazylii, zagrał od deski do deski w meczu o brązowy medal. A później klasyka gatunku – słabsza forma, zmiana trenera w drużynie Świętych, kontuzje, kłopoty w klubie. I trzeba się odbudowywać wśród znajomych doków Rotterdamu.

– Tylko co z tego, że Clasie udziela takiej wypowiedzi po meczu? – pyta retorycznie Moński, odnosząc się do wypowiedzi kapitana. – Spotkanie z Trenczynem zupełnie się wymknęło spod kontroli, ale teraz zobaczymy, co się wydarzy w kolejnym meczu ligowym. Czy to będzie jakaś forma odreagowania za tę porażkę i piłkarze udowodnią, że to był tylko niewytłumaczalny przypadek, czy jednak jakiś trend, świadczący, że w drużynie dzieje się coś złego?

– Gio van Bronckhorst już kilka kryzysów w klubie przetrwał. Nawet jego pierwszy sezon, 2015/16, był bardzo ciężki. Przytrafiła się seria siedmiu kolejnych porażek, najdłuższa w całej historii Feyenoordu – kontynuuje ekspert. – Mimo tego nie został zwolniony, dostał od klubu zaufanie i w sumie zdobył już pięć trofeów w ciągu swojej kadencji. Na porażki reaguje różnie, ale tutaj tak naprawdę nie ma za bardzo kogo karać, czy odsuwać od składu. Kilku zawodników, którzy wystąpili z Trenczynem to po prostu rezerwowi. Teraz w ich miejsce wejdą ci, którzy po prostu na Słowację nie pojechali. Wróci van Persie, Vilhena, Jorgensen, boczni obrońcy. Zobaczymy, jak oni się zaprezentują.

Gdyby zebrać do kupy kilka ostatnich sezonów, na czele rzecz jasna z tym mistrzowskim, to można pokusić się o stwierdzenie, że Feyenoord odżył. Znowu zaczął się regularnie liczyć w rywalizacji o krajowe laury.

Poprzedni sezon nie był jednak dla klubu z portowego miasta zbyt fortunny. O obronie tytułu mowy być nie mogło, choć weszli w rozgrywki z przytupem. Sięgnęli jednak po Puchar Holandii, tydzień temu dorzucili do klubowej gabloty kolejny superpuchar, czyli Tarczę Johana Cruyffa. W 2017 roku powrócili w Eredivisie na szczyt po raz pierwszy od 1999 roku. Wtedy ugrali majstra składzie z Dudkiem, Bosveltem, Tomassonem, Cruzem czy van Gastelem. Trochę wody w Mozie upłynęło od tego sukcesu.

xxl

Naprawdę długo musiał Feyenoord czekać na ten tytuł, ale to było tym razem raczej bardzo miłe zaskoczenie – mówi Tomasz Rząsa, który z De Stadionclub sięgnął po Puchar UEFA w 2002 roku. – Przed mistrzowskim sezonem nikt klubowi szans na taki sukces nie dawał. I skutki są widoczne. Drużyna wciąż nie jest gotowa na takie wyzwania jak granie co trzy dni na wysokim poziomie. Wydawałoby się, że Feyenoord mógłby pozwolić sobie na znacznie szerszą kadrę. Te braki kadrowe spowodowały, że poprzedni sezon był już mniej udany, zawodnicy bez europejskiego doświadczenia już takich wyzwań sportowych nie potrafili podźwignąć.

Podobnie uważa Moński. – Gra na wielu frontach rzeczywiście była wymagająca. PSV i Ajax szybko odpadły z europejskich pucharów, koncentrując się wyłącznie na lidze. Podobnie w pucharze Holandii. Główni rywale skupili się na walce o mistrzostwo, a Feyenoord walczył też o pozostałe trofea. Tymczasem holenderskie kluby dysponują wąską kadrą. Na dodatek w Rotterdamie posypała się cała defensywa i to akurat wtedy, gdy Feyenoord grał jeszcze w Lidze Mistrzów. Nie było kim grać, pogubili wtedy bardzo dużo punktów. W pewnym momencie strata do lidera w lidze była już tak duża, że na dobrą sprawę nie było o co walczyć.

Wpadka z Trenczynem dość wydatnie podsumowuje popisy holenderskich klubów na europejskich arenach, wyłączając rzecz jasna sensacyjny rajd Ajaksu aż do samiuśkiego finału Ligi Europy. Zachowując odpowiednie proporcje, bo wciąż należy mieć w pamięci choćby właśnie potyczki wspomnianego Ajaksu z Legią, Eredivisie przypomina dzisiaj polską ekstraklasę. Dopóki holenderskie kluby grają między sobą – wszystko wygląda fajnie. W rozgrywkach międzynarodowych jest z reguły słabiutko.

– Holenderskie kluby w europejskich pucharach prezentują się fatalnie od lat – uważa Moński. – Wynika to z faktu, że mają za dużą ligę jak na swoje możliwości. To jest jeszcze zaszłość czasów, gdy Eredivisie rzeczywiście była potężna. I kiedy ten rynek nie był aż tak drenowany przez kluby zachodnie. W tej chwili po prostu nie ma w kraju aż tylu porządnych zawodników, żeby można było utrzymać pierwszą ligę składającą się z osiemnastu zespołów.

– Oczywiście te mniejsze, słabsze kluby bronią się przed ewentualnymi zmianami w rozgrywkach. Ale niestety – dysproporcja między czołówką a dołem tabeli jest po prostu gigantyczna. Ajax i PSV niektóre mecze wygrywają po prostu na stojąco, bez wysiłku. To się przekłada na grę w europejskich pucharach. Spotykają się tam z pressingiem, z rywalami agresywnymi, silnymi fizycznie. Nie potrafią sobie z tym poradzić, bo są już przyzwyczajeni do spokojnej, powolnej gry – dodaje.

Szanse na awans Feyenoordu jawią się, co tu dużo gadać, jako zerowe. – Oczywiście kibic zawsze się łudzi – mówi bez entuzjazmu Moński. – Feyenoord pod wodzą van Bronckhorsta udowodnił, że na własnym stadionie potrafi wysoko wygrywać. Jednak po tym, co pokazali Słowacy, nie chce mi się wierzyć, żeby w Rotterdamie mieli nie strzelić żadnego gola. A jak strzelą, to strata jest już w ogóle nie do odrobienia. Mają bardzo szybkich napastników i gospodarzom raczej nie uda się tego skończyć na zero z tyłu.

Feyenoord od czasu fenomenalnego van Hooijdonka w Europie praktycznie nie istnieje, ale ta klęska również całej Eredivisie powinna zasygnalizować, w jakim kierunku ta liga zmierza. Jeżeli jest to kierunek zbliżony do polskiego, to trudno o bardziej donośny sygnał ostrzegawczy.

fot. Newspix.pl