Wygrana, ale bez telemarku
Anglia

Wygrana, ale bez telemarku

Pytanie „czy to wciąż czas przedsezonowych sparingów?” dość długo nie byłoby dziś bezzasadne. Premier League powróciła, ale trochę zajęło jej wybudzenie się z letniego snu. Ostatecznie jednak – jak to w Anglii – jedna iskra zdołała rozpalić emocje w końcówce i przybliżyć paru kibiców do przymusowej wizyty u kardiologa. Ostatecznie Manchester United otworzył sezon wygraną 2:1 z Leicester.

Skład w sparingu z Liverpoolem? Zły. Wyjazd Martiala, by być przy narodzinach dziecka? Zły. Transfery? Złe. Przygotowania do rozgrywek? Złe. Dużo było w ostatnim czasie negatywnych emocji wokół Czerwonych Diabłów, sporo spraw powodowało frustrację Jose Mourinho. Której Portugalczyk – jak to on – nie krył głęboko w sobie, a wylewał wiadrami.

Dlatego dziś pozytywne otwarcie było dla kibiców United tak ważne. By wreszcie mieć coś, na czym da się budować pozytywną narrację, skoro do tej pory było to zadanie niewiele prostsze od chwalenia Legii po Dudelange. Jose Mourinho nieprzypadkowo w międzyczasie wskoczył przecież do TOP 2 faworytów do błyskawicznego zwolnienia. Przez kilkadziesiąt godzin, po 1:4 z Liverpoolem, zasiadając wręcz na fotelu lidera.

Czy poza suchym wynikiem Czerwone Diabły zdołały grą napełnić serca fanów optymizmem? I tak, i nie. 

Tak, jeśli wziąć pod uwagę na przykład grę Erica Bailly’ego, który za każdym razem zdołał ustawić się tak, by krzywdy United nie zdołał zrobić świetny w sparingach Iheanacho. Tak, jeżeli ktoś miał wątpliwości, czy Paul Pogba w t-shircie klubowym będzie potrafił podtrzymać poziom z reprezentacji i czy odłoży na bok wszelkie niesnaski powstałe między nim a Mourinho.

Z kolei nie, jeśli ktoś liczył na porywający styl. Gary Lineker zażartował po szybkim golu Paula Pogby z karnego, że zawsze trudno gra się przeciwko zespołowi stawianemu na przegranej pozycji, gdy ten szybko strzela bramkę i później parkuje we własnym polu karnym autobus. Bo tak niestety było przez niemal całą pierwszą połowę, gdy Leicester przez ładne dwa kwadranse nie schodziło praktycznie z połowy United. 

Nowy nabytek Lisów James Maddison pokazał w tym czasie, że nieprzypadkowo na wjeździe dostał „dychę” na koszulce. To on zresztą miał najlepszą okazję do wyrównania, gdy jego uderzenie z kilkunastu metrów musiał do boku zbijać De Gea. Świetnie wyglądały też w ofensywie skrzydła Leicester – raz za razem na karuzelę na lewym skrzydle wrzucali Matteo Darmiana Ben Chilwell do spółki z Demaraiem Grayem, a po prawej stronie całkiem udanie próbował dotrzymywać im tempa Ricardo Pereira.

Tu, gdzie tkwiła najgroźniejsza broń Leicester w ataku, był jednak również największy problem tej drużyny w obronie. Prawą flankę za plecami Pereiry zabezpieczał bowiem Daniel Amartey, który już na samym początku meczu odbił piłkę ręką we własnym polu karnym, później – jakby stłamszony tą niefortunną interwencją – grał piekielnie niepewnie. A i Pereira ma swoje na sumieniu, bo przy golu Luke’a Shawa dał się lewemu obrońcy United ograć we własnym polu karnym, wcześniej pozostawiając mu lukę na swojej stronie.

Tak właśnie zrobiło się 2:0 dla United, choć po prawdzie taki rezultat powinien się znaleźć na tablicy wyników nieco wcześniej, gdy z asysty okradł Alexisa Sancheza Romelu Lukaku. Belg znalazł się oko w oko z Kasperem Schmeichelem, jednak uderzył w taki sposób, że Duńczyk był w stanie przenieść jeszcze piłkę ponad poprzeczką.

Tak po prawdzie trudno jednak też powiedzieć, że – mimo dwóch goli i wspomnianej setki Lukaku – Czerwone Diabły musiały wygrać. Nie, szczerze powiedziawszy, to żaden kierunek wyniku w tym meczu nie mógłby być po jego przebiegu odbierany jako zaskoczenie. Bo wspomniany strzał Maddisona. Bo w drugiej połowie mieliśmy choćby sytuacyjne uderzenie Graya po wrzutce Vardy’ego. Albo też niecelny wolej napastnika reprezentacji Anglii kilka metrów przed bramką De Gei.

Koniec końców Lisom udało się dopiąć swego i pozbawić Hiszpana czystego konta. Bardzo aktywny Pereira, wycofany po zdjęciu Amarteya do obrony, drugi raz w krótkim czasie spróbował dograć z głębi pola do Vardy’ego, trafiając w słupek i dając swojemu snajperowi szansę na skuteczną dobitkę pewnie z mniej niż metra. Do remisu zabrakło jednak celnego strzału Schmeichela po ostatnim akordzie spotkania – rzucie rożnym z lewej strony boiska.

Gdyby to były skoki narciarskie, napisalibyśmy, że zawodnik w diabelsko czerwonym kombinezonie oddał skok bez gracji w locie i lądował na dwie nogi. Ale przy tym wystarczająco daleki, by pokonać rywala. Na początek dobre i to.

Manchester United – Leicester City 2:1

Pogba 3′(k.), Shaw 83′ – Vardy 90’+2′

fot. FotoPyK