Stanowski: Czy leci z nami pilot? Część druga, pewnie nie ostatnia.
Blogi i felietony

Stanowski: Czy leci z nami pilot? Część druga, pewnie nie ostatnia.

1 sierpnia Dariusz Mioduski zwolnił trenera lub raczej kogoś, kto wcześniej dzięki splotowi dziwnych okoliczności (czytaj: przypadkiem) na stołku trenera wylądował. Zawsze mi się wydawało, że jeśli zwalniasz, to za moment zatrudniasz, a w idealnym świecie od razu masz kogoś gotowego, kto czeka w pokoju obok. W normalnych klubach prowadzony jest skauting trenerski i są warianty A, B oraz C na wypadek, gdyby w niewyjaśnionych okolicznościach wszystko się zawaliło.

Dziesięć dni później Legia dalej trenera nie ma i w tzw. międzyczasie zdążyła zanotować haniebną porażkę z rywalem z Luksemburga. Mioduski konsekwentnie wychodzi z założenia, że trener nie ma znaczenia, czym doprowadził klub do sportowej oraz finansowej zapaści, której rozmiary dopiero możemy poznać. Przegrane dwumecze z mistrzem Kazachstanu, Mołdawii, Słowacji oraz – być może – Luksemburga to czarny okres w najnowszej historii klubu. Granica wstydu przesuwa się coraz mocniej, a najczęściej powtarzanym hasłem – niby optymistycznym – jest coś o dnie i odbijaniu się. Jako że jest lato to da się bez problemu spotkać ratownika przy jakimś akwenie wodnym. On chętnie wytłumaczy, że znacznie częściej ludzie na dnie osiadają niż się od niego odbijają.

Dla Mioduskiego Legia miała być PR-ową trampoliną w świecie biznesu, na razie jest kulą u nogi. Klub nie ma innej twarzy niż utrapiona twarz prezesa. Nie ma mocnego trenera, nie ma dyrektora sportowego, w ogóle dla osób z zewnątrz nie ma nikogo, oprócz coraz bardziej bladego Mioduskiego. W łeb wzięły wszystkie założenia, nawet te piękne i puściutkie hasełka, że klubem nie mogą rządzić kibice – niedawno nakazali zmianę spikera. Kryzysy da się dostrzec we wszystkich działach, może za wyjątkiem tego od social media, ale pomysłowymi filmikami jeszcze nikt niczego nie wygrał. Ile pieniędzy przynieśli do klubu piłkarze przez ostatnie 1,5 roku? Ile pieniędzy przyniosły umowy sponsorskie? Jaki dochód wygenerowano ze sprzedaży własnych produktów? Ile pieniędzy przynoszą dni meczowe? Ile lóż jest niesprzedanych? W czym Legia jest lepsza niż była, bo przecież plan był taki – i szumne zapowiedzi – że będzie.

Ale wróćmy do trenera… W czasach ciemnych, czyli wtedy gdy Bogusław Leśnodorski i Maciej Wandzel prowadzili Legię prosto w stronę przepaści, a Dariusz Mioduski cichutko pod nosem i w samotności protestował, coś tam działało. Gdy zwolniono Jana Urbana, od razu zatrudniono Henninga Berga. Gdy zwolniono Berga, od razu zatrudniono Czerczesowa. Gdy nie przedłużono umowy z Czerczesowem, od razu zameldował się Besnik Hasi. A gdy Besnika Hasi został zwolniony, od razu zakomunikowano, że teraz czas na Jacka Magierę i tylko po to, by rozstał się z dotychczasowym pracodawcą na jeden ligowy mecz drużynę powierzono Vukoviciowi. Trenerzy bywali lepsi i gorsi, ale w zakresie ich zmian panowała względna normalność – czyli stanowisko zawsze było obsadzone.

Teraz na chwilę (?) na konia wsadzono Aleksandara Vukovicia, który zdążył zebrać brawa za zaprowadzenie porządku na Twitterze oraz gwizdy za totalny rozpiździel na boisku. Zdaje mi się – ale to tylko moja skromna hipoteza – że wariant odwrotny (gwizdy za Twittera, brawa za boisko) byłby dla Legii znacznie bardziej korzystny. Tylko że łatwiej walczyć z wyimaginowanymi wrogami na konferencji dzień przed meczem, niż z rzeczywistym rywalem podczas meczu. Vuković zachowuje się trochę tak, jakby nie dostrzegał różnicy między bitewkami, których nie warto toczyć, a wojnami, które trzeba wygrywać. Przypomina mi trochę bardzo wczesnego Michała Probierza, tylko nie wiem, czy jest w stanie się zmienić i nabrać szkoleniowej powagi.

Ale do Vukovicia pretensji nie mam. Wydaje mi się, że po prostu nikt go do roli nie przygotował i wręcz robi się mu krzywdę. To zawsze był człowiek emocjonalny, za to go tak wiele osób lubi. Tylko że emocje to za mało. Emocje czasami przeszkadzają.

W zasadzie problemy tej natury przewidział sam… Mioduski. Kilka miesięcy temu o Vukoviciu i o tym, dlaczego to nie on przejął Legię, tylko Klafurić, powiedział: – Vuković jest częścią Legii, jej sercem. Ale potrzebujemy głowy. Głowy i serca.

Nie podobały mi się te słowa, bo wyczuwałem zdeprecjonowanie inteligentnego człowieka, za jakiego uważam Aleksandara. Ale może były trafne w zakresie proporcji korzystania z obu organów. W każdym razie Mioduski nie tak dawno nie widział w Vukoviciu nawet tymczasowego trenera, a teraz go nim zrobił w okresie kluczowym dla budżetu klubu, co jasno pokazuje, że prezes Legii działa bez jakiegokolwiek planu i bez chociażby szczątkowej konsekwencji. O jakim zresztą planie mowa, skoro zawodnik z powodzeniem występujący w reprezentacji Polski na lewej obronie nie gra w meczu o LE, ponieważ mu zakazano, a wystawia się kogoś, kto na tej pozycji nigdy nie występował – i masz ci los, akurat z tego sektora idzie bramkowa akcja… Może być więc tak, że klub chcąc wypchnąć piłkarza i zaoszczędzić na jego kontrakcie, straci kilkukrotność tej sumy, a piłkarza i tak nie wypchnie.

Napisać, że Legia jest dzisiaj chybotliwa, to nic nie napisać. Jeśli nie uda się awansować do fazy grupowej Ligi Europy, Dariusz Mioduski bardzo zbliży się do momentu, w którym będzie musiał znaleźć kupca na przynajmniej część udziałów. Ale sprzedawanie w kryzysie, z desperacji i z nożem przy gardle to nigdy nie jest dobry moment… W zasadzie to od osób zorientowanych można usłyszeć, że dzisiaj nie będzie chętnych, by przejąć udziały nawet za symboliczną kwotę, bo tam potrzeba ze 100 milionów złotych na terapię, by pacjent nie wyzionął ducha i stanął mocniej na nogach.

KRZYSZTOF STANOWSKI