Zamknięto kopalnie, otwarto kopalnie talentów. Genk przykładem dla wielu
Weszło

Zamknięto kopalnie, otwarto kopalnie talentów. Genk przykładem dla wielu

Klub z wcale nie największego miasta w swoim kraju co roku sprzedaje za wielkie pieniądze piłkarzy do czołowych lig europejskich, a fani tej drużyny przebąkują, że władze skupiają się na promowaniu i sprzedaży młodych zawodników, gdy tymczasem gablota stoi niemal pusta. Mowa o Lechu Poznań? Nie. Poznajcie KRC Genk, rywala Kolejorza w Lidze Europy. Co ma wspólnego z Racingiem Edward Gierek? O czym mówi „zasada jednej pary butów” w akademii? Ilu skautów zatrudnia Genk?

Cztery pełnowymiarowe boiska trawiaste, jedna pełnowymiarowa płyta ze sztuczną murawą i jedno boisko w pełni zadaszone, zdatne do korzystania przez 365 dni w roku. Obok stadion skrojony na potrzeby klubu (choć może nawet ciut za duży), który może pomieścić niespełna 24 tysięcy widzów. Do tego siłownia, pokój do relaksu, sala odpraw, pomieszczenie do odnowy biologicznej. Na obiektach akademii Genk (zwanej też akademią talentów Josa Vaessena, prezesa klubu od 2004 roku i honorowego prezesa akademii) trenuje łącznie jedenaście grupy młodzieżowych – od U7 do U16, ponadto zespół rezerw i juniorów starszych w jednym.

Nad wszystkim pieczę sprawuje Roland Breugelmans, dyrektor szkolenia. To on wytycza ścieżkę, którą podążają trenerzy i to on maczał palce w tworzeniu programu szkolenia, z którego chcą czerpać w całej Belgii. To on koordynuje pracę działu skautingu, w którym pracuje – UWAGA! – 21 osób. To nie pomyłka – w skautingu młodzieżowych Genk jest zatrudnionych lub współpracuje z klubem ponad 20 łowców talentów. W Genk twierdzą, że nie mają złotego środka na wychowywanie świetnych piłkarzy, a mimo to puścili w świat chociażby Kevina de Bruyne, Thibaut Courtois, Yannicka Carrasco, Christiana Benteke i wielu innych. Talenty z akademii Racingu zjeżdżają jak ekskluzywne gadżety z taśmy produkcyjnej. Ale lista jest dłuższa – Breugelmans trzyma w swoim biurku spis piłkarzy, którzy przewinęli się przez Genk i dziś grają w topowych ligach świata. Na rozpisce widnieje ponad 50 nazwisk. Kluby, w których grają wychowankowie KRC – Chelsea, Lazio, Napoli, Manchester City, Bayer, Leicester…

Potrafimy wprowadzać piłkarzy szybko i sprawnie do pierwszego zespołu, mamy dobry system szkolenia i adekwatną do naszych aspiracji bazę szkoleniową, ale skłamałbym mówiąc, że nie mieliśmy szczęścia. W pewnym momencie trafiło nam się złote pokolenia, to prawda. W krótkim czasie trafili się nam de Bruyne, Courtois, Benteke i Carrasco, więc muszę przyznać, że to był fart. Ale jedno, to trafić perełkę, a drugie, to umieć z nią pracować – twierdzi dyrektor szkolenia.

Czy potrafią? Efekty widać w klubowej kasie i w klasie zawodników oddanych światu. A przecież zdarzały się problemy. Taki de Bruyne był bliski tego, by wylecieć z akademii. Miał trudny charakter, nie chciał dzielić się piłką, w każdym temacie miał inne zdanie niż trener. – Co roku w kwietniu wystawiamy piłkarzom oceny w wielu aspektach. Pod koniec pierwszego i drugiego sezonu Kevina w klubie byli ludzie, którzy byli w stanie pozwolić mu odejść. Ale za każdym razem zostawali przegłosowani, bo wiedzieliśmy, że Kevin jest dzieckiem specyficznym, a przy tym bardzo, ale to bardzo utalentowanym. Postawiliśmy na pracę z jego trudnym charakterem i to przyniosło efekty – wyjaśnia Patrick Janssens, były dyrektor generalny klubu.

***

genk09

Zwróćcie uwagę na obuwie dziewięciolatków z Genk. Ani jednego chłopaka w białych, żółtych, pomarańczowych, bladoróżowych butach. Zero błyskotek, irokezów i korków strzelających laserami. Najbardziej ekstrawaganckie na tych zdjęciu są okulary w klubowych barwach chłopca z lewej w dolnym rzędzie i tego z prawej stojącego w rzędzie środkowym. – Chłopcy już jako 10- czy 11-latkowie dostają darmowe buty od wielkich koncernów. Białe, różowe, pomarańczowe. W porządku, ale co z tego? Możesz mieć buty niczym z wybiegu mody, ale liczy się to, jak grasz. Dlatego prosimy rodziców o to, by rozmowach ze sponsorami albo na zakupach wybierali czarne obuwie. Klasyka. Grasz tak, jak potrafisz, a buty to sprawa drugo-,  a nawet trzeciorzędna. Co z tego, że masz w torbie trzy pary korków, skoro grać możesz tylko w jednych? – pyta Breugelmans. Ten zespół ze zdjęcia nie jest wyjątkiem. Nawet wystraszona grupa siedmiolatków (w sztabie – trener i dwie opiekunki) nosi czarne obuwie.

***

Tak wygląda sztab szkoleniowy w akademii Genk. Trzech trenerów w grupie U9, osobny trener do techniki i dla napastników, dwóch analityków wideo...

Tak wygląda sztab szkoleniowy w akademii Genk. Trzech trenerów w grupie U9, osobny trener do techniki i dla napastników, dwóch analityków wideo…

Sukces Genku to po części pokłosie rewolucji w szkoleniu, które w Belgii rozpoczęło się od 1998 roku. Blamaż w fazie grupowej na francuskim mundialu sprawił, że Belgowie stworzyli nowy program szkolenia, centrum piłkarskie w Tubize, szkołę trenerów. Nastąpiła eksplozja fachu trenera – po uwolnieniu kursów spod rąk federacji nagle na zajęcia zapisało się około dziesięciokrotnie więcej osób niż wcześniej. Do tego rozpoczęto certyfikację akademii przez firmę Double Pass. Werner Helsen, były piłkarz i trener, a wówczas profesor uniwersytetu, rozpoczął badania na temat metodologii treningów. Michel Sablon, koordynator tamtego projektu, twierdzi, że badania futbolu młodzieżowego w Belgii obejmowało 1500 meczów w różnych grupach wiekowych. – Wiedzieliśmy, że wszystko zaczyna się od nauki. Chcieliśmy mieć w rękach dowody, a w głowie przekonaniu, że nie kroczymy po omacku – mówi.

W Genk nikt nie twierdzi, że praca federacji nie ma wpływu na ich akademię, lecz zarówno Genk, jak i Anderlecht, ale i inne szkółki klubowe, dostosowują wytyczne „z góry” do swojej filozofii. – Dlatego nie podoba mi się federacja, która wchodzi i mówi „sukces reprezentacji to wynik systemu naszych szkół sportowych”. No nie. Każdy dał coś temu reprezentantowi, którego oglądamy w telewizji. Klub, rodzina, federacja. Nie można przypisywać wszystkich zasług cudownej reformie. Nie budujemy piłkarzom zamków z piasku. Tu nie ma żadnej tajemnicy, drzwi akademii Genk są otwarte dla tych, którzy szukają wiedzy. Jest ciężka praca, dzień po dniu – twierdzi dyrektor szkolenia Genk.

***

Akademia Genk (fot. www.krcgenk-jeugd.be)

Akademia Genk (fot. www.krcgenk-jeugd.be)

Dzięki „success story”, czyli udanej sprzedaży kilku wychowanków do mocnych klubów europejskich, Genk zyskało markę, która przyciągają nie tylko dzieciaków z regionu, ale i znacznie łatwiej przekonać do przenosin piłkarzy ze Skandynawii, Bałkanów, Afryki czy Ameryki Południowej. To na te cztery sektory szczególny nacisk kładą w Racingu jeśli chodzi o skauting. – Dzięki wielkim nazwiskom jak de Bruyne, Courtois, Carasco, Casteeles teraz łatwo Genkowi przekonać młodych zawodników do siebie. Obiecujący piłkarze wiedzą, że gdzie jak gdzie, ale w Genk dostaną swoją szanse w pierwszym zespole. To filozofia tego klubu. Rodzice tych kandydatów na piłkarzy też o tym wiedzą – tłumaczy nam Sven Claes, dziennikarz lokalnego „Het Belang van Limburg”.

Tezę Claesa rozwija Luka Zarandia, obecnie piłkarz Arki, który w Genk spędził dwa lata. – Tam jest zawsze kilku piłkarzy na jedną pozycję, ale jak się dobrze pokażesz, to dadzą szansę. To jest ogromna okazja dla każdego piłkarza, zwłaszcza dwudziestoletniego, żeby wybić się potem jeszcze wyżej. Przede wszystkim mają tam dużo pieniędzy, mają kontrakt z Mercedesem, więc zapewniają auto, mieszkanie, wszystko na najwyższym poziomie – opowiada Gruzin.

To prawda. Nawet na belgijskie standardy udało nam się osiągnąć sukces w postaci marki. Ten sukces zwiększa nasze możliwości pod względem przyciągania talentów z zagranicy – potwierdza Janssens.

***

genk

Skauci rozsiani po całym świecie ściągają do Belgii piłkarzy różnych narodowości, więc siłą rzeczy w szatni Genk tworzy się międzynarodowy tygiel. Gdyby dziś po treningu każdy z zawodników Racingu wyłoży na stół swój paszport, to rozpisalibyśmy listę na ponad 20 narodowości. – Jak znasz angielski, to dogadasz się ze wszystkimi. Kiedy ja tam byłem, to członkowie zespołu pochodzili z siedemnastu różnych krajów. Jeżeli jesteś takim typem, że nie siedzisz gdzieś w kącie, tylko pogadasz, pożartujesz, to szybko się zaaklimatyzujesz – przyznaje Zarandia. Taki Kalidou Koulibaly został wyciągnięty z drugiej ligi francuskiej, Wilfreda Ndidi wypatrzono na piaszczystym boisku w Nigerii, a Sergeja Milinkovicia-Savicia znaleziono w serbskiej ekstraklasie. 

Jeśli piłkarz przychodzi do Genk już jako zawodnik pełnoletni, to na ogół zostaje ulokowany w mieszkaniu i wysyła się go na kurs języka angielskiego (o ile oczywiście go nie zna). Młodsi piłkarze trafiają do miejscowych rodzin, które de facto stają się ich wychowawcami.

Adaptacja przebiega bezproblemowo, ale swoje musisz wywalczyć na boisku. – KRC ma 2-3 graczy na każdą pozycję. Konkurencja jest duża. Tutaj musisz walczyć o swoje miejsce, ale niedawno jeden z piłkarzy potraktował to zbyt dosłownie… Mniejsza o to. Dla fanów Genk ważne jest, by mieć młodzież w pierwszym składzie. Chcą to zobaczyć. A co do tygla narodowości, to taka jest już ewolucja piłki. W silnych klubach europejskich masz dziesięciu obcokrajowców w składzie i jednego lokalnego piłkarza. Tak już jest – wyjaśnia Claes.

***

Sprzedawać to w Genk potrafią (Transfermarkt)

Sprzedawać to w Genk potrafią (Transfermarkt)

Genk dotyka jednak pułapka klubu zaszufladkowanego w modelu „znajdź, wypromuj, sprzedaj”. Właściwie co roku z klubu odchodzi gwiazda zespołu, drużynie brakuje stabilizacji, z szatni ciągle ktoś wychodzi i co chwilę ktoś do niej dołącza. – Czy uważamy się za „klub sprzedażowy”? Nie taka jest nasza ambicja i cel, lecz taka jest rzeczywistość – wyjaśniał Janssens, którego w klubie już nie ma, ale który był głównym rzecznikiem Genk na arenie europejskiej: – Uważamy się za klub-uniwersytet, który kształci piłkarzy o wysokiej jakości. Naszym priorytetem jest jednak dawania radości kibicom, a to w głównej mierze przynoszą trofea i sukcesy.

Niestety klub z Limburgii ostatnie mistrzostwo święcił w sezonie 2010/11. Genk lepiej radzi sobie w pucharach – w sezonach 2012/13 i 13/14 wyszli z grupy Ligi Europy, a wcześniej grali w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Ale poza tym klubowa gablota nie imponuje – w XXI wieku „Smerfy” tylko trzykrotnie zajmowali miejsca na podium i dołożyli do tego dwa puchary krajowe (ostatni w 2013 roku).

Nie możesz każdego roku sprzedawać najlepszych piłkarzy i jednocześnie bić się o mistrzostwo. Musisz trzymać zespół w ryzach, tak jak w ostatnim sezonie, by dopiero wtedy mierzyć wysoko. Przed rokiem tylko Timothy Castagne przeniósł się do włoskiej Atalanty, ale głównie dlatego, że Włosi aktywowali jego klauzulę transferową. Tego lata każdy może jeszcze odejść, choć póki co spektakularnych transferów z Genk jeszcze nie było. Każdy piłkarz i każdy kibic chce sukcesów, a w tym wypadku to trudna sytuacja, bo KRC sprzedaje piłkarzy za świetne pieniądze – opisuje belgijski dziennikarz.

Już dziś mówi się, że przed końcem okna transferowego klub mogą opuścić Trossard, Pozuelo, Berge czy Malinowskij. Strata choćby jednego z nich byłaby poważną wyrwą w składzie Genk. Za Berge’a klub może dostać nawet 15-20 milionów euro, Pozuelo to kolejne osiem baniek, za Trossarda czy Malinowskijego też będzie trzeba zapłacić koło dyszki.

Ale dziś Genk to prawdopodobnie druga najsilniejsza kadra w kraju. – Wydaje mi się, że nawet silniejsza od Anderlechtu, a słabsza jedynie od Club Brugge – twierdzi Mariusz Moński z portalu Retro Futbol, ekspert od ligi belgijskiej i holenderskiej. – Tak naprawdę odszedł tylko Omar Colley do Sampdorii, a cały kręgosłup drużyny został zachowany. Wśród najlepszych pomocników ligi śmiało znalazłoby się miejsce dla trójki z Genku. To z pewnością zespół lepszy od Utrechtu, z którym Lech mierzył się przed rokiem. 

Moński przestrzega lechitów przed faulowaniem rywali w okolicach pola karnego. – A nawet nieco dalej od „szesnastki”. Malinowskij i Pozuelo fantastycznie biją rzuty wolne. Ukrainiec w ostatnim meczu ligowym z St. Truiden czterokrotnie uderzał ze stałego fragmentu gry i mało brakowało, a zdobyłby cztery gole. Niesamowity młotem w lewej nodze. Obejrzyj skrót, to przekonasz się o czym mówię – zapewnia. No to sprawdzamy i już współczujemy Buriciowi lub Putnockiemu:

– Pozuleo też potrafi przymierzyć z rzutu wolnego, choć on jest prawonożny i uderza bardziej technicznie. Hiszpan to ligowa czołówka wśród pomocników. W kontrakcie ma klauzule wynoszącą osiem milionów euro, pytali już o niego Niemcy, ale jemu marzy się powrót do kraju – mówi nasz rozmówca: – Trossard to z kolei skrzydłowy, na ten moment prawdopodobnie najlepszy Belg grający w lidze. Genk gra ofensywny futbol, no i wreszcie ma trenera z prawdziwego zdarzenia. Philippe Clement to reprezentant tej młodej generacji trenerów. Dwa lata temu w Beveren zrobił coś z niczego, a na koniec sezonu rozkupiono mu całą drużynę, a wreszcie Genk kupiło także jego. Ma bardzo dobrą opinię w kraju. Zresztą podpytajcie o niego Kubę Piotrowskiego, pewnie powie znacznie więcej.

No to pytamy:

Świetny trener, widać po nim to świeże zacięcie, wiele nowoczesnych metod treningowych. Widać, że to wykształcony szkoleniowiec z dobrym warsztatem. Przy tym lubi rozmawiać z zawodnikami, tłumaczyć to, czego wymaga. No i preferuje ofensywny styl gry, co mi akurat odpowiada – mówi Polak grający w Genk.

Czy Genk ma jakieś słabe strony? Oczywiście, że ma – gdyby nie miał, to nie grałby już w II rundzie eliminacji do Ligi Europy, tylko szykowałby się do walki w Lidze Mistrzów. – Przebudowana obrona, z której co prawda wypadli Colley i Brabec, ale są Aidoo, który jednak ma problemy z trzymaniem linii, oraz mało zwrotny Dewaest. No i w początkowej fazie sezonu są nieskuteczni. Stwarzają sobie dużo sytuacji strzeleckich, ale relatywnie do tego strzelają mało goli. Już w lidze pokazali, że idzie urwać im punkty, bo w miniony weekend zremisowali w derbach z St. Truiden mimo tego, że mieli mnóstwo okazji strzeleckich – zaznacza Moński.

***

Ludzie Genk - od lewej wiceprezes Cilissen, dyrektor Croonen, dwa członkowie zarządu oraz trener Clement

Ludzie Genk – od lewej wiceprezes Cilissen, dyrektor Croonen, dwa członkowie zarządu oraz trener Clement (fot. Newspix)

To właśnie St. Truiden jest lokalnym rywalem Genku. I też klubem, który niejako podbiera mu kibiców. Dopóki nie szło im zbyt dobrze, to Racing cieszył się dobrą frekwencją, bo na jego mecze zjeżdżali się ludzie z całego regionu. Teraz z frekwencją jest problem, bo choć średnia liczba widzów wynosi na ogół kilkanaście tysięcy, to w klubie nie są z tego zadowoleni. Stąd np. takie akcje, jak ta na mecz z Kolejorzem – karnetowcy wejdą na to spotkanie za darmo.

Genk to bowiem klub stosunkowo młody. W tym roku obchodzi bowiem 30-lecie, a powstał z połączenia Waterschei, które grało swego czasu w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, z Winterslag. Samo Genk jest stosunkowo małym miastem – żyje tu około 60 tysięcy osób. Większość piłkarzy i tak żyje w innych miastach, tak jak chociażby Piotrowski.

Sama Limburgia też nie należy do najbogatszych regionów w tym kraju. – To biedny rejon. W latach ’90 zamknięto kopalnie mieszczące się niedaleko miasta, a kilka lat temu wycofały się stąd wielkie firmy jak np. Ford. Zamknięto zakłady pracy, wzrosło zatem bezrobocie i wiele osób zostało bez źródła utrzymanie. To ma swoje przełożenie na ceny biletów, bo te są relatywnie niskie w porównaniu do innych wielkich klubów w Belgii. Dlatego sam KRC dąży do tego, by scalać tę społeczność, prowadzi akcje mające prowadzić do zrzeszania mieszkańców wokół klubu. Genk to klub ludzi, a kibice mają dużo do powiedzenia w kwestii polityki jego budowania. Prezesi i dyrektorzy naprawdę ich słuchają – objaśnia Sven Claes. W kopalniach, o których mówi dziennikarz, przed laty pracował… Edward Gierek.

To także na filarze społecznym skupiał się był dyrektor Janssens: – Rozwijaliśmy się stopniowo, ale zawsze utrzymywaliśmy swoją strukturę, a zatem nikt nie może sprzedać klubu w ręce bogacza, ani żaden bogacz nie może go kupić. Nikt też nie wyciąga pieniędzy z KRC Genk w postaci dywidend. W przeszłości było to normalne, ale dziś ten klub jest w pewnym sensie wyjątkiem pod tym względem.

***

(fot. Newspix)

(fot. Newspix)

Lech spotka się zatem z klubem, który w pewnym sensie jest podobny do niego. W Genk – podobnie jak w Poznaniu – stawia się na lokalny patriotyzm i próbuje tworzyć się więź między klubem, a społecznością z całego regionu. Obie ekipy łączy też fakt, że lepiej ostatnio radzą sobie z wychowywaniem i sprzedażą swoich wychowanków niż ze zdobywaniem trofeów. No i zarówno w Limburgii, jak i w Poznaniu, kibice mają pretensję do władz o taki model funkcjonowania klubu. Oba zespoły przed kilkoma laty zapisały też ładną kartę w europejskich pucharach.

Ale wszystko wskazuje na to, że poznaniacy zmierzą się z zespołem przynajmniej o klasę lepszym. I to zarówno pod względem czysto piłkarskim, jak  i marki wypracowanej w Europie. Lech póki co może chwalić się Linettym, Kownackim, Kędziorą, Bednarkiem czy przyłożeniem ręki do rozwoju Lewandowskiego. A Genk posłał już tyle swoich dzieci w świat, że trudno ich zebrać nawet w jednej jedenastce.

DAMIAN SMYK

źródła: canofootball.com, goal.com, guardian.com