Po obronionym karnym Messiego kilka dni schodziłem na ziemię
Weszło Extra

Po obronionym karnym Messiego kilka dni schodziłem na ziemię

Gdy miał czternaście lat, uległ na snowboardzie wypadkowi, przez który kolejnych pięć lat w piłce praktycznie stracił. Trenował w śmierdzącej końskimi plackami stajni, w warunkach dalekich od tych, jakie mają dziś jego młodsi koledzy po fachu. Był bliski rzucenia futbolu, gdy zawalił jedyny mecz sezonu, w jakim wystąpił – akurat ten decydujący o awansie do 2. ligi. W pełni zawodowym piłkarzem został dopiero jako 29-latek.

Dziś Hannesa Halldorssona znacie jako tego, który w swoim debiucie na mundialu obronił uderzenie Leo Messiego z rzutu karnego. Mało kto ma jednak świadomość, jak ogromnym wysiłkiem okupiona była droga do absolutnego punktu kulminacyjnego jego kariery. W rozmowie z Weszło islandzki bramkarz Karabachu Agdam opowiada, jak z gracza odrzuconego na testach przez klub z islandzkiej trzeciej ligi stał się tym, który na dwóch kolejnych wielkich turniejach zatrzymał najpierw Cristiano Ronaldo, a później Leo Messiego.

***

Gdybyś dostał zlecenie na nakręcenie 30-sekundowego trailera do filmu o twojej historii, co byś w nim umieścił?

30 sekund to bardzo mało, dlatego pewnie zmontowałbym go z krótkich scen i muzyki, na pewno dużo by się w nim działo. Sporo treningu, trudnych momentów z moich młodych lat, kiedy musiałem zmierzyć się z wieloma trudnościami. Na pewno byłoby to coś, co pokazuje moją drogę aż do punktu kulminacyjnego, czyli pewnie tego rzutu karnego Messiego. 

A jako podkład muzyczny?

Myślę, że wybrałbym coś, czego słuchałem za młodu, muzykę elektroniczną. Uwielbiałem Chemical Brothers, poszedłbym pewnie w tym kierunku. Szukałbym jakiegoś optymistycznego beatu, może właśnie Chemical Brothers, może Daft Punk.

Twoje młode lata to dorastanie w Breidhold. Jak spędzałeś czas, gdy nie grałeś w piłkę?

Oczywiście robiłem filmy, pierwszy nakręciłem i zmontowałem mając dwanaście lat, niesamowicie pochłonęła mnie ta pasja. A poza tym? Byłem normalnym nastolatkiem – wychodziłem ze znajomymi, umawiałem się z dziewczynami z sąsiedztwa, jeździłem na desce, na snowboardzie. Jak każdy nastolatek.

Snowboard niemal zakończył twoją piłkarską karierę nim na dobre się zaczęła.

Miałem czternaście lat, gdy miałem wypadek na desce. Przez to nie mogłem przez pięć lat grać w piłkę, ale szczerze mówiąc, cieszę się, że to się wydarzyło. Może właśnie dzięki tamtemu zdarzeniu stałem się tym, kim jestem. Gdyby nie to, mogłoby się stać coś jeszcze gorszego, mógłbym obrać inną drogę. Możesz patrzyć na mnie jak na dziwaka, ale to był w pewien sposób najszczęśliwszy moment w moim życiu.

Co konkretnie się wydarzyło?

Mój tata, dokładnie tak jak ja, uwielbia rywalizację. On był na nartach, ja na desce i gdy wjeżdżaliśmy wyciągiem na górę, zdecydowaliśmy się pościgać. Zboczyliśmy z trasy, pojechaliśmy poza nią, co nie było zbyt rozsądne. W pewnym momencie góra… zniknęła. Spadliśmy z jakiegoś klifu. Ojciec skończył ze zmiażdżonym kciukiem, ja ze zwichniętym barkiem. Nie mogłem się poruszyć, ojciec musiał zjechać po lekarzy, by ściągnęli mnie na dół.

Co było dalej?

Straciłem najważniejsze lata szkolenia dla młodego piłkarza. Od kiedy zwichnąłem bark, cały czas próbowałem wrócić do grania. Kilka miesięcy po wypadku pojawiłem się na treningu, ćwiczyłem przez dwa miesiące, po czym znów go zwichnąłem. Mija rok, raz jeszcze próbuję, raz jeszcze zwichnięty bark. Cztery kolejne lata to były nieustanne próby powrotu, które kończyły się odnowieniem tamtego urazu. Byłem tym zmęczony, poddałem się operacji mając dziewiętnaście lat, w wieku dwudziestu postanowiłem dać futbolowi jedną, ostatnią szansę. Mój zespół, Leiknir, grał w trzeciej lidze, więc nie spodziewałem się, że w piłce mam przed sobą jakąś wielką przyszłość. Ale zawsze czułem, że mam coś w sobie, coś czego nie mają inni bramkarze w moim wieku. Jeszcze przed upadkiem uważano mnie za spory talent. Miałem poczucie, że jeśli nie spróbuję ten jeden, ostatni raz, całe życie będzie mnie prześladować uczucie, że ten talent zmarnowałem. Mając dwadzieścia jeden lat postawiłem przed sobą jasny cel – albo w ciągu trzech lat znajdę się w klubie z najwyższej ligi, albo zajmuję się już tylko filmami.

Pilka nozna. Eliminacje do MS 2018. Ukraina - Islandia. 05.09.2016

Przed tobą była daleka droga.

Byłem rezerwowym w trzeciej lidze, czyli na czwartym poziomie rozgrywkowym. A jednak wspiąłem się po tej drabinie w dwa i pół roku. Jako 23-latek zadebiutowałem w ekstraklasie, nieustannie rozwijając się jako bramkarz. Musiałem się bardzo przykładać, bo przecież straciłem po drodze pięć lat, co oznaczało, że jako 23-latek nie mam żadnego poważnego doświadczenia, żadnych konkretnych podstaw. Moim zdaniem dojrzałym bramkarzem stałem się mając 28-29 lat. Wtedy moja kariera zaczęła się na dobre.

Nie zagrałeś choćby jednego meczu w żadnej z drużyn młodzieżowych Islandii. 

Dokładnie tak. Mój debiut w narodowych barwach to od razu mecz w pierwszej reprezentacji, w wieku 28 lat. Kiedy zaczynałem pracować na swoje nazwisko, mając 24-25 lat, zaczęły się pojawiać opcje zagranicznego wyjazdu, na jakieś testy. Ale skauci, trenerzy bramkarzy, wszyscy zadawali to samo pytanie: „dlaczego on ma 25 lat, a rozegrał tak mało meczów?”. Ty już wiesz, że to długa historia, ale oni nie mieli na jej wysłuchanie czasu. Widzieli tylko jakiegoś gościa z Islandii, który ma coś w sobie, ale nie jest to poparte doświadczeniem. Ma tyle i tyle lat, a tak mało gier w najwyższej lidze, coś jest nie tak. Dlatego wyjście obronną ręką z takiej sytuacji i dojście do miejsca, w jakim dziś jestem, to dla mnie powód do wielkiej radości.

W czasach sprzed wypadku Islandii daleko było do dzisiejszych warunków, jakie zapewnia piłkarzom. Jak wyglądały wtedy twoje treningi?

Kiedy dorastałem, myślę że proporcja boisk trawiastych do żwirowych to było 50/50. Pierwsze boisko ze sztuczną murawą powstało, gdy miałem osiem czy dziewięć lat, jakoś w 1991 albo 1992. Dopiero w 2002 albo 2003 zbudowano pierwszą piłkarską halę – czyli gdy miałem dziewiętnaście lat. Więc miałem okazję trenować i w nowoczesnych obiektach, i według starych metod. Kiedy miałem siedemnaście lat i próbowałem wrócić do grania, pamiętam że sporo treningów odbywało się zimą w stajni dla koni, jako że był to jedyny zadaszony obiekt w okolicy. Musieliśmy biec tam w śniegu i dopiero zaczynaliśmy zajęcia.

Zapach musiał być nie z tej planety.

Smród był potężny. I tam też nawierzchnia była żwirowa, ale nie mogłem wybrzydzać, bo nie było innego sposobu, by trenować pod dachem. Zapach był nieprzyjemny, w zasadzie nie było w tym wszystkim nic przyjemnego. To były najgorsze zajęcia w tygodniu – bieg do stajni, zajęcia wśród koni i powrót biegiem przez śnieg. Dopiero gdy zacząłem grać w najwyższej lidze, miałem dostęp do tych najnowszych obiektów. Mam więc porównanie, jak było, a jak jest teraz.

Nim dostałeś się do najwyższej ligi, odrzucono cię w 2004 roku w trzecioligowym Numi. Trener był pijany podczas testów czy co?

To możliwe, bo lubił wypić (śmiech). To znaczy… nie byłem wtedy w najlepszej formie, miałem lekką nadwagę, byłem dość surowy technicznie, trzeba było nade mną pracować. Choć i tak powinni mnie wziąć, aż tak słaby nie byłem. Ale trener mnie skreślił, więc zdecydowałem się dokończyć sezon na ławce w Leiknirze i po rozgrywkach zerwać z futbolem.

To w końcówce tamtego sezonu przyszedł TEN mecz?

Słyszałeś o nim?

Tak, widziałem nagranie twojego wybicia przy drugim golu. Nie wiem, czy widziałem w swoim życiu gorzej wykonaną „piątkę”.

Wiesz, moją piętą achillesową zawsze była gra nogami. Z czasem udało mi się sprawić, że stała się porządna, dziś jest wystarczająco dobra, by ludzie nie zorientowali się, że mam z tym problem.  Grałem w Danii, w Holandii, w technicznych ligach i nikt nie zorientował się, że to mój słaby punkt. Ale wtedy było inaczej i żaden klip nie oddaje tego lepiej niż ten, o którym mówisz. Zajebałem ten mecz. Ostatni mecz sezonu, przez co nie awansowaliśmy do drugiej ligi. 

Pamiętasz, jak się wtedy czułeś?

To był potwornie trudny czas. W tamtym momencie to był największy mecz, w jakim kiedykolwiek zagrałem. Dorastałem w klubie z niższej ligi, moimi idolami byli zawodnicy grający w drugiej dywizji, dla mnie to była „wielka scena”. Tak jak zawsze na naszych meczach było maksymalnie pięćdziesięciu widzów, tak wtedy przyszła cała okolica, około tysiąca osób. Przyjechała telewizja. Przed meczem była wielka impreza, z orkiestrą, z przemarszem po okolicy. To miał być mój moment, moja chwila radości po całym sezonie frustracji, gdy obserwowałem z boku, jak broni ktoś inny. Gdybyśmy wygrali, wszystko to poszłoby w niepamięć.

Było dokładnie odwrotnie.

Czułem, jakby coś we mnie eksplodowało. Zawiodłem wszystkich dookoła. Kiedy koledzy z drużyny poszli do baru, by zapić smutki, ja zamknąłem się w domu i z nikim nie rozmawiałem. Byłem załamany, czułem, że piłka nożna nie jest dla mnie. Poległem, próbowałem już dość razy. Zadzwoniłem do trenera, że zawieszam buty na kołku. Poprosił, bym to przemyślał, ale odpowiedziałem: „nie, zajmuję się robieniem filmów, bla bla bla”. Ale gdy zaczął się nowy sezon, czułem, że wciąż mam w sobie ten głód, to dojmujące uczucie, że muszę się raz jeszcze sprawdzić. Udowodnić, że jestem dobrym bramkarzem. Wiedziałem jednocześnie, że nie mogę wrócić do Leikniru, bo znów siedziałbym na ławce. Zacząłem dzwonić do trenerów, między innymi do tego z Numi. Zacząłem jeździć na testy. Jeden z trenerów się na mnie zdecydował, radziłem sobie nieźle, grałem w drugiej lidze. Rok później znów obdzwoniłem trenerów, dzięki czemu zmieniłem zespół na pierwszoligowy. Wtedy pierwszy raz za grę w piłkę dostałem jakieś pieniądze. Rok później nie musiałem już dzwonić do nikogo, po dobrym sezonie w pierwszej lidze, zespoły z ekstraklasy zgłosiły się same.

Ronni Hellström, szwedzki bramkarz z lat 70. powiedział po dramatycznej wpadce w meczu mistrzostw świata z Włochami: „gdy popełniłem ten błąd, najgorszy jaki możesz sobie wyobrazić, w tak ważnym meczu, wiedziałem, że nic równie złego już mnie nie spotka”. Przekuł traumatyczne doświadczenie w coś dobrego. Próbowałeś się zachować podobnie? 

Nie myślałem o tym w ten sposób, ale zawsze później czułem, że tamta pomyłka pomogła mi dostać się tu, gdzie jestem. W jakiś niezrozumiały sposób zdefiniowała całą moją karierę. Wiedziałem, że dotknąłem dna, że niżej nie ma już zbyt wiele. Wtedy zacząłem pracować nad wybiciami, spędziłem setki godzin próbując z linii środkowej trafić w poprzeczkę. Sprawiłem, że moje wybicia nie stały się może wzorowe, ale wystarczająco znośne.

W którym momencie w życiu poczułeś, że jesteś wreszcie zawodowcem?

Mając 29 lat, kiedy przeniosłem się z Islandii do Norwegii. Wtedy po raz pierwszy znalazłem się w profesjonalnym klubie, mimo że był to najmniejszy możliwy klub w norweskiej Tippeligaen. Trochę jak Leiknir wywalczył sobie kolejne awanse i skończył w najwyższej lidze. Nie było tam obiektów, na jakie mogły sobie pozwolić inne drużyny, ale wreszcie był to profesjonalny klub. Trening o 10 rano i tyle. Dla mnie to było wielkie, wielkie zwycięstwo. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli największym życiowym sukcesem jest dla ciebie transfer do Sandnes Ulf, gdy masz 29 lat, to coś w twoim życiu poszło dramatycznie źle. W mojej sytuacji zagraniczny klub biorący mnie jako numer jeden – to było coś niewyobrażalnego. Byłem zachwycony, cieszyłem się każdą minutą.

Wtedy też przestałeś zajmować się filmami?

Aż do dziś, z niewielką przerwą na reklamę coli. Poczułem wtedy dużą ulgę. Byłem potwornie zmęczony łączeniem gry w piłkę z byciem reżyserem przez ponad dziesięć lat. Piłka nożna wiąże się z ogromną presją, jest wymagająca mentalnie, reżyserka – podobnie. Masz deadline’y, masz projekty o ogromnych budżetach, których musisz dopilnować od początku do końca. Nim zawiesiłem dzialalność w filmie, całymi dniami myślałem tylko o tym, z przerwami jedynie na treningi i mecze. Wtedy udawało mi się opróżnić głowę, ale gdy tylko słyszałem ostatni gwizdek, znów myślałem tylko o tym. 

Nagle miałeś całą masę wolnego czasu!

Przez pierwsze dni czułem się, jakbym wyjechał na wakacje. Jeden trening dziennie i nic poza tym, żadnej dodatkowej pracy. A później się do tego przyzwyczaiłem i stałem się leniwy. Dziś jestem leniem, jak każdy inny piłkarz. Wydaje mi się, że to taka ciężka praca, trenować dwa razy dziennie. Człowiek łatwo zapomina, że w Islandii trenował z rana, później szedł do roboty, po pracy trenował, a później często zostawał jeszcze popracować nad siłą. Uważam, że jeśli jako zawodowy piłkarz narzekasz, że masz ciężko, to nie wiesz nic o życiu. Życie piłkarza to luksus, wielki przywilej. Doświadczenie, jakie mam, bardzo mi pomaga, nie pozwala zapomnieć, jaką drogę przebyłem, jak było w tym czasie trudno i jak dobre życie wiodę w tej chwili. Inni zawodnicy od kiedy zaczęli trenować w akademii wiedzą, że ktoś zrobi wszystko za nich. Ktoś upierze ich ciuchy, ktoś napełni ich bidony, zamówi i podstawi autokar, kupi bilety na samolot, zarezerwuje hotel z darmowym jedzeniem, da ci do ręki klucz do pokoju. Nasze życie jest niesamowicie łatwe. Kiedy przychodzą prawdziwe problemy, wielu nie jest na to gotowych.

Pilka nozna. Eliminacje do MS 2018. Ukraina - Islandia. 05.09.2016

Kiedy Lars Lagerback został selekcjonerem Islandii, był zaskoczony, że wtedy nie byłeś nawet zawodowcem, że w międzyczasie kleiłeś filmy?

Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale to bardzo wyrozumiały człowiek, stąpający twardo po ziemi. Jestem pewien, że wiedział, że to jedna z rzeczy idących w parze z podjęciem tej pracy. Musiał być świadom, że oprócz kilku świetnych piłkarzy, między słupkami spotka reżysera. Ale dorosłem do poziomu, jakiego mógłby ode mnie oczekiwać.

Co sprawiło, że Lagerback był idealnym selekcjonerem dla Islandii?

Przede wszystkim przyszedł w idealnym momencie. Akurat, gdy do dorosłej kadry wchodziło złote pokolenie, najlepsze, jakie kiedykolwiek nam się trafiło. Sigurdsson, Gunnarsson, Bjarnason, Finnbogasson… Oni wcześniej dokonali czegoś, co nie udało się nikomu innemu, zagrali w finałach mistrzostw Europy U-21. Można było przeczuwać, że nadchodzą lepsze czasy. Ale ci gracze zaczynali się czuć zbyt pewnie, robili się aroganccy. Osiągnęli coś dużego i wydawało im się, że są nie wiadomo kim. Taka ich natura, że oprócz etosu pracy, mieli w sobie sporo zarozumiałości. Jeśli nie dasz takim ludziom trenera, którego będą szanować, robi się niebezpiecznie. Gdyby selekcjonerem został wtedy trener z ligi islandzkiej, istniało ryzyko, że wejdą mu na głowę i nie będzie mógł nad nimi zapanować.

Postawiono jednak na Lagerbacka.

I to był strzał w dziesiątkę. Wszyscy wiedzieli, że ten gość się nie pierdoli. Że potrafil wyrzucić Zlatana ze zgrupowania reprezentacji Szwecji. Był naprawdę przystępny, mogłeś z nim porozmawiać w każdej chwili, ale roztaczał wokół siebie taką aurę, że trudno go było nie szanować. Moim zdaniem to w tamtej chwili było ważniejsze niż taktyka, pomysł na grę. By selekcjoner miał posłuch w szatni. Dzięki temu Islandia zaczęła osiągać tak świetne wyniki. Lars zaproponował prosty system, proste wytyczne, a zawodnicy byli gotowi wykonać ten plan w stu procentach. Islandia potrzebowała takiego selekcjonera, a mam też poczucie, że Lagerback potrzebował w tamtym momencie takiego zespołu.

To on wprowadził was na Euro 2016. Był na tamtym turnieju taki moment, taka interwencja, kiedy poczułeś, że jesteś w grze? Że jesteś gotowy na każde wyzwanie?

Moja najlepsza interwencja w całym turnieju miała miejsce około 15.-20. minuty pierwszego meczu z Portugalią. Wtedy po raz pierwszy dotknąłem piłki i od razu zaliczyłem jedną z najlepszych interwencji w życiu. Wtedy wrzuciłem wyższy bieg. Ale powiem ci coś – to nie było tak, że dla nas stawka tamtego meczu była czymś kompletnie nowym. W eliminacjach mistrzostw świata 2014, jakoś od piątego meczu, gdy Islandia poczuła szansę na awans, co spotkanie graliśmy najważniejszy mecz w historii. Taka była narracja. Każdy kolejny mecz ważniejszy od poprzedniego, każdy kolejny najbardziej doniosły w historii piłki w naszym kraju. W eliminacjach Euro – to samo. Po trzech-czterech spotkaniach znów ta narracja wróciła.

Mimo wszystko otwarcie Euro to musiało być coś zupełnie nowego.

Kiedy wyszedłem na spotkanie z Portugalią, wtedy poczułem, że wszystkie te poprzednie „najważniejsze mecze w historii” były jak mecze w islandzkiej drugiej lidze. Że to dziesięć razy większe wydarzenie niż jakiekolwiek rozegrane przez nas wcześniej starcie. Tamta interwencja na początku bardzo mi pomogła, pomogła drużynie w osiągnięciu remisu. Wtedy otrząsnęliśmy się z przerażenia, jakie towarzyszyło pierwszemu spotkaniu turnieju. Czuliśmy, że mamy mocną ekipę, mimo to wiedzieliśmy, że grając z Portugalią zawsze istnieje ryzyko bycia upokorzonym. Zmiażdżonym. Nie chcesz tego, obawiasz się deklasacji.

Przed meczem z Anglikami również baliście się upokorzenia? Austria, Węgry, to jednak nie ten kaliber. Co gorsza straciliście gola po paru minutach.

Ani przez moment nie mieliśmy poczucia, że Anglia może nam zrobić tak wielką krzywdę. Wierzyliśmy w jej pokonanie. Oczywiście zawsze jest ryzyko, że coś pójdzie źle i przegrasz trzema bramkami. Ale od pierwszej minuty siedziało w nas przekonanie, że wygramy. Mieliśmy szczęście, że tak szybko wyrównaliśmy, minutę po ich golu. Im wydawało się, że naszą jedyną szansą jest zagranie na zero z tyłu najdłużej, jak to tylko możliwe. Kiedy strzelili w trzeciej minucie, poczuli, że mają awans. Że już po meczu. Mam wrażenie, że po naszym wyrównaniu nie potrafili się otrząsnąć już do samego końca.

Wasza piękna historia zakończyła się w kolejnym meczu wysoką porażką z Francją. Co poszło tak bardzo źle?

W pewnym sensie osiągnęliśmy więcej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Celem było wyjście z grupy, już to byłoby wielkim sukcesem. A my dokonaliśmy tego w dodatku w najbardziej szalony z możliwych sposobów, dzięki bramce w ostatniej sekundzie ostatniego meczu w grupie. Kiedy padła tamta bramka, doznałem euforii, jakiej nie doświadczyłem nigdy wcześniej w całym moim życiu. Podbić to jeszcze pokonaniem Anglików? Wtedy poczuliśmy, że dość już dokonaliśmy. Niby chcieliśmy więcej, ale w głębi duszy osiedliśmy na laurach. Nie możesz dopuścić do siebie takiego uczucia, gdy grasz z Francją na jej terenie. Druga sprawa, że byliśmy już kompletnie wyczerpani fizycznie. Wszystkie spotkania grał ten sam skład. A Francuzi dodatkowo zrobili coś, czego nie zrobił żaden inny zespół, z jakim się wcześniej mierzyliśmy.

To znaczy?

Pozwolili nam utrzymywać się przy piłce, samemu zabójczo kontrując. Wszystko poszło im idealnie – strzelili cztery gole w pierwszej połowie, oddając pewnie podobną liczbę strzałów, co wcześniej Portugalczycy, Austriacy czy Holendrzy, z którymi zachowaliśmy w eliminacjach czyste konto. Kiedy gramy z wielkimi piłkarsko krajami, musimy się nastawiać na pięć, dziesięć, piętnaście strzałów na naszą bramkę. Zwykle jednak udawało się blokować te uderzenia, ktoś zawsze znalazł się w odpowiednim momencie na linii strzału, ja też parę piłek odbijałem. Ale to był jeden z tych dni, gdy rywalowi wychodzi wszystko. Jeden strzał przeszedł mi między nogami, nie zdołałem ich w porę „zamknąć”. Nigdy nie traciliśmy bramek z rzutów rożnych – wtedy Francuzom udało się nas i tak pokonać. Trzeci gol? Najbardziej typowe uderzenie, jakie zawsze blokowaliśmy. Tutaj przeszło między nogami dwóch, jak nie trzech obrońców i wpadło do siatki po długim słupku. Oto różnica między upokorzeniem, a fantastycznym wynikiem. 1:1 z Portugalią, która ostrzeliwała naszą bramkę, 0:4 do przerwy z Francją, która robiła dokładnie to samo.

Na mistrzostwa świata w tym roku Islandia nie jechała już jako kompletny outsider, a jednak przywiozła z nich zaledwie jeden punkt.

W piłce granica między sukcesem a porażką jest bardzo cienka. To nie jak piłka ręczna czy koszykówka, gdy zdecydowanie lepszy zespół zawsze wygra. Na Euro mieliśmy szczęście po naszej stronie, zagraliśmy dobry mecz z Portugalią, słaby mecz z Węgrami, a jednak strzeliliśmy w nim gola, podczas gdy Węgrzy nie potrafili wykorzystać naszej fatalnej gry. Spójrz na mecz z Nigerią – w pierwszej połowie oni nie oddali strzału, nie wiem, czy byli w moim polu karnym choć raz. A jednak zabili nas w drugiej połowie, jedynej słabej połowie, jaką zagraliśmy na całym turnieju. Dwa ich gole, nasz przestrzelony karny, nic nie poszło po naszej myśli. Z Chorwacją zagraliśmy z kolei nasz najlepszy mecz na wielkim turnieju. Mieliśmy więcej szans niż kiedykolwiek wcześniej, nie miałem w pierwszej części meczu nic do roboty. A jednak strzelili nam gola. Mimo to dalej goniliśmy za wynikiem, strzeliliśmy, Argentyna też, nagle otworzyła się przed nami szansa, wszystko zaczęło wskakiwać na właściwe miejsce.

Mieliście pięć minut, brakowało wam gola. Ten padł, ale nie do chorwackiej, a do waszej bramki.

Otworzyliśmy się, popełniliśmy jeden błąd, straciliśmy to. Ale w tamtej chwili byliśmy o jedno szczęśliwe dotknięcie, o jeden precyzyjny strzał od kwalifikacji. Ponieśliśmy porażkę, a jednak pojedynczego świetnego zagrania zabrakło od stwierdzenia „znów jest fantastycznie!”. Ale dla nas już kwalifikacja była sukcesem – w grupie eliminacyjnej mieliśmy Turcję, Ukrainę, srebrnego medalistę Chorwację, a jednak ją wygraliśmy. Dlatego nie odbieram występu na mundialu jako powodu do wstydu.

Szczególnie, że w pierwszym meczu dostałeś naprawdę konkretny powód do dumy. Obroniłeś karnego Messiego, zostałeś graczem meczu…

Wspomniałem przed chwilą o meczu z Austrią, który był jednym z najważniejszych punktów w mojej karierze, ale to, co wydarzyło się w meczu z Argentyną było jak utopia. Kiedy wiesz, że zagrasz dla swojego kraju w pierwszym jego meczu na mistrzostwach świata w całej historii, w twojej głowie pojawiają się różne scenariusze, niedorzeczne marzenia, które wiesz, że się nie spełnią. Karnego broni się raz na kilkanaście starć, graczem meczu zostajesz raz na dwadzieścia spotkań. Dokonanie tego w chwili, gdy patrzy na ciebie cały świat… Trudno o lepsze uczucie.

Argentina v Iceland. 2018 FIFA World Cup

Zdradź, jak dobrałeś się do głowy Messiego, co takiego zrobiłeś, by utrudnić mu wykonanie tamtej jedenastki.

Nie wiem, o czym on myślał, ale ja dobrze odrobiłem swoje zadanie domowe. Obejrzałem bardzo wiele rzutów karnych w jego wykonaniu, ale też analizowałem, jak sam zachowywałem się przy karnych, jakie musiałem bronić przed turniejem. Próbowałem sobie wyobrazić, jak Argentyńczycy rozpracowywali mnie, jak ich zdaniem się zachowam. Podczas bodaj trzech poprzednich karnych rzucałem się w drugą stronę, wiedziałem, że oni to wiedzą. Gdy stanąłem obok Messiego, powtórzyłem rutynę z ostatniego obronionego karnego, starałem się wytrącić go z równowagi. Gdy stanąłem na linii, byłem dość pewny, w którą stronę uderzy.

Jakie to uczucie, gdy faktycznie bronisz taką jedenastkę?

Kiedy piłka została na dobre wybita, zapytałem na głos: „to naprawdę się wydarzyło?!”. Trochę czasu zajęło mi zejście na ziemię. Wygrywanie meczu piłkarskiego zawsze wprawiało mnie w stan ekstazy, ale wtedy czułem coś zupełnie nowego. Przez kilka kolejnych dni utrzymywałem ten dziwny stan, a mój telefon prawie się stopił od wszystkich wiadomości, rozmów, powiadomień. Zrozumiałem, że moje życie właśnie się zmieniło. Że właśnie stałem się znany na całym świecie.

Jako reżyser, jakie zakończenie widziałbyś dla swojego „filmu”? Pozostały ci jeszcze jakieś niespełnione marzenia?

Tak, gra w Lidze Mistrzów. Dlatego jestem w Karabachu, to moja najlepsza szansa, by być w Champions League. Ale jeśli to się uda, scenarzyści będą musieli nieco popracować nad chronologią, bo nie możesz nie uczynić punktu kulminacyjnego z karnego Messiego. Ale nawet, jeśli się nie uda, jestem szczęśliwy z powodu tego, jak wiele dokonałem. Mogę dziś zakończyć karierę jako człowiek w pełni zadowolony. Wszystko to, co wydarzyło się w niej po przejściu na zawodostwo traktuję jako bonus, nie nakładam już na siebie od tamtej pory żadnej presji.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl/FotoPyK

KOMENTARZE (9)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kawada

Najlepszy tekst, jaki się pojawił na tym portalu. Dzięki za przybliżenie niezwykłej kariery Halldorssona.

MaciejG

Czemu tu tak cicho? Genialny wywiad Szymon, bardzo przyjemna i ciekawa lektura!

mozej
Juventus Turyn, Legia Warszawa

fajny wywiad, dzięki :) i oby więcej takich wywiadów

qdlaty81
WIDZEW

Szacun. Praca i marzenia i praca praca praca.

shav0
Melanż w Dudelanż

Więcej takich tekstów na Weszło i naprawdę będzie co czytać. Kiedyś pojawiały się częściej tego typu wywiady i historie.

Evanduril
Legia, Polonia, Man Utd

Rewelacja!

McMurphy

Już czytając miałem wrażenie , że ten tekst „robi różnicę” 😉 Pozytywne komentarze tylko to potwierdzają. Więcej takich historii …

DonChicario

Przy takich tekstach kawa i śniadanie smakuje jeszcze lepiej :) Dziękuję i oby tak dalej.

SzalonyWladek

Proszę o podanie zasady, zgodnie z którą umieszczono przecinek w tytule. Ja takiej nie znam.

wpDiscuz