Karierę w sporcie można zrobić po trzydziestce. Udowadnia to Mihaela Buzărnescu
Inne sporty

Karierę w sporcie można zrobić po trzydziestce. Udowadnia to Mihaela Buzărnescu

Do niedawna nazwisko Mihaeli Buzărnescu pozostawało całkowicie anonimowe dla wielu sympatyków tenisa. Rumunka jawiła się jako zawodniczka, dla której niezłym wynikiem było miejsce w drugiej setce rankingu WTA i finały turniejów ITF, znacznie niższych rangą od oglądanych przez nas zwykle w telewizji. W ciągu niespełna roku jej świat wywrócił się do góry nogami – dziś sklasyfikowana jest na 20. miejscu, a w niedzielę wygrała swój pierwszy turniej WTA w życiu. I, jak mówi, nie ma zamiaru na tym poprzestać.

Zawodniczki notujące tak gwałtowny skok w notowaniach to nie nowość. W każdym sezonie pojawia się co najmniej jedna taka (a często kilka), która nagle znajdują się na czołowych miejscach rankingowych, choć wcześniej błąkały się dużo niżej. To naturalny proces, ale zwykle dotyczy juniorek, tenisistek, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z zawodowym cyklem. Napisać, że Buzărnescu juniorką nie jest, to jak nic nie napisać – w maju skończyła 30 lat, a na zawodowych kortach gra od ponad dekady.

Przed trzydziestką była, gdy debiutowała w pierwszej setce rankingu. Miała wtedy dokładnie 29 lat i 165 dni. Nawet jeśli pod uwagę wziąć, że tenis staje się sportem dla coraz starszych zawodniczek, jest to osiągnięcie fenomenalne. Tylko dwie tenisistki debiutowały później – Adriana Villagrán-Reami miała niespełna 32, a Tzipi Obziler niecałe 34 lata. Doszły odpowiednio na 99. i 75. miejsce w rankingu. Buzărnescu jest kilkadziesiąt pozycji wyżej.

Ale to nie tak, że jej wyniki to absolutna sensacja. Talent miała od zawsze, nie potrafiła go tylko dobrze wykorzystać.

Radwańska i Woźniacki

Polka i Dunka są młodsze od Rumunki, ale miały okazję spotykać się z nią w juniorskich czasach. Gdybyśmy cofnęli się do notowania z końca 2005 roku, to w pierwszej dziesiątce rankingu dziewcząt zobaczylibyśmy całą trójkę, a do tego Victorię Azarenkę (1) czy Dominikę Cibulkovą (5). Buzarnescu zajmowała wówczas dziesiąte miejsce (choć najwyżej była na czwartym), będąc w stanie rywalizować jak równa z równymi przeciwko wszystkim tym tenisistkom. Od niespełna roku pokazuje, że walczyć może z nimi i w seniorskim cyklu.

W tamtym sezonie dwukrotnie wygrała zresztą z Agnieszką Radwańską, oddając jej odpowiednio cztery i sześć gemów. Więcej problemów sprawiała jej Caroline Woźniacki, której nigdy nie pokonała… i to się nie zmieniło. Obie panie spotkały się już dwa razy w „dorosłych” czasach i w obu przypadkach lepsza była Dunka.

Znam ją od piętnastu lat. Zawsze była świetną zawodniczką i wiedziałam, że jest w stanie grać na tym poziomie. Myślę, że miałam trudne zadanie w pierwszych rundach na US Open i Australian Open, gdy grałam przeciw niej. To były ciężkie mecze i wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, zanim podniesie się w rankingu i będzie rozstawiona w kolejnych turniejach.

Tak, po latach (i dwóch kolejnych spotkaniach) mówiła o Rumunce Karolina. Podobnie wypowiadała się też Dominika Cibulkova, inna rywalka Mihaeli sprzed lat. Czeszki też – na razie – nie udało jej się pokonać. Ale jeśli tak dalej pójdzie, to za niedługo może się to zmienić. Pytanie brzmi: skoro było tak wspaniale kilkanaście lat temu i tak dobrze jest też teraz, to co działo się z nią w pozostałych sezonach?

A odpowiedź jest tradycyjna. Jak to zwykle w sporcie bywa, winny był…

Ból

Tenis to dyscyplina niezwykle kontuzjogenna. Fenomenem przez wiele lat był Roger Federer, którego unikały większe urazy, podobnie było choćby z Agnieszką Radwańską, ale i ta dwójka wreszcie musiała uznać, że ich organizm również sprzeciwia się dalszemu wysiłkowi i potrzebuje odpoczynku. Z kolei Rafa Nadal, Juan Martin del Potro czy Martina Hingis mogliby wydawać książki tylko o leczeniu urazów.

Gdzie w tym wszystkim Mihalea Buzărnescu? Uzupełniłaby biblioteczkę, bez wątpienia. Drobne urazy męczyły ją od wielu lat, uniemożliwiając przebicie się nie tyle do światowej czołówki, co nawet setki rankingu, o czym już doskonale wiecie. Gdy zakończyła juniorską karierę, szło jej nieźle – choćby w 2008 roku wygrała dwa turniej ITF, wspinając się w okolice 330. miejsca w rankingu. Potem pojawiła się gorsza gra, kilka problemów zdrowotnych i znów spadła.

Zawodziło wtedy głównie ramię. Sprawiło jej wiele problemów przy przejściu z juniorskiej rywalizacji do turniejów seniorskich. Przez uraz grała gorzej, a przez to z kolei straciła swoje umowy sponsorskie (m.in. z Adidasem). Utrzymać się w grze pomagało jej tylko wsparcie od rumuńskiej federacji. Ale i to w końcu się urwało.

To był dla mnie bardzo zły czas. Kiedy zaczęłam doznawać kontuzji, byłam młoda i wszyscy przestali we mnie wierzyć, nawet federacja. Miałam tylko rodzinę i mojego chłopaka, który powtarzał mi: „możesz to zrobić!”.

Przez wiele lat falowała w rankingu. Wyżej podskoczyła dopiero w 2011 roku, gdy triumfowała w trzech turniejach ITF. Najwyżej była wówczas na 154 miejscu, a w kolejnym roku podskoczyła na 142, wtedy najwyższe w karierze. Niestety, doskonałych wyników nie udało się powtórzyć, a w połowie sezonu 2013 doznała kontuzji i…

Miałam dwie operacje na moim kolanie, nie grałam przez 2,5 roku. Przy okazji pierwszego z zabiegów mówiłam, że nie wiem, jak pójdzie operacja i rehabilitacja. Nie wiedziałam, czy wszystko będzie dobrze. Ból wciąż był po nich obecny. Było mi bardzo ciężko i dwukrotnie chciałam zakończyć karierę.

Po wyleczeniu się, wróciła do gry i szybko… musiała znów się wycofać. Na pół roku. Wróciła dopiero na początku 2017 roku, z chronionym rankingiem. Wystąpiła w kwalifikacjach do Australian Open, ale bez powodzenia. Wszystko zaczęło zmieniać się dopiero w połowie sezonu, jednak zanim przejdziemy do tego, warto podkreślić jeszcze coś – przerwę od gry Rumunka wykorzystała w najlepszy możliwy sposób.

Edukacja

Mihaela po prostu zdecydowała się na studia. Nie byle jakie, bo – przenosząc to na nasze – doktoranckie. Czasu, jak już wiecie, miała wystarczająco dużo, by ukończyć je z sukcesem. Żeby rzecz ująć dokładnie, napiszmy, że studiowała „rozwój psychomotoryczny młodych tenisistów w wieku od 12 do 14 lat”. Przydługa nazwa, ale w gruncie rzeczy sprowadza się to do tego, że – gdyby musiała dziś zakończyć karierę – to, przynajmniej gdy mowa o teorii, mogłaby spokojnie pracować z młodzieżą.

Powiedziałam sobie: „cóż, jeśli nie jestem w stanie grać w tenisa, może pomogłoby mi posiadanie pracy w Rumunii albo gdzieś zagranicą”. Więc zaczęłam studia. Trwały jakieś trzy lata, skończyłam je w grudniu 2016, gdy już wróciłam do gry. Jestem szczęśliwa, że to zrobiłam. Mój tata też je ukończył. Wiedziałam, że jeśli więcej nie zagram w tenisa, to może mi wiele dać.

Do tenisa jednak wróciła, i to z powodzeniem. Jak mówi, w chwili obecnej czuje się bardzo dobrze, pod każdym względem. Poprawa w jej grze rozpoczęła się w Holandii, gdy grała w kilku drużynowych meczach. Zaczęła w siebie wierzyć, zaczęła mieć nadzieję, że jeszcze uda jej się coś wyciągnąć z kariery. Rozpoczęła ponownie występować w turniejach.

I wygrywać.

Przełom

Rok 2017 rozpoczęła na 540. miejscu w rankingu WTA. Miała w nim okrągłe 50 punktów. Mogła wystartować w kwalifikacjach do Australian Open dzięki skorzystaniu z zamrożonego rankingu, ale w gruncie rzeczy nikt nie zwracał specjalnej uwagi na to, co dzieje się z Rumunką. Właściwie, poza jej rodziną i sztabem, wszyscy przestali już wierzyć, że Mihaela może jeszcze walczyć o najważniejsze sukcesy. Wszystko zmieniło się jednak na przełomie czerwca i lipca. Ból kolana, który nie opuszczał jej od kilku lat, nagle zniknął, pozwalając jej na dobrą grę. Sama Buzărnescu nazwała to po prostu cudem. Ale cuda trzeba umieć wykorzystać. Ona umiała.

Na przestrzeni nieco ponad miesiąca wygrała cztery turnieje ITF z rzędu, triumfując w 20 kolejnych meczach. Węgry, Turcja, Hiszpania i Niemcy – zwyciężała, gdzie tylko się dało. Szybko wskoczyła na 139., najwyższe w karierze, miejsce rankingowe. Duża w tym zasługa Septimiu Fratili, jej nowego trenera, który zasilił sztab. Współpracować z nim zaczęła tuż przed tymi serią zwycięstw.

Naprawdę pomógł mi przejść przez te wszystkie turnieje i uzyskać te rezultaty. Moje nastawienie się zmieniło i to też pomogło mi wygrać więcej meczów, ale to głównie zasługa mojego teamu i nowego trenera. Mój tata wciąż był przy mnie [przez wiele lat to on sprawował funkcję trenera Rumunki – przyp. red.], ale rozpoczęcie pracy z innym szkoleniowcem było naprawdę dobrym pomysłem.

Doskonałe wyniki w turniejach ITF pozwoliły jej zadebiutować w Wielkim Szlemie – przegrała wówczas w I rundzie US Open z Caroline Woźniacki, o tym już wspominaliśmy. Mimo porażki i tak mówiła, że „to spełnienie marzeń”. Jeszcze wcześniej wślizgnęła się do pierwszej setki rankingu. Potem przyszły kolejne turnieje rangi WTA, do których nie musiała się już kwalifikować, bo jej ranking regularnie ulegał poprawie. To wszystko wyglądało na bardzo łatwe, ale Rumunka, zapytana o to przez dziennikarzy, mówiła wprost: było cholernie trudno.

Jest wielka różnica pomiędzy grą w turniejach ITF, a WTA. Kompletnie różnią się one organizacją, a w tych pierwszych są gorsze obiekty. Gorsze jest też traktowanie zawodników, co powinno się zmienić, bo wszyscy jesteśmy tenisistami, wszyscy próbujemy robić to samo. Więc cieszę się, że moja postawa w zeszłym roku pozwoliła mi wygrywać turnieje ITF, podnieść swój ranking i grać na wyższym poziomie.

Cały sezon Buzărnescu zakończyła z bilansem 65 zwycięstw i 19 porażek. W rankingu była już 56. Do czterech wspomnianych wygranych dołożyła jeszcze dwie inne, w większych turniejach. Od stycznia gra już tylko w zawodach rangi WTA. Z powodzeniem – trzykrotnie dotarła w nich do finałów, jeden z nich, ten sprzed dwóch dni, zakończyła zwycięstwem. To dla niej absolutna nowość, nigdy wcześniej nie dochodziła tak daleko w turniejach głównego cyklu. Pierwsze zwycięstwo na tym poziomie odniosła też w deblu, bo i w nim regularnie rywalizuje. Co ciekawe, zrobiła to w parze z Ralucą Oraru. Również z nią, dwanaście lat wcześniej, wygrała juniorskie US Open. Stara przyjaźń nie rdzewieje.

Mimo wszystkich tych sukcesów i pozytywnych chwil, nie zawsze jest jej jednak łatwo:

Wiele od siebie wymagam, staram się popychać samą siebie do osiągnięcia jeszcze wyższych celów. Zwłaszcza, gdy na turniejach jestem sama – wtedy jest dużo trudniej. Czasem czuję, że chciałabym pojechać do domu czy gdziekolwiek, bo jest naprawdę trudno. Na poziomie WTA nie jest łatwo rozmawiać z innymi zawodniczkami, bo każda ma swój team, co jest wspaniałe i bardzo dobre dla zawodniczek, ale wtedy, gdy gram w wielu turniejach, czasem mam ochotę to przerwać. (…) Moim celem wciąż pozostaje osiągnięcie pierwszej dziesiątki rankingu i pozostanie w niej. Chcę cieszyć się każdym momentem, bo nie mam już 20 lat. Powiedzmy, że nie wiem, ile jeszcze pogram w tenisa.

Nastawienie to klucz. Powie wam o tym każdy tenisista. Na korcie jest się samemu, to wszystko wyczerpuje psychicznie. O tym mówi też często Rumunka, jak mieliście okazję przeczytać wyżej. Ale mimo tego, gdybyśmy mieli napisać, co było kluczowe w odniesieniu przez nią sukcesów na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy, postawilibyśmy właśnie na stronę psychiczną.

Radość

Rumunka często powtarza, że tenisem ma zamiar się cieszyć. Bo swoje lata ma, bo mało kto spodziewał się, że jest w stanie wygrywać jeszcze turnieje WTA, czy zagościć w pierwszej dwudziestce rankingu. Bo przez wielu była skreślona. Ale równocześnie wie, że wiek liczy się w tym sporcie coraz mniej.

– Tak długo, jak jestem zdrowa i czuję się dobrze na korcie, wiek się nie liczy. Możesz mieć więcej niż 30 lat i wciąż wygrywać. Wcześniej o tym nie myślałam, bo przez swoje kontuzje nigdy nie miałam takich wyników. 

Ciekawe w postawie Rumunki jest to, że… nigdy nie wyznacza sobie celów na konkretny turniej. Długofalowe, związane z rankingiem – tak. Ale dojście do finału czy półfinału w, dajmy na to, Australian Open – o tym nigdy nie pomyśli. Mało tego, utrzymuje, że nie zerka nawet na drabinkę, bo nie chce wiedzieć, z kim gra następnego dnia. Woli się zrelaksować i odpocząć przed kolejnym meczem.

– Najważniejsze jest dla mnie by, gdy gram mecz, po prostu go rozegrać – wtedy zobaczę, co się stanie. Naprawdę cieszę się grą, więc chcę grać kolejne turnieje, a z kolei nie chcę robić sobie przerw. W pewnym momencie moje ciało na pewno będzie jakiejś potrzebować, ale w tej chwili jest dobrze, czuję się świetnie i utrzymuję dobry rytm. Póki jestem zdrowa, mam zamiar grać.

Jeśli się podnosić, to krok po kroku, mecz po meczu, partido a partido, jak powiedziałby pewien znany trener piłkarski. Kapitan reprezentacji Rumunii w Fed Cupie, Alina Tecsor, twierdzi jednak, że u Mihaeli nic się nie zmieniło – jest dokładnie taka sama, jaka była kilkanaście lat temu, jeszcze jako juniorka:

Widziałam ją, gdy wygrywała juniorskie US Open w deblu, byłam tam z nimi. Pamiętam moment, gdy zobaczyłem je [z Ralucą Olaru – przyp. red.] grające razem. Myślałam niedawno o jej młodych latach. Micky była w pierwszej dziesiątce wśród juniorów, rywalizowała z najlepszymi zawodniczkami. Była dokładnie taka sama, nie zmieniła swojego nastawienia.

Tak naprawdę problemy z nastawieniem pojawiają się u Rumunki tylko wtedy, gdy nie może liczyć na wsparcie swojego zespołu. Raz, że nie zawsze może sobie pozwolić na to, by wszyscy z nią jechali (zresztą jej zespół wciąż jest dużo mniejszy niż teamy, jakimi dysponują najlepsze zawodniczki na świecie), a dwa że w trakcie turniejów wielkoszlemowych trener nie może rozmawiać ze swoją zawodniczką, wykorzystując minuty pomiędzy gemami. Poza tym, że czasem kusi ją by odpuścić ciągłe wyjazdy, Buzărnescu wspominała, że to pierwsze odczuła m.in. na turnieju w Notthingam.

Mówiłam do siebie brzydkie słowa, narzekałam, że jestem tu samotna, nie ma nikogo z mojego zespołu. Potrzebowałam kogoś i równocześnie próbowałam jak najlepiej poradzić sobie z tym sama. Czasem się zdarza, że na turniejach jesteś samotna. Udało się. Na końcu opanowałam nerwy i wygrałam.

Nad nerwami nie musiała panować w niedawnym finale w San Jose. Tam rywalce oddała tylko jednego gema, od początku będąc niesamowicie skoncentrowaną i pewną. To była Buzărnescu w najlepszym wydaniu, być może nie tylko w tym sezonie, ale i całej swojej karierze. Co przed nią? Jeśli będzie grać tak dalej, to pierwsza dziesiątka rankingu stoi otworem. Tym bardziej, że ma już na swoim koncie trzy zwycięstwa z zawodniczkami zajmującymi miejsca w top 10.

A gdy się tam znajdzie… kto wie, może sprawi kolejną sensację i powalczy o turniej wielkoszlemowy?

SEBASTIAN WARZECHA

 

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

vasos
Arsenal Kamil Stoch Skra Bełchatów

XD

Hala Madryt
Reprezentacja Królestwa Chiszpanii

Multum polskich wiecznie młodych kopaczy odetchnęło z ulgą

wpDiscuz