Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

„Drużyna piłkarska jest kłębowiskiem żmij. Drużyna piłkarska jest miejscem, gdzie przychodzi się z niechęcią. Gdzie są nieprzyjaźnie nastawieni do siebie ludzie albo ludzie oszukani, których życie nauczyło, że skoro byli ileś razy wyrąbani, to teraz oni rąbią. I to jest oko za oko. To jest po prostu jak w stadzie dzikich zwierząt, które walczą o przywództwo. Coś makabrycznego, ale prawdziwego” – taki wniosek z książki „90 minut” Antala Vegha wyciągnął Paweł Zarzeczny, który jak sam przyznał, między innymi na rzeczonym Veghu uczył się pisać. 

Oczywiście cytat jest właściwą Pawłowi przesadą, bo oczywiście nie wszystkie szatnie są toksyczne, i oczywiście nie zawsze w drużynie wrze jak w kotle z zupą na zelówce.

Ale jeśli miałbym wyrokować, to powiedziałbym, że ów kocioł kipi znacznie częściej, niż się kibicom wydaje.

Udało mi się zdobyć „90 minut” przy ostatniej partii zakupionych w antykwariacie książek. Odkąd Paweł ją polecił, pozostawała na mojej liście „do upolowania”; polowałem na nią, jak widać, niespiesznie, ale o niej nigdy nie zapomniałem. Szkoda, że nie wymienię z nim refleksji na temat książki, ale wciąż mogę z wami, drodzy czytelnicy.

„90 minut” to jeden mecz drugiej ligi węgierskiej, minuta po minucie, opowiedziany strumieniem świadomości stopera Gabora. Zespół Gabora to klasyczny przykład drużyny, która ma potencjał na znacznie większe granie: kibice są, finanse są, zaangażowanie działaczy jest, nazwiska są – wszystko jest, a wyników brak. Tym razem jednak upragniony, wyczekiwany od trzynastu lat awans jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy wygrać ostatnią kolejkę u siebie z ekipą, która nie gra już o nic.

I oczywiście nie byłoby książki, gdyby wygrali gładko 3:0, prawda? Podstawą fabuł jest to, że coś się musi zacząć pieprzyć.

Opis każdej następnej minuty zaczyna się od bieżących wydarzeń boiskowych, by w jej dalszej części ujawniać festiwal wzajemnej nienawiści, kombinacji i zależności, który mogły wpłynąć na taki a nie inny bieg zdarzeń.

Broni więc Bige, a nie Soma, bo Soma w zeszłym sezonie sprzedał awans, będąc w spółdzielni z czterema innymi drugoligowymi bramkarzami.

Na lewej obronie od lat gra Zoltan, ale sam nie zauważa już, że nie daje rady i gra wyłącznie za zasługi, raniąc zespół.

Nagy I mógłby grać o mistrzostwo Węgier, potrafi kiwnąć trzech, czterech, jest królem techniki, ale jest też skrajnym egoistą rozpieprzającym zespół: „Zarząd podjął uchwałę, że Nagy I i Boldizsar nie mogą grać jednocześnie w drużynie. Nie tylko dlatego, że wówczas na boisku będzie siedmiu rozgrywających, ale i dlatego, że są oni absolutnie identyczni i nikt nie jest w stanie tego wytrzymać podczas gry”.

Drugi stoper to gołowąs, który gra tylko dlatego, że klub musiał dać dowód stawiania na młodych i swoich. Chłopak nie ogarnia, ale trener go nigdy nie zdejmie, bo jest jego wynalazkiem.

Trener, którego nikt nie szanuje, nikt nie poważa, każdy ma za nic. Wybił się na wyniku, z którym nie miał nic wspólnego, bo drużyna akurat była wtedy samograjem.

Goldmayer, chimeryczny lewoskrzydłowy, miał kiedyś oferty z najlepszych klubów, ale go wtedy nie puścili. Teraz, gdy stracił najlepsze lata i znalazł się na znoszącej, jest jasne, że i tak odejdzie, bez względu na wynik. A jednak w godzinie próby to na nim opiera się gra.

Działacze próbowali kupić mecz dla świętego spokoju, ale im się nie udało mimo, zostali przelicytowani przez inny zespół, który potrafił zmotywować przeciwnika.

Warto tu zauważyć, że Vegh nie jest po prostu czołowym węgierskim literatem. To facet z zasługami dla madziarskiej piłki, jej osławiony znawca i demaskator. W 1975 opublikował głośny esej „Dlaczego chora jest węgierska piłka nożna?”, w którym odsłonił kulisy kultu gwiazdorstwa, machinacji pseudodziałaczy, generalnie oprowadził za rękę po szambie w jakie zmienił się niegdyś niedościgniony węgierski futbol. Po publikacji ciągano go po sądach, miał procesy o zniesławienie, ale też doprowadził do zmian w federacji. Cztery lata później ukazało się „90 minut”, w teorii czysta fikcja, widmowe miasto, klub i nazwiska, w praktyce kolejna burza, aż po prawdziwe kluby dementujące zawarte w powieści oskarżenia.

Vegh, jak nikt, miał papiery by napisać powieść o piłce nożnej pozbawioną kantu. Brutalną, realistyczną, która odbrązawia piłkarzy i ich zawód, wskazując, że to często po prostu prości ludzie, żyjący bardziej – by tak rzec – grami pałacowymi szatni, animozjami i czubkiem własnego nosa niż rywalizacją z przeciwnikiem.

Mam dwa ulubione fragmenty książki. Pierwszy – każdy kibic może się zastanowić jak często odnosił się akurat do jego drużyny.

„To straszne, że w tej drużynie nie ma nawet dwóch ludzi, którzy potrafiliby tak samo i to samo myśleć. Nasz wóz jedzie do przodu na zasadzie pojedynczych pchnięć każdego z nas. Raz ten pchnie, raz tamten. Nigdy wspólnie”.

Ale zarazem jest też tu piękna uwaga dlaczego akurat mimo wszystko, mimo częstej frustracji, mimo poczucia, że bierzemy udział w coraz bardziej rozpasanym cyrku, jaramy się piłką.

W trakcie meczu tylko dwie sprawy są stuprocentowo pewne: gwizdek na rozpoczęcie i zakończenie gry. No i wiadomo, jeszcze to, że między jednym a drugim gwizdkiem, następuje kompletne poplątanie umiejętności i przypadku, szczęścia i pecha. I nic się nigdy nie powtarza! Zawsze jest inaczej. (…). Ludzie dlatego nas kochają i nienawidzą, że w każdych dziewięćdziesięciu minutach przeżywają własne, niepowtarzalne życie. To ich ciągnie na stadion.

Pewne tylko gwizdek na rozpoczęcie i zakończenie gry – znakomita metafora całego życia przy wykorzystaniu piłkarskiego języka. Powyższy cytat moim zdaniem powinien mieć równie wielką sławę, co powiedzonko Linekera czy to o piłce jako najważniejszej z rzeczy nieważnych. Trafia w środek tarczy, przebija ją na wylot.

Wspaniała jest też analiza tego co myśli Gabor tuż przed strzelaniem karnego. Jak w tym powiedzeniu Zbigniewa Bońka, że bramka podczas treningu wydaje się wielka jak wrota od stodoły, a na meczu jak pudełko zapałek. Stawka meczu już sprawiła, że dwóch zrezygnowało ze strzelania, Gabor nie tchórzy.

„Podchodzi do mnie Nagy I.

– Uważaj, ten śmieć poruszy się, a sędzia nie odgwiżdże!

– Nie szkodzi, będę bił w róg.

Strzelam karne w prawy róg, wewnętrzną częścią stopy. Czy ich bramkarz o tym wie?

Wszystko jedno, nieważne.

Jeszcze rzut oka do tyłu.

Bige stoi w bramce, tyłem do boiska.

Na trybunie mnóstwo ludzi odwraca się tyłem do płyty. I jest taka cisza, jakby w promieniu kilku kilometrów nie było żyjącej istoty.

Ruszam.

Rzuci się w prawo. Wyczuje? To może lepiej strzelać w lewy róg, ale nie jestem w tym za dobry…

Dlaczego właśnie ja się podjąłem? Szalony!

Czy to taki wielki zaszczyt strzelić karnego? Oczywiście, że muszę strzelić! A jak spudłuję…”

Nie będę wam psuł zabawy, spoilerował, bo może uda się wam dotrzeć do książki, co polecam. Podczas gdy najbardziej znaną piłkarską fikcją jest cukierkowa seria Goal, w serialach oczywiście działający na wyobraźnię dziecka Tsubasa, tak tutaj mamy do czynienia z dziełem – zwyczajnie – dla dorosłych.

Veghowi udała się bez wątpienia sztuka rzadka (choć i tak oszukiwał), bowiem nie ma sensu pisać powieści w świecie piłki. Futbolowi bogowie są zawsze o niebo lepszymi scenarzystami. Spójrzmy na zeszły sezon Ekstraklasy. Ile się zdążyło zdarzyć? Ktoś zdołałby coś podobnego wymyślić? Nie ma szans. A nawet jakby wymyślił, rzuciłbyś książką o ścianę uważając, że przegina strunę, wymyśla zbyt nierealne opowieści. Powieść znamienitego autora będzie pod względem fabularnym przegrana w stosunku do uważnie śledzonych wydarzeń w byle klubie, w byle lidze. I w przeciwieństwie do zamkniętej całości książki, zawsze będzie miała ciąg dalszy.

Ale Vegh, oszukując, czyli czerpiąc wiadrami z realnych doświadczeń, przeszczepiając je wiernie, wręcz chce się powiedzieć: kradnąc je futbolowym bogom, obronił 0:0 w skazanym na pożarcie meczu.

***

Łapcie wspomniany odcinek One Man Show o „90 minut” Vegha.

Leszek Milewski

PS: A jeśli, drodzy czytelnicy, chcecie wyrazić oburzenie, że nie wyraziłem opinii na temat bieżących wydarzeń w polskiej piłce, to stwierdzam, że może czytaliście nie do końca uważnie.

KOMENTARZE (14)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fronda

W futbol pl. bodajże Paweł miał kącik z polecanymi książkami.

Infantry

W cackowym „Magazynie Futbol”

RomanGegertych

Ale jak razy Nagy I i Boldizsar wyszli razem w podstawie, to zespół wygrał 9:0, a oni wbili po 3 bramy :)

baran

Nic z tego nie rozumiem. We wtorek w Nagyszombat na boisku brakowało przecież Dominika Nogya.I jaki to ma związek z Zarzecznym Pawłem?

Miszcz Joda
Der Adler im Flug ;)

W sumie to nihil novum. Pilka, w przeciwienstwie do wielu innych dyscyplin zespolowych, bazuje glownie na przypadku wedle zasady „przyszla, zeszla, poszla, weszla”. Co z tego, ze Kryska czy Messi potrafia przedryblowac pol boiska, jak wychodzi im to raz na 20 razy, a zeby na koncu gol padl to pewnie na raz na 100. Wiecej pewnie jest goli przypadkowych niz bedacych wynikiem ustawienia czy umiejetnosci. To nie koszykowka, gdzie nie raz zespol odrabia 10 pkt przewagi przeciwnika. To nie siatkowka, gdzie przegrany set jeszcze nic nie znaczy. W pilce noznej nawet wczesnie zdobyta 1 bramka moze zabic mecz (choc na szczescie jest to coraz rzadszy przypadek).
A gnoj w szatni to normalka, jak w kazdej pracy. Koterie, lepsi i gorsi, ci z plecami i ci ze sloma w butach.
Ja przestalem sie jarac wystepami pilkarzy jakas dekade temu. Teraz glownie finansowe kwestie mnie jaraja. A pajacyki biegajace za kawalkiem napompowanego balona to raczej wzbudzaja zniesmaczenie 😉

Zdzichu.Mroczkowski
A.C. Milan

„Nie będę wam psuł zabawy, spoilerował, bo może uda się wam dotrzeć do książki, co polecam.”
„Ale Vegh, oszukując, czyli czerpiąc wiadrami z realnych doświadczeń, przeszczepiając je wiernie, wręcz chce się powiedzieć: kradnąc je futbolowym bogom, obronił 0:0 w skazanym na pożarcie meczu.”

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Rayo

Zdzichu Mroczkowski ale debil z ciebie xD

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Laguna

To jakaś kpina. Panie Leszku, nie dość, że muszę przeczytać całość, to jeszcze kończąc artykuł wymaga Pan myślenia. Przecież wiadomo, że myślenie jest przereklamowane. W ostatnich dniach do czytania artykułów na Weszło nie było wymagane, nawet zbyteczne. Pozdrawiam.

RuudVanGol

Już myślałem, że te „PS” było niepotrzebnie napisane przez pana Leszka, bo przecież nie ma aż takich matołków wśród czytających Weszło, Nie minęło parę minut i już ujawnił się ptaszek Dodo z kłopotami z rozumnym czytaniem :) Ja prdl…

Olala
Widzew POLSKA Liverpool (L) Polonia Kotwica ŁKS Szerszenie Weszło

Kupię, pożyczę, zdobędę, przeczytam.

mccat

Ha! Kiedyś ta książka leżała na półkach i naprawdę niewielu chciało ją kupić, tym bardziej, że rzeczywistość w polskiej lidze często była ciekawsza.

kotkameleon

Zajefana książka.
Czytałem wiele lat temu i z przykrością przekładałem na nasze czasy.
Czyta się jednym tchem.
Najlepszy jest właśnie motyw, że z jednej strony fikcja literacka, a jednak autora książki ciągano po sądach.

wpDiscuz