Czy jesteśmy światową potęgą lekkoatletyczną?
Inne sporty

Czy jesteśmy światową potęgą lekkoatletyczną?

Tomasz Majewski, Paweł Fajdek, Adam Kszczot, minister sportu i turystyki Witold Bańka i wielu, wielu innych. W ciągu ostatniego roku to z ich ust mogliśmy usłyszeć, że światową potęgą faktycznie jesteśmy. Brzmi wspaniale i miło nas łechce, ale ile w tym prawdy? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Rozwój

Wiecie, jak to jest. Jeśli w sporcie, w którym jeszcze stosunkowo niedawno było się – delikatnie rzecz ujmując – słabym, nagle zaczyna się zdobywać medale, to każdy z nich ceni się jeszcze bardziej. Inaczej srebro na mistrzostwach świata w lekkiej atletyce wyceniamy my, a inaczej Stany Zjednoczone. Chyba że byłoby to srebro na przykład Anity Włodarczyk – wtedy zastanawialibyśmy się co poszło nie tak. Dlaczego? Bo Polka od wielu lat pokazuje rywalkom, że jest poza ich zasięgiem. Tak to działa.

Wracając jednak – my byliśmy słabi, uwierzcie. Na mistrzostwach świata w 2007 roku zdobyliśmy całe trzy medale, wszystkie brązowe. Jasne, dwa lata później było znacznie lepiej (2-4-3), ale nie umieliśmy tego przekuć w sukces na dłuższym dystansie i z kolejnego światowego czempionatu jedyny krążek przywiózł nam Paweł Wojciechowski. Udało się tyle, że był on złoty. Dopiero od 2013 roku możemy mówić o stałym podnoszeniu się poziomu naszej lekkiej atletyki. Ale 10 lat temu nikt nie marzył o takich wynikach. A gdyby cofnąć się jeszcze bardziej…

Przemysław Babiarz, komentator i dziennikarz TVP:

– Pamiętam jeszcze mizerię początku lat 90., kiedy, poza Robertem Korzeniowskim i Arturem Partyką, nikt nie mógł liczyć na medal, a nawet na zakręcenie się w okolicach podium. To był taki czas, gdy dogasało pokolenie, które nie wystartowało na igrzyskach w Los Angeles. Później Seul był dla naszej lekkiej atletyki bardzo słaby i dopiero w Barcelonie coś skubnął Artur Partyka. W porównaniu do lat 90. notujemy olbrzymi postęp. Nawet porównując z tym, na co mogliśmy liczyć na mistrzostwach Europy w Goeteborgu w 2006 roku. Policzmy tamte medale i szanse, a stwierdzimy, że mamy zdecydowanie mocniejszą reprezentację.

Teraz? Na ubiegłorocznych mistrzostwach świata zdobyliśmy dwa złota, dwa srebra i cztery brązowe medale. A mogliśmy więcej i lepiej, gdyby tylko zawody ułożyły się bardziej po naszej myśli. W Amsterdamie, przed dwoma laty wygraliśmy klasyfikację medalową. Na halowych mistrzostwach świata z tego roku, byliśmy w stanie zgarnąć pięć medali, w tym dwa złote. A tam przecież nie wystartowali m.in. nasi młociarze. Pozostaje zapytać: co się z nami stało przez ostatnie 10 lat?

Sebastian Chmara, wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, były wieloboista:

– Sądzę, że ta obecna kumulacja, to efekt spójnego systemu szkolenia, który jest w PZLA. Pewnie nie bez znaczenia jest też to, że są stałe dotacje finansowe, przede wszystkim z Ministerstwa Sportu czy od sponsorów. To powoduje, że ten komfort finansowy daje nam z kolei komfort w realizowaniu założeń szkoleniowych. Sądzę, że to tu działa wszystko po trochu – mamy odpowiedni system szkolenia, odpowiedni nabór, spokój finansowy i to w konsekwencji daje nam ten obraz. Myślę też, że są pewne efekty sukcesów, choćby w męskiej kuli, gdzie Haratyk i Bukowiecki to konsekwencja wcześniejszych wyników Majewskiego, który dał wzór – sprawił, że szkolenie, jakim był objęty, zostało „wytransferowane” do innych trenerów, a to z kolei pomogło zawodnikom, którzy dziś są w światowej czołówce. W rzucie młotem też możemy mówić o tym, że kierunek wyznaczyli Szymon Ziółkowski czy Kamila Skolimowska. Dziś mamy dzięki temu Fajdka, Nowickiego czy Włodarczyk, ale też dziewczyny takie jak Fiodorow i Kopron, które zdobywały medale na mistrzostwach Europy czy świata. Pewne wzorce i przykłady były inspiracją do tego, by ci zawodnicy osiągali dziś sukcesy.

Co ważne – nie zaniedbujemy przyszłości. Istnieje już kilka programów dla młodych adeptów lekkiej atletyki, nieźle działa wyszukiwanie talentów, które niegdyś u nas kulało. Nie odbywa się to wszystko już na zasadzie „kto się trafi, tego weźmiemy”. Chodzi o to, by takie talenty odnaleźć, nie czekając aż one ujawnia się same, bo to może się po prostu nie wydarzyć. Efekty takich strategii widać już w grupach młodzieżowych, a za kilka lat – miejmy nadzieję – zobaczymy je w seniorach.

A co do seniorskiej rywalizacji – ciekawa jest jedna rzecz. Gdybyśmy raz jeszcze przywołali mistrzostwa świata z roku 2007, to dwa z trzech zdobytych w nich medali, przywieźli nasi płotkarze. Dziś o krążkach w tej dyscyplinie nie śmiemy marzyć. Mamy za to sukcesy w innych.

Uniwersalność

I to ilu! Wiadomo, że halowe mistrzostwa świata to te nieco mniej poważane w świecie – bo sezon pod dachem jest krótszy, bo wielu czołowych lekkoatletów odpuszcza, żeby nie nabawić się kontuzji, bo najważniejsze imprezy co roku rozgrywane są w lecie… Mimo wszystko, to wciąż zawody mistrzowskie, a medale na nich zdobyte cieszą nas równie mocno, co te z otwartego stadionu.

Dlaczego o tym piszemy? Bo wystarczy spojrzeć na ostatnie z takich zawodów – mistrzostwa świata w Birmingham, rozegrane w marcu tego roku. Zdobyliśmy tam pięć medali. Konkurencje? Bieg na 800 metrów mężczyzn, bieg na 1500 metrów mężczyzn, dwie sztafety 4×400 metrów i skok o tyczce mężczyzn. A na otwartym stadionie dołożylibyśmy do tego zapewne jeszcze rzut młotem, pchnięcie kulą, może udałoby się też uszczknąć coś w rzucie dyskiem czy – przy dobrej formie naszych reprezentantek – oszczepie.

Sebastian Chmara:

– Na pewno jesteśmy dzisiaj drużyną prawie kompletną. W wielu obszarach – biegach, skokach i rzutach – mamy zawodników, którzy są w stanie nawiązać bezpośrednią rywalizację z najlepszymi na świecie. Często jesteśmy w czołowych dziesiątkach światowych tabel, niekiedy nawet liderami. Lekkoatletyka jest dyscypliną wymierną, bardzo łatwo wyniki naszych zawodników zderzyć z tym, co jest na świecie. Tu odpowiedź nasuwa się sama – w jakimś stopniu mamy reprezentację kompletną, zawodników, którzy są w stanie nawiązać walkę o medale, nawet złote, na mistrzostwach świata czy, w tym roku, na mistrzostwach Europy. Myślę, że to bardzo mocna drużyna.

Wiadomo, że są dziury. Zawsze będą. Nie mamy takiego potencjału, jak Stany Zjednoczone, które mogą rządzić na świecie w niemal każdej dyscyplinie. Skok w dal czy sprinty to u nas konkurencje, w których sukcesów nie mamy od dawna i… raczej w najbliższym czasie się to nie zmieni. Choć wciąż mamy nadzieję, że może coś uda się osiągnąć Ewie Swobodzie.

Marek Plawgo, były płotkarz, medalista mistrzostw świata i Europy, opowiadał nam w niedawnym wywiadzie o sytuacji polskiej lekkiej atletyki:

– To jest Wunderteam na skalę naszych czasów. Tamten, w przeszłości, zdobywał medale na potęgę. Nasz wygrywa klasyfikację medalową mistrzostw Europy i na hali, i na stadionie. Te porównania absolutnie nie są na wyrost. Piękne jest to, że zdobywamy tych medali mnóstwo, ale nazwiska przy nich się zmieniają. To nie są tylko murowani kandydaci, ale i osoby, których się nie typowało. Widać, że mamy całe zaplecze i te medale nie są przypadkami. Za moich czasów to było raczej wyczekiwanie na talent. Ktoś się ujawnił, to brało się go pod skrzydła związku i zdobywał medale. Natomiast teraz ewidentnie widać, że ludzie, którzy osiągają te wyniki to już są produkty pewnej myśli, rozwiązań systemowych. Za moich czasów był to efekt przypadku – pojawił się talent, to go mamy. Teraz do tych talentów dokładamy mnóstwo ludzi, którzy 20 lat wcześniej nie mieliby szans.

Widzicie? Jest uniwersalność, jest też system. Ale czy aby na pewno jest to…

Wunderteam?

Podejrzewamy, że nie obejdzie się bez szczypty historii. Zresztą taką jak ta zawsze miło przypomnieć. „Wunderteam” to określenie reprezentacji, która była wielkim dziełem trenera Jana Mulaka, człowieka który zasłynął głównie jako trener długodystansowców, ale tak po prawdzie możemy oddawać mu zasługi również w kontekście innych dyscyplin. Dekada sukcesów (1956-1966) to jego sprawka. I warto o tym pamiętać.

Medale przywozili jednak lekkoatleci. Liczba tych, którzy przewinęli się przez Wunderteam sięgała blisko 300, ale najsłynniejsi z nich to m.in. Jerzy Chromik, Zdzisław Krzyszkowiak, Janusz Sidło, Barbara Janiszewska czy Edmund Piątkowski. Co istotne – poza pierwszą dwójką (3000 metrów z przeszkodami) pozostali rywalizowali w innych konkurencjach. I to było wówczas naszą największą siłą, to również uprawnia do porównań – to była reprezentacja tak uniwersalna, jaką tylko dało się stworzyć. Znakomitego zawodnika mieliśmy w niemal każdej konkurencji.

Wówczas – poza mistrzostwami Europy czy igrzyskami olimpijskimi – często rywalizowano w formule meczów pomiędzy dwoma reprezentacjami. I to przy okazji jednego z nich narodziła się nazwa tamtej reprezentacji. Co ciekawe, nadali ją nam dziennikarze z NRD, które wówczas z nami przegrało. Mieli jednak całkowitą rację, co nasi lekkoatleci tylko udowadniali w kolejnych latach. W 1958 roku potrafili oni pokonać USA, a z mistrzostw Europy przywieźć aż 8 (!) złotych medali. Osiem lat później niemal powtórzyli to osiągnięcie, zdobywając ich siedem.

Wiadomo, że to poziom, który wydaje się niemal nieosiągalny. Ale zmieniły się czasy – trudno o taką dominację, trudno o tak szerokie wyspecjalizowanie lekkoatletów. Jeśli więc ktoś chce mówić o „drugim Wunderteamie” – jest do tego uprawniony. Choć Sebastian Chmara patrzy na to nieco inaczej:

– Unikam takich sformułowań. Wunderteam był jeden, to były inne czasy i zawodnicy. Natomiast z pewnością dziś mamy bardzo mocną drużynę. Na wszystkich ostatnich dużych imprezach byliśmy widoczni, walczyliśmy tam o sukcesy, zresztą z powodzeniem. Ja nie mówiłbym jednak o Wunderteamie, tylko o drużynie marzeń. 

Przekłamania

No dobrze. Skoro wszystko wygląda tak dobrze, to czemu w ogóle zastanawiamy się, czy jesteśmy światową potęgą? Odpowiedź jest prosta: główne argumenty, których ostatnio się używa, nieco zakrzywiają obraz. Począwszy od klasyfikacji medalowych, które przywoływaliśmy tu wcześniej, aż po niedawny Puchar Świata, gdzie wylądowaliśmy na drugim miejscu. Zacznijmy od tego ostatniego.

Jasne, jesteśmy w stanie się zgodzić, że rację miał Adam Kszczot, który mówił, że samo zaproszenie na taką imprezę jest wyróżnieniem i stawia nas w gronie potęg. Bo przy rozsyłaniu tychże brano pod uwagę właśnie siłę reprezentacji. Jednak już nasz wynik mógłby być nieco gorszy, gdyby tylko inne ekipy potraktowały tę rywalizację całkowicie poważnie.

Przemysław Babiarz:

– Amerykanie nie musieli się w pełni mobilizować, żeby wygrać z ogromną przewagą. Jednak ani Niemcy, ani Francja czy nawet Wielka Brytania, mimo że była u siebie, nie skrzyknęli najmocniejszych lekkoatletów. Dość dobrze wypadła Jamajka, której nie posądzalibyśmy o wszechstronność. A był taki moment, że nie wyprzedzaliśmy jej o wiele punktów. Wiadomo, że do lekkiej atletyki można podchodzić drużynowo, zliczać punkty, odzywa się tu taki duch lat 50. i 60.. To jest ciekawe, bo powoduje, że jest sens uprawiać lekką atletykę nawet, gdy nie biega się na poziomie finału olimpijskiego. W innym przypadku każdy, kto notowałby wynik w granicach 10,20 na 100 metrów machnąłby ręką i powiedział, że to mu nic nie da. A w reprezentacji taki ktoś się przydaje. Oczywiście można też mierzyć potęgę lekkiej atletyki rekordami świata, medalami olimpijskimi czy mistrzostw świata. Wtedy też jesteśmy krajem mocnym, ale czy potęgą? Nie sądzę.

Przypomnijmy też, że drugie miejsce zajęliśmy w dużej mierze dzięki kontuzji jednego z Brytyjczyków, który miał wystartować w sztafecie. Oczywiście, moglibyśmy wygrać z Wyspiarzami i bez tego, ale przez ten uraz już przed startem byliśmy pewni, że zajmiemy drugie miejsce. Nieco inne światło na nasz występ rzuca jednak Sebastian Chmara, który przypomina, że i u nas zabrakło kilku ważnych postaci:

– U nas też ten skład nie był najmocniejszy. Zawodnicy, którzy chcieli się przygotować do mistrzostw Europy mogli nie brać udziału, choć większość skorzystała z możliwości startu. Trochę dziur jednak było: wciąż nie mamy Angeliki Cichockiej, brakowało też m.in. Kamili Lićwinko, która jest w ciąży. Jakbyśmy przeanalizowali sobie to na spokojnie, to można by było się pokusić o zmiany, aczkolwiek w innych reprezentacjach też tak było, może i bardziej niż u nas. Może przy najmocniejszych składach nie zdobylibyśmy miejsca drugiego, ale gdybyśmy zajęli 3-4 pozycję, to też dałoby się taką tezę wysnuć. Ponadto samo zaproszenie na taką imprezę już o tym świadczy. Skoro jest się w tej ścisłej ósemce najwyżej notowanych drużyn lekkoatletycznych, to pozwala to bronić tezy, że jesteśmy jedną z potęg.

A co z tymi klasyfikacjami medalowymi? Cóż, zasady ich ustalania są dość jasne – najpierw liczą się złote medale. Można zdobyć dziesięć srebrnych, jednak wyżej notowana i tak będzie reprezentacja z jednym, ale złotym, krążkiem. To słabość zerkania na te tabele, aczkolwiek również motywacja (o ile ktoś potrzebuje dodatkowej) by zawsze mierzyć w pierwszej miejsce. Gdybyśmy mieli rekomendować coś znacznie bardziej wymiernego, to byłaby to z pewnością klasyfikacja punktowa, gdzie za określone miejsce w pierwszej ósemce otrzymuje się ustaloną liczbę punktów.

Jak więc wyglądało to na przestrzeni ostatnich lat?

  • mistrzostwa świata 2013 – 10. miejsce, 44 punkty
  • mistrzostwa Europy 2014 – 5. miejsce, 132 punkty
  • mistrzostwa świata 2015 – 8. miejsce, 68 punktów
  • mistrzostwa Europy 2016 – 3. miejsce, 149 punktów (mimo wygrania klasyfikacji medalowej!)
  • mistrzostwa świata 2017 – 4. miejsce, 86 punktów

Wniosek

Co rzuca się w oczy? Stały wzrost, który pozwala nam pretendować do miana światowej potęgi i uprawnia do wygłaszania takich opinii. Czwarte miejsce na świecie, trzecie w Europie – to lokaty, jakich nie da się lekceważyć. Dobijamy do grona najlepszych, ale wciąż jest to czas teraźniejszy. Brakuje nam bowiem utrzymania tego poziomu, by móc się do niego zaliczyć bez żadnych wątpliwości.

I od tego będą najbliższe lata – tegoroczne mistrzostwa Europy to dla nas szansa na dwa osiągnięcia. Po pierwsze, obronienie tytułu najlepszych w klasyfikacji medalowej, co, jak twierdzi Sebastian Chmara, będzie bardzo trudne, bo „gdy bronisz takiego osiągnięcia, już nic przed tobą nie ma, można tylko spaść”. Po drugie, wspięcie się na szczyt klasyfikacji punktowej. To nie mrzonka – w Amsterdamie, przed dwoma laty, brakowało nam 23 punktów.

Jeśli od tamtego czasu się rozwinęliśmy (a wierzymy, że tak jest), to czas to udowodnić, potwierdzając nasz status, na razie europejskiej, a za rok światowej potęgi. Tak by w tytule takiego tekstu za dwa lata nie było już znaku zapytania.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (14)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Yarek

Dyscypliny lekkoatletyczne nadal są w Polsce niszowym sportem (niestety). Promuje się przede wszystkim piłkę nożną przez pryzmat wielkich pieniędzy. Przeciętny piłkarz zarabia znacznie więcej niż nasi utytułowani medaliści i to jest smutne. Od kilku lat widać coraz lepsze wyniki i to jest akurat powodem do radości. Najważniejsze, aby była kontynuacja w szkoleniu lekkoatletów, aby młodzi ludzie mieli chęć trenowania dyscyplin lekkoatletycznych, które nie są łatwymi i wymagają ciężkiej pracy oraz dużego poświęcenia. Oby obecne sukcesy przekładały się na przyciąganie większej ilości osób chętnych do uprawiania biegów, skoków czy innych dyscyplin technicznych wchodzących w skład konkurencji lekkoatletycznych!

blasphemer93
FC Lahti / Stoke City

100% racji, co więcej zawsze irytuje mnie to narzekanie lekkoatletów (chociażby Lewandowski Marcin) „hurr durr zarabiamy milion mniej niż przeciętny piłkarz, a mamy cięższe treningi kurła” to właśnie trzeba dbać o to by zainteresowanie dyscypliną było większe, a nie roszczeniowo narzekać. Ja sam mam nadzieję, że te proporcje się zmienią, ale zamiast narzekać niech wykonają krok do przodu, bo poprzez malkontenctwo tylko zrażają do siebie ludzi.
EDIT: Co nie zmienia faktu, że stypendialny system jest do zaorania.

Wacław Grzdyl

Co to znaczy przeciętny piłkarz? Czy Łukasz Trałka zarabia więcej niż Anita Włodarczyk? Na pewno nie.

Yarek

Nie chcę tutaj wprowadzić w błąd, ale jeśli dobrze kojarzę to J. Kosecki zarabia w Śląsku Wrocław około 60-65 tys. zł miesięcznie. Nie jest to wybitny piłkarz o czym świadczyć może fakt, że grał w przeciętnym Śląsku, a teraz odszedł dla lepszych zarobków do 2 ligi tureckiej. Oczywiście nie znam zarobków Pani Anity Włodarczyk, ale nie wydaje mi się, żeby miesięcznie zarabiała okolice 50 tys. zł lub więcej. Popularność piłki nożnej oraz lekkoatletyki nie może być porównywana, a co za tym idzie pieniądze są również nieporównywalne. Z tego co pamiętam to za medal olimpijski PKOL płacił między 60-120 tys. zł (w zależności od koloru medalu), a impreza takiej rangi odbywa się raz na cztery lata. Reszta to stypendia lub prywatni sponsorzy i nie wydaje mi się, żeby aż takie pieniądze płacono naszym mistrzom lekkoatletycznym (ale oczywiście mogę się mylić…).

Wacław Grzdyl

No to Anita Włodarczyk już w 2009 roku zarobiła ponad 700 tys. zł, – czyli niby tyle samo ale de fakto więcej, bo trzeba wziąć poprawkę o 9 lat wstecz, (inflacja i te sprawy), a w 2016 było to około 1,5 mln złotych, czyli już dużo więcej- dane z listy top 100 najbogatszych polskich sportowców
Kosecki to i tak troche specyficzny przypadek, bo w naszej lidze miał pewnie jeden z najlepszych kontraktów,
najlepsi polscy lekkoatleci zarabiają dobrze, mają wysokie gaże z mitingów , sponsorzy, plus stypendia, reklama, plus nagrody za wysokie miejsca z imprez mistrzowskich,

Yarek

Dlatego nie byłem w stanie podać liczb, bo ich nie znam. Faktem pozostaje jednak to, że lekkoatletyka nie jest tak medialna jak piłka nożna. Wielu lekkoatletów chciałoby mieć zarobki na poziomie choćby takiego J. Koseckiego, który w Śląsku nie zarabiał najwięcej. Biorąc pod uwagę fakt, że w Lechii Gdańsk wielu graczy zarabiało ponad 100 tys. miesięcznie (choćby Peszko, Krasic, Paixao) to i tak są kluby, w który płaci się miesięcznie ponad 100 tys. zł graczom. Ja osobiście jestem za odpowiednim nagradzaniem lekkoatletów, bo oni naprawdę ciężko pracują/trenują!

pep pep

Nie ma co patrzeć na kadłubowy nieoficjalny PS, ale tak – jesteśmy małą potęgą lekkoatletyczną, z jednakowoż małym (a może dużym) zastrzeżeniem. Popatrzmy na liczbę medali z najlepszych MS oraz na liczbę medali w każdych IO od 2004r.. Popatrzmy na klasyfikacje medalowe kilku ostatnich ME (kogo wyprzedziliśmy, ostatnio wszystkich) oraz na to jakie miejsca w klasy medalowej (a tym bardziej w liczbie medali) zajęli w klasyfikacji IO, ci których wyprzedzaliśmy w ME.

Jesteśmy potęgą, ale tylko w tych latach , w których nie rozgrywa się IO, co jest wynikiem mega-błędów systemowych . Na IO nie ma kompromitacji jak niemal każdorazowo u kajakarzy ,ale żal, że nie potrafimy być potęgą wtedy kiedy trzeba ( a poprzestajemy na IO tylko na pojedynczych gwiazdach i ich nielicznych medalach) . Inni cztery lata myślą o szczycie wtedy kiedy trzeba, w czteroleciu odpoczywają , eksperymentują , a nasi wypruwają się co rok na maxa w fatalnym systemie stypendialno-ósemkowym lub za gazami z mityngów , w także w hali która ma rangę niczym LGP w skokach
. Ba wielu z nich nawet w roku olimpijskim nie potrafi odpuścić hali, albo robi sobie szczyt formy na kadłubowe ME (lub jedno i drugie !) , albo jeszcze wcześniej na czerwiec oby tylko zapewnić sobie minimum na IO (które bywało bezsensownie zawyżane) bo lepiej mieć minimum i dostąpić zaszczytu startu z zerową szansą na medal , niż ponieść ryzyko że na 30 % nie zrobi się minimum ale zachować np 3 % szans na medal IO

varak
RKS Radomiak Radom

Bo taka jest nasza mentalność, że my nie potrafimy odpuścić mniej istotnych zawodów. I to nawet nie chodzi o nieumiejętność określenia celu sportowego, tylko przez uleganie presji zewnętrznej – wystarczy dosłownie jeden mniej udany start i od razu zaczyna się polskie piekiełko pod tytułem „hurr durr, miały być mocne takie, a medalu nie zdobyły, do dupy z nimi, wywalić trenerów, oddajta piniondze”.
Zresztą doskonały przykład mieliśmy ostatnio w siatkówce przy okazji Ligi Narodów, gdzie początkowo w ogóle nie zakładano, że nasi przygotowując się z nowym trenerem do mistrzostw świata awansują do Final Six, ale jak już tam weszli i nic nie ugrali, to zaraz wszelacy „eksperci” zaczęli się doszukiwać przyczyn tej porażki i rozmyślać, że może lepiej by było tak a może siak.

TotoRiina

Jest tak jak napisał pep pep, w dużej mierze to kwestia braku sponsorów na odpowiednim poziomie i odpowiednią skalę. Wielu zawodników, albo bazuje na stypendiach, albo musi gdzieś dorobić, więc nie poświęca się w 100%.

A że szykują formę na ME czy MŚ np. w roku przedolimpijskim, to kwestia w dużej mierze zasad przyznawania stypendiów, które i tak są zbyt niskie, by sfinansować choćby jakikolwiek obóz…. a gdzie jeszcze kasa na przeżycie?

varak
RKS Radomiak Radom

Te stypendia to w ogóle jest jakiś absurd. Stypendia powinny być dostępne tylko i wyłącznie dla sportowców młodych, obiecujących i na dorobku, wtedy sytuacja byłaby jasna, przekraczasz jakiś tam wiek, garnuszka nie dostajesz i sobie radzisz… albo sobie nie radzisz i zmieniasz zawód.

Powtórzony karny Błaszczykowskiego
FC Barcelona

Jesteśmy potęgą europejską bez dwóch zdań.

Natomiast w skali świata to bym nie powiedział. Na dzień dzisiejszy jest jedna potęga – USA. Zawieszenie Rosji robi lekkoatletyce wielką szkodę, bo w tym kraju to sport popularny, ale ciężko sobie na to zapracowali…

Ponadto problemem jest, że my jesteśmy potęgą wybiórczą. Owszem dobre wyniki w klasyfikacjach medalowych i punktowych dużych imprez cieszą. W porównaniu do przełomu wieków gdy każdy medal był na wagę złota, to teraz jest luksus niesamowity. Jednak gwiazdy Królowej Sportu wywodzą się głównie z konkurencji rzutowych, w tym z najmniej chyba popularnej konkurencji stadionowej LA, czyli rzutu młotem.

Jakie to ma znaczenie powiecie? Medal to przecież medal, a konkurencje są sobie na papierze równe.

Niby tak, ale gdybyśmy mieli wybitnego sprintera to stadion by się zapełniał na dużych imprezach, a i popularność całej dyscypliny (spadająca wciąż ku memu wielkiemu smutkowi) poszybowałaby w górę, dając tym samym nadzieję na nowe pokolenie lekkoatletów.

Dobrze unaocznił to Memoriał Kusocińskiego rozgrywany w Chorzowie, gdzie pomimo obecności gwiazd polskich i zagranicznych, przyszło zaledwie 20 tysięcy ludzi.

Z tego powodu PZLA prawdopodobnie wycofa się z pomysłu rozgrywania tam Mistrzostw Polski w przyszłym sezonie. Niestety nie ma w Polsce mody na lekkoatletykę. Może to moja mrzonka, ale wydaje mi się, że gwiazda w jednej z najbardziej medialnych konkurencji mogłaby tu dużo zmienić.

PS Cieszę się, że nie pomijacie na Weszło lekkoatletyki. Niemniej dałoby się pisać więcej. Nie było ani jednego słowa o niedawno zakończonych Mistrzostwach Polski. Wielkimi krokami zbliżają się Mistrzostwa Europy i liczę na wysyp ciekawych tekstów! Królowa sportu jest tylko jedna!

PPS A o takiej Martynie Kotwile to aż prosi się, żeby skrobnąć jakiś materiał 😉

Penguin

Nic dziwnego, że Polska idzie w rzuty i to jest dobry kierunek. Na zawodach pokroju MŚ ciężko jest rywalizować z Masajami czy inną Etiopią w biegu na 10 km, albo koalicją USA-Jamajka w sprincie na 100 czy 4×100. Tu też jest trochę kwestii genetycznych, prawda jest jednak też taka, że jeśli ktoś ma gaz, to zwykle idzie do piłki i przepada faulowany raz po raz.
Ale to nie oznacza że w LA nie ma dalej pól do zagospodarowania. Takimi jest na przykład siedmiobój i dziesięciobój – nie pamiętam tutaj choćby wyróżniającego się Polaka.
A co do PPS pełna zgoda, trzymam kciuki na Martynę Kotwiłę!

Azzurro

Do lokalnych mediów zapraszam na materiały o Martynie. :) Na dniach nowy wywiad będzie, a póki co zostawiam stary.

http://www.cozadzien.pl/sport/martyna-kotwila-moj-rekord-polski-to-dla-mnie-kosmos/45053

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz