Zakazy wyjazdowe są jedną wielką fikcją. W Płocku kolejny przykład
Weszło

Zakazy wyjazdowe są jedną wielką fikcją. W Płocku kolejny przykład

Komisja Ligi regularnie ośmiesza się kuriozalnymi decyzjami, ale przekonujemy się także – nie po raz pierwszy zresztą – że w niektórych przypadkach jej kary są fikcją i z góry wiadomo, że nie będą egzekwowane. Najlepszym przykładem są zakazy wyjazdowe dla kibiców. W niedzielę dostaliśmy kolejne potwierdzenie, że w praktyce są one martwe. Najgorsze, że najwyraźniej mało komu to przeszkadza i chyba nawet członkowie tego gremium zakładają, że inaczej być nie może.

Po ekscesach na finiszu poprzedniego sezonu, gdy kibice Lecha doprowadzili do przerwania i zakończenia przed czasem domowego meczu z Legią, wśród kar nałożonych przez KL był m.in. zakaz wyjazdowy dla kibiców „Kolejorza” obowiązujący do końca tego roku.

W normalnych okolicznościach oznaczałoby to, że przez całą rundę jesienną Lech nie miałby wsparcia z trybun poza domem. W normalnych okolicznościach. Okazuje się bowiem, że zakaz zakazem, a praktyka praktyką. W niedzielnym meczu w Płocku na sektorze gości jakby nigdy nic zasiadła spora grupa kibiców z Poznania, były klubowe barwy, transparenty i tak dalej. Nawet eskorta policji. Żadna konspiracja, wszystko w biały dzień.

To oczywiście nie pierwszy taki przypadek. Zakazy wyjazdowe są omijane regularnie i nic się z tym nie robi. Kara nałożona, Komisja zadowolona. A że potem dzieje się co chce? To już nie jej problem.

Jesienią 2015 roku mimo zakazów na wyjazdy pojechały grupy kibiców Jagiellonii Białystok i Ruchu Chorzów. Co wtedy powiedział „Dziennikowi Zachodniemu” Zbigniew Mrowiec, przewodniczący Komisji Ligi? Cytujemy: – Nie, to nie jest omijanie kary. Kara jest nakładana na klub i dotyczy zakazu organizowania wyjazdów „zorganizowanych” grup kibiców, tj. m.in. grup prowadzących zorganizowany doping z sektora przeznaczonego dla kibiców drużyny przyjezdnej. Kara nie polega na zakazie wstępu kibiców klubu drużyny przyjezdnej na stadion w trakcie meczu, na który obowiązuje zakaz organizacji wyjazdów. Kwestia, kto może wejść na stadion na normalnych zasadach jest sprawą organizatora i organizator ma zapewnić bezpieczeństwo i porządek na stadionie, a także ponosi odpowiedzialność za utrzymanie porządku i bezpieczeństwa.

Krótko mówiąc: sam Mrowiec przyznał wtedy, że ominięcie skutków tej kary jest prostsze niż dziury na pustej autostradzie. Jak widać, od tego czasu nic się nie zmieniło. Wystarczy, że wyjazd nie jest sygnowany przez klub, a reszta zależy od organizatora. Jeżeli dane kluby nie są ze sobą skonfliktowane kibicowsko, to przeważnie wyjazdowicze bez problemu wchodzą na stadion. Nie mamy „zorganizowanych grup kibiców”, tylko po prostu kibiców na trybunach. Żonglowanie formułkami, efekt ten sam.

W zasadzie wszystko to w rozmowie telefonicznej potwierdził nam prezes Wisły Płock, Jacek Kruszewski. – Nie był to wyjazd w żaden sposób organizowany przez poznański klub, bez podpisów kierownika ds. bezpieczeństwa i tak dalej. A takich przypadków dotyczy zakaz wyjazdowy. Kibice Lecha kupowali bilety pojedynczo w kasach, tak jak nasi kibice. Jeżeli konkretna osoba nie ma zakazu wstępu na stadion, nie możemy jej zabronić kupna biletu. Oczywiście wiedzieliśmy, że kibice z Poznania licznie przyjadą w tym celu. Chcąc, żeby kibice mogli po prostu obejrzeć mecz – bo przecież dla nich się gra – woleliśmy im przekazać od razu sektor gości, odgrodzony od reszty publiczności. To lepsze rozwiązanie niż wymieszanie fanów obu drużyn czy ryzykowanie, że kibice gości chcieliby siłą wejść na stadion. Decyzji nie podejmowaliśmy sami, konsultowaliśmy ją z policją i innymi służbami. Rzecz jasna taki ukłon w stronę przyjezdnych nie byłby możliwy, gdyby chodziło o zwaśnione grupy, ale tutaj tak nie było. Kibice Wisły może nie żyją w wielkiej przyjaźni z kibicami Lecha, nie ma jednak między nimi konfliktu. Na meczu nie było nawet wulgaryzmów – mówi Kruszewski.

Przyznaje więc, że zakazy wyjazdowe są czystą teorią. – To zależy od tego, o jak silnej grupie kibiców mówimy. W przypadku tak licznej grupy jak Lech te zakazy faktycznie nie działają. Nie są to sytuacje nagminne, ale zdarza się, że kluby wolą pójść na rękę takim grupom i prewencyjnie uniknąć kłopotów – o ile oczywiście żyją one w zgodzie z kibicami gospodarzy – nie ukrywa prezes Wisły.

Uważam, że powinniśmy znacznie bardziej pójść w kierunku karania konkretnych osób, które rozrabiają. Nie jestem zwolennikiem odpowiedzialności zbiorowej. Próbujemy jako kluby i Ekstraklasa SA znaleźć rozwiązania. Inna sprawa, że moim zdaniem bezpieczeństwo na polskich stadionach to w ostatnich latach nie jest jakiś wielki kłopot. Tak było w przeszłości – puentuje Kruszewski.

Tutaj pełna zgoda, ale wyjściowy problem pozostaje. I naprawdę niezbyt by nas to zajmowało, gdyby nie fakt, że chodzi jednak o kary, których nie nakłada się za brzydki herb czy nieudany transfer. Powinno trochę zaboleć, tymczasem „kara” od początku jest jedną wielką fikcją, a furtki – by nie powiedzieć bramy – do jej ominięcia są otwarte na oścież. Nie trzeba się nawet gimnastykować, żeby wjechać.

Skoro więc mamy zakazy istniejące tylko teoretycznie, przedstawiamy bardzo odkrywczy pomysł: może po prostu ich nie nakładajmy? Taryfikator kar jest przecież szerszy. Inaczej potęguje się tylko przekonanie stadionowej łobuzerki, że w praktyce nic jej nie można zrobić.

PM

Fot. FotoPyk