Wraca liga. Śmiać się czy płakać?
Weszło

Wraca liga. Śmiać się czy płakać?

Za nami mundial. Rozgrywki, w których hitowe mecze wbijają w fotel. Turniej, w którym biorą udział zawodnicy, którzy potrafią grać w piłkę. Mistrzostwa generujące obrazki, które błyskawicznie roznoszą się po całym świecie i to nie dlatego, że ktoś się potknął na piłce albo wbiegł na murawę i przerwał mecz. Coś, co interesowało całą Polskę i cały świat. Coś, na co aż chciało się patrzeć i żyć tym z dnia na dzień. 

Czas się wreszcie odchamić.

Każdy wie, że mundial z piłką ma niewiele wspólnego. Co to za piłka, w której strzały wpadają do bramki? W której gorszy fragment meczu ma mniej niż osiemdziesiąt minut? W której najlepsi piłkarze wracają do najlepszych klubów, gdzie grają o trofea, a nie o uniknięcie wpierdolu w Armenii? W której nie ma centrostrzałów? Uderzeń w aut? Pustych stadionów? Kibiców, którym odbiera rozum? Drużyn, które startują z ligą, a potrzebują jeszcze ośmiu wzmocnień? Co to za piłka, w której emocje są większe niż na grzybach?

Jeśli podobała wam się końcówka meczu Polska – Japonia, uspokajamy – tak teraz będzie co tydzień!

Jeśli podobał wam się mecz Lecha Poznań z Gandzasacośtam, uspokajamy – tak teraz będzie co tydzień!

Ale wiecie co? W sumie to się cieszymy. Oczywiście nie zapomnieliśmy o niedoskonałościach naszych piłkarzy, mimo że od końca ubiegłego sezonu minęły równe dwa miesiące. To jest jednak taki dzień, w którym przymykamy na nie oko. Zawsze uwielbiamy ten wielki moment, w którym wraca najlepsza liga świata. Od rana – cytując naszego redakcyjnego Lorda Koksa – zęby swędzą i kuśka dyga, gdy wraca polska Bundesliga. Odliczamy godziny do osiemnastej. Spodziewamy się… sami nie wiemy czego. Mimo to czujemy podekscytowanie. I co? I dostajemy paździerz poprawiony za chwilę kolejnym, a na drugi i trzeci dzień znów następnymi. Po takim maratonie uświadamiamy sobie, jak będą wyglądać nasze weekendy w najbliższych miesiącach.

Ale kurcze – jak my to kochamy!

Jaki to będzie sezon? Jak zwykle – cholera wie. Logika nakazywałaby zakładać, że będzie to sezon jednej prędkości, bo rywale Legii – która w zeszłej edycji była słaba jak nigdy i której taki rok nie musi się wcale powtórzyć – poruszają się po rynku transferowym jakby za wszelką cenę chcieli wypisać się z gry o poważne cele. Legia z kolei po raz kolejny pokazała na rynku swoją moc i wyciągnęła najlepszego piłkarza ligi. Lech? Jedynym sukcesem jest póki co pogonienie Barkhrotha. Jaga? Zgarnęła czołowego piłkarza pierwszej ligi (Machaj) i z poważnych wzmocnień to byłoby na tyle. Górnik? Bez Kądziora i Kurzawy wcale nie musi powtarzać tak dobrego sezonu. Wisła Płock? Straciła lidera. Wisła Kraków? Z wielkimi problemami. Korona? Bez piłkarzy. Lechia? Bez szaleństw. Zagłębie? Identycznie. Mamy wrażenie, że tak słabego okna nie było od lat. Jeśli gdzieś mamy upatrywać niewymuszonych pozytywów, to głównie w Cracovii i Śląsku.

Z drugiej strony wcale nie zdziwimy się, jeśli w walkę o mistrzostwo włączy się – na przykład – Zagłębie Sosnowiec, a sezon, który zapowiada się jeszcze gorzej niż poprzedni, okaże się sztosem, jaki będziemy wspominać przez lata. I to jest najpiękniejsze w tej lidze – nieprzewidywalność. Jeśli spytacie nas, jaki to będzie sezon, bez wahania udzielimy odpowiedzi – nie wiemy.

Wiemy tylko jedno – że dziś wieczorem przykuwamy się do telewizorów. Najpierw dostaniemy starcie Miedzi z Pogonią, wieczorem mecz Jaga – Lechia. Mój Boże, co tu się będzie działo!

Fot. FotoPyK