Djurdjević: W Lechu ma być zawsze wojna. I na tę wojnę idę
Weszło Extra

Djurdjević: W Lechu ma być zawsze wojna. I na tę wojnę idę

– Każdy człowiek podświadomie dąży do tego, by mieć komfort. Każdy chciałby mieć świetne zarobki, własny dom, same sukcesy w CV i generalnie luz w życiu. Taka jest natura człowieka. I tę naturę trzeba prowokować. Pobudzać czujność – mówi Ivan Djurdjević, były piłkarz Lecha Poznań, a obecnie jego trener. I to trener, w którego wierzy cały Poznań. W obszernej rozmowie opowiada nam o swojej filozofii prowadzenia zespołu, kulisach rozmów z Carlitosem, tworzeniu piłkarzy, wierze w trening i nowych nabytkach.

Wiele osób powtarza, że to zły moment, by został pan trenerem Lecha. Bo presja, bo trudny okres. Prezes Karol Klimczak powiedział, że Ivan pali się do pracy. Pan się pod tym podpisuje?

– Czy to jest dobry moment…? Wyjeżdżałem ze swojego rodzinnego domu jako osiemnastolatek. Jechałem grać w piłkę do Hiszpanii. Wtedy też mogłem się pytać sam siebie „Ivan, to jest dobry moment?”. I pewnie gdybym wtedy analizował to wszystko, przedstawił wszystkie za i przeciw, to wyszłoby na to, że powinienem zostać w domu. Ale wówczas zdecydowałem się na ten ruch i dzięki temu jestem tu, gdzie jestem. Bardzo lubię poddawać się w życiu nowym bodźcom. Lubię wychodzić ze swojej strefy komfortu. Wtedy jako nastolatek zderzyłem się z rzeczywistością. Mówi się, że jeśli wychodzisz poza tę sferę bezpieczeństwa, to stajesz się bardziej kreatywny, bardziej zdeterminowany, bardziej odkrywczy. Twój mózg otwiera się na nowe opcje. Dla mnie to kapitalna sprawa i będę chciał przenieść to wszystko na drużynę.

Powie pan wprost – tak, jestem gotowy na to, by być trenerem Lecha?

– Oczywiście. Byłem i jestem dobrym kandydatem na to stanowisko. Nie mam świetnego trenerskiego CV. I co? Czy to zawsze działa? Na samym doświadczeniu nigdzie nie zajedziesz. Musisz wykonać swoją robotę – dzień po dniu, trening po treningu, mecz po meczu. Zdobyłeś kiedyś mistrzostwo? Fajnie, ale właśnie – „zdobyłeś”. A ty masz je zdobyć w sezonie, który przed tobą. Czas przeszły, czas przyszły. Ja się nie pchałem do biura prezesa. Sam zostałem zapytany. I z miejsca powiedziałem – tak, możecie na mnie liczyć. Tak jak mogli wcześniej, gdy wychowywałem juniorów Lecha. Jestem potrzebny wyżej? Okej, biorę to.

Długo się pan zastanawiał?

– Zimą miałem oferty z innych klubów i nie ukrywam, że myślałem o tym, by spróbować swoich sił jako samodzielny trener pierwszej drużyny seniorskiej, bo do tej pory prowadziłem juniorów i rezerwy. Ale prezesi Lecha byli przekonani i ja się nie musiałem zastanawiać „czy to jest ten moment?”. Nie w tym rzecz. Dam taki przykład. Pan pracuje w Weszło, więc musi przekonać czytelników, że warto go czytać – dobrze pisać, znajdywać ciekawe tematy, przedstawiać swoją opinię. A ja muszę teraz swoją pracą z zawodnikami doprowadzić do tego, że kibice będą przekonani, że temu zespołowi warto kibicować. Rozmyślanie „hmmm, jestem gotowy? A może jeszcze muszę zaliczyć jakieś przetarcie w innym klubie?” było bezcelowe.

Podobnie było wtedy, gdy poszedł pan na pierwszy kurs trenerski. Długo się nie pan nie wahał.

– W życiu spróbowałem tylko dwóch zawodów – piłkarza i trenera. Miałem 25 lat i otrzymałem pierwszą licencję. Grałem w Portugalii, ktoś wszedł do szatni i rzucił pomysł, żebyśmy zapisali się na kurs. Poszliśmy skromną grupą, skończyliśmy wykłady i treningi, dostaliśmy do rąk dyplom. I o ile sama decyzja była spontaniczna, to do samej drogi zawodowej przygotowywałem się bardzo rzetelnie. Spodobało mi się to. Dziesięć lat przed końcem kariery wiedziałem, co chcę robić po zawieszeniu butów na kołku.

Obserwował pan trenerów, z którymi pan pracował?

– Tak, pamiętam jak często rozmawialiśmy z Jackiem Zielińskim czy Andrzejem Juskowiakiem. Nie wtrącałem im się w robotę, ale też jako doświadczony piłkarz miałem swoje przemyślenia. Im bliżej końca kariery, tym bardziej myślałem o pracy szkoleniowej. Ten ostatni rok grania w piłkę… Przyznam szczerze, że nie byłem już specjalnie zmotywowany do gry. Pracowałem ciężko, ale wiedziałem już, że jestem po drugiej stronie rzeki.

Dzisiaj wcale nie gra pan w piłkę.

– Wcale. Nie ciągnie mnie. Nie to, że zgniotłem w sobie tę pasję. Nadal futbol mnie kręci. Ale już nie w ten sam sposób. Raczej nikt nie namówi mnie na ligę oldbojów. Wolę poświęcić się w całości pracy trenerskiej.

Powiedział pan też kiedyś, że gdy kibice zaczepiają pana na ulicy i wspominają pana z boiska, to ma pan wrażenie, że to było dziesięć lat temu. A tak naprawdę ostatni mecz zagrał pan w czerwcu 2013 roku. Później przez pięć lat cierpliwie przygotowywał się pan do nowej roli.

– I teraz spłacam swój dług. Bo Lech we mnie uwierzył i we mnie zainwestował. Myślę, że trudno o drugi taki klub w Polsce, który tak bardzo inwestuje w ludzi – ja jestem tego przykładem, mój asystent – Maciej Stachowiak – również, ale też wielu piłkarzy czy trenerów. Znam mentalność ludzi tu żyjących i wiem, że ten klub w pewien sposób ten sposób bycia uosabia. Chodzi mi o tę pracę u podstaw, krok po kroku, cierpliwie. Nigdy się nie pchałem na siłę. Ja jestem od tego, by służyć wyższemu celowi. A tym wyższym celem jest Lech.

Nie kusiło pana, by dołączyć do sztabu kogoś z zewnątrz? Tak naprawdę przeniósł pan do pierwszej drużyny tych ludzi, z którymi pan pracował w rezerwach. Do tego doszli ci, którzy już pracowali przy pierwszej drużynie – kierownik, lekarze, trener przygotowania fizycznego.

– Rozmawiałem raz z takim znanym polskim lekarzem. Gadaliśmy sobie tak swobodnie i od w pewnym momencie mówi do mnie „wie pan co, pan pracował na zachodzie, ja też trochę świata zobaczyłem i wie pan jaki ja mam wniosek? Że tam wcale nie ma ludzi znacznie lepszych od nas”. Specjalnie wybrałem tych ludzi, bo ja nie potrzebuję kogoś z zewnątrz. Mam zaufanie do nich. To jedna rzecz. A druga – kto wie najlepiej, co jest w domu nie tak, jak nie sami domownicy? Mój sztab zna Lecha, żyje Lechem, kibicuje mu z całego serca. Oni wiedzą czym jest Lech, o co tu grasz, przed iloma kibicami odpowiadasz swoją pracą. Żaden z nich nie spakuje walizek w środku sezonu i nie powie „Ivan, to chyba nie to, nie czuję tej pasji”. Oni będą bronić tego domu także w słabszych momentach, a zdaje sobie sprawę z tego, że one w piłce są nieuniknione.

W poprzednim sezonie był pan na bieżąco z sytuacją pierwszego zespołu. Uczestniczył pan co tydzień w spotkaniach działu sportu, gdzie trenerzy i prezesi rozmawiali o pierwszej drużynie, rezerwach, grupach juniorskich. Widział pan tę zapaść Lecha w fazie finałowej. Wydaje się, że powinienen pan wejść do klubu z gotową receptą na zasadzie „wiem, co nie zadziałało, teraz należy poprawić to, to i tamto”.

– Wiem czego ludzie od nas oczekują. I odnoszę wrażenie, że potencjał wielu chłopaków nie został uwolniony. Wiem co mówią ludzie – wymień dziesięciu piłkarzy, kup nowych i będzie dobrze. Ale nie w tym rzecz. Środkiem do celu jest wyeksponowanie tych dobrych cech, które mają piłkarze z obecnej drużyny, a które były stłumione.

Jurgen Klopp na zarzut jednego z dziennikarzy, że przeprowadza mało transferów, odpowiedział, że on wierzy w trening, a nie transfery.

– I ja mam tak samo. Ale szukamy też piłkarzy, którzy mogą wzmocnić drużynę. Jest Pedro Tiba, przyjdzie pewnie dwóch kolejnych. Pamiętaj, że dzisiaj nie jest łatwo ściągnąć dobrego piłkarza. Ktoś powie „musicie płacić!”. No dobrze, ale myślisz, że inni nie płacą? Świeży przykład. Tibę chciał klub z Turcji, płacili mu prawie dwa razy tyle, co w Poznaniu. Ale porozmawiałem z nim – że ma tu spokojny kraj, duże perspektywy, ciekawy projekt. I on wybrał klub, gdzie dostał mniej kasy, ale on marzy o sukcesach. Nie chcę piłkarzy, którzy przyszliby tutaj usiąść na tyłku i być zadowolonym. Chcę zawodników przepełnionych głodem zwyciężania. Jeśli tu ma przyjść obcokrajowiec, to taki, który rozwinie zespół i który pomoże młodym w trudnych momentach.

Bywało tak, że obcokrajowcy nie do końca rozumieli, że Lech to klub specyficzny. W Poznaniu co roku masz najlepszą frekwencję w kraju i dość specyficzny klimat kibicowski. Przegrywając w niedzielę psujesz połowie miasta humor na następny tydzień. Pamięta pan sytuację z meczu Lecha z Piastem Gliwice? Kolejorz przegrywał, kamera pokazała ławkę rezerwowych, a tam zabawa i uśmiechy.

– O tym mówię. Zadaję sobie pytanie – co my robimy, jako klub, by oni zrozumieli czym jest Lech. Często czytałem wypowiedzi zawodników przychodzących do Lecha, że fajnie, że widział filmiki z kibicami na YouTube, że podoba mu się atmosfera. No i co dalej? On musi wiedzieć, że śmiejąc się na ławce przy porażce śmieje się kibicom w twarz. Musi wiedzieć, że są pewne reguły, których się nie łamie. Że nie może przed kamerą wymieniać się koszulką z piłkarzem Legii czy Wisły Kraków. Życie wykreowało pewne uwarunkowania i musisz się tu tego trzymać. I to nasza wina, że on tego nie wie. Musimy im to przekazywać jasno i klarownie. Pewnych rzecz nie robisz. Koniec, kropka. Być może w przeszłości nie do końca rozumieliśmy o co chodzi w pojęciu „aklimatyzacja”.

Przez te błędy z przeszłości klubu dał pan niektórym zawodnikom drugą szansę? Radutowi…

– … Rogne, de Marco… Tak, każdemu z różnych względów. Ale podjęliśmy takie decyzje.

Słyszałem, że mocno stawia pan na budowę chemii w szatni. Żeby to faktycznie był zespół. Wprowadził pan nawet taką pozornie błahą zasadę zbijania piątek po treningach. Podczas obozu mieliście dużo gier na zaufanie.

– Wiesz dlaczego koledzy z zespołu muszą być najlepszymi przyjaciółmi? Nie chodzi mi o to, że każdy musi się kochać i zapraszać na obiady do domu. Oni mają być przyjaciółmi, bo mają jeden cel – wielkiego Lecha. Dzień po dniu budujemy świadomość tych chłopaków. Dlatego nie rozpisuję im regulaminów na kartkach, bo nie o to w tym chodzi. Oni mają być tak samozdyscyplinowani, by wiedzieć, że pewnych rzeczy się nie robi. Podczas obozu w Opalenicy sam zdecydowałem o tym kto z kim będzie w pokoju. Na kolejnych wyjazdach będziemy robić przetasowania. A jeśli ktoś przy którejś rozpisce powie „hej, nie chcę z nim być w pokoju”, to niech się pakuje, bo skoro nie chce z danym zawodnikiem spać w jednym pomieszczeniu, to znaczy, że nie chce z nim grać w jednej drużynie.

To był jeden z głównych zarzutów do Lecha w ostatnich latach. Że to jest zbiór piłkarzy, w którym każdy ciągnie w swojej stronę. A nie była to drużyna.

– Zdobyć mistrzostwo w pojedynkę to może Angelique Kerber, Novak Djoković czy Usain Bolt. A w piłce jak jesteś sam, to nic nie zdobędziesz. Ja też nie jestem cudotwórcą – że wchodzę do szatni i mówię „dzień dobry, jestem liderem, dzięki mnie będziecie mistrzami”. Raz, że wyszedłbym na głupka, a dwa, że jestem tylko trybikiem w tej maszynie. Chciałbym, żeby każdy tak podchodził – jestem częścią czegoś dużego. I jestem pozytywnie zaskoczony tym, co spotkałem w drużynie, bo każdy jest bardzo rzetelny w swojej pracy. Kieruję się dewizą, że jeśli chcesz zdobyć w życiu coś, czego nigdy nie zdobyłeś, to musisz robić coś, czego nigdy w życiu nie robiłeś. Dlatego ucieszyłem się, gdy dzisiaj Christian Gytkjaer mi powiedział, że nigdy tak ciężko nie trenował. Mówię „widzisz, chłopie, o to w tym chodzi”.

Widzę, że czuje pan presję mistrzostwa.

– Raczej pasję w tym, by je zdobyć. Nie obiecam teraz, że mistrzostwo będzie. Ale będziemy robić wszystko, by mistrzem był Lech.

W ostatnich latach Lech grał zawsze na czwórkę obrońców. Pan zmienił ten system i teraz będziecie grali na trójkę. Stosował pan tę formację w rezerwach. Myśli pan, że to najlepsze ustawienie dla tej drużyny?

– Żeby była jasność – 4-2-3-1, 3-5-2, 3-4-3… Dla mnie to tylko cyferki. Możesz to rozpisać jak chcesz, serio. Bardziej interesują mnie zadania zawodników. To jest w tym wszystkim kluczowe. W dzisiejszej piłce drużyna przechodzi w ciągu meczu przez dziesięć różnych systemów gry. Schemat to możesz mieć przy stałym fragmencie gry. Zawodnik w trakcie spotkania ma się charakteryzować trzema cechami – niezależność, autonomiczność i podejmowanie najlepszych decyzji w danym momencie.

Nie rozumiem.

– Gra w piłkę jest bardzo płynna, elastyczna. Jestem daleki od umieszczania piłkarzy w pewnych schematach. My, jako sztab, musimy bombardować ich różnymi bodźcami w trakcie treningów, by w meczu oni byli gotowi na różne rozwiązania. Przykładowy lewoskrzydłowy nie może mieć wbitego do głowy jednego schematu, który dostanie od nas na treningu. Trzeba go prowokować do różnych sytuacji na boisku. Kreatywność – tego oczekuję i nad tym pracujemy.

Z czegoś Lecha trzeba jednak rozliczać. Lech Macieja Skorży miał charakteryzować się dużą wymiennością pozycji. Lech Jana Urbana opierał się na posiadaniu piłki. A pana Lech jaki będzie?

– Ma się charakteryzować dominowaniem, agresywnym posiadaniem piłki, elastycznością. Chcę zespołu odważnego, który nie pęknie w ważnych momentach. Chcemy być przy piłce, ale nie tylko dla samego posiadania. Możliwe, że będziemy płynnie przechodzić między trójką i czwórką w obronie.

Nie ma pan wrażenie, że ten dzisiejszy Lech jest jednak słabszy kadrowo od tego, który kończył tamten sezon? Nie ma Dilavera, Situma, Majewskiego, ale i tych rezerwowych, czyli Chobłenki i Koljicia.

– Spokojnie, jeszcze dwa transfery przed nami. Jestem bardzo zadowolony ze ściągnięcia Pedro Tiby, Tomek Cywka też pokazuje się z dobrej strony. Czy lepszy, czy gorszy? To pokaże sezon. Ale widzę, że mam samych zawodników, którzy są zmotywowani do gry i którzy są zdolni do wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Wracamy do tego cytatu z Kloppa, którzy Pan przytoczył – ja też wierzę w trening, a nie w transfery. Chociaż one są potrzebne, tego nie ukrywam. Ale przychodzi mi do głowy taka historia z wspomnień Arrigo Sacchiego, gdy zaczynał dopiero swoją karierę trenerską. Pracował wtedy w trzeciej lidze i jego asystent mówi „kurde, Arrigo, nie mamy szóstki”. On się wściekł, chwycił za manekina, który służył za mur i krzyczy do tego asystenta „kurwa, to ty jesteś trenerem, masz i sobie stwórz tę szóstkę, od tego tu jesteś!”. Jasne, ja chcę dobrych zawodników. Ale ja jestem trenerem – zajmuję się robotą szkoleniową. Wybieram z zawodników, których mam i chcę z nich wyciągnąć maksimum. Każdy piłkarz coś w sobie ma – to nie jest przypadek, że oni są w tej drużynie. Nie wpadli tu przez losowanie. I zadaniem trenera jest z tych zawodników wycisnąć to, co najcenniejsze. Myślisz, że Korea miała lepszych piłkarzy od Niemiec? No nie, ale ich pokonała.

Tomasz Cywka jest takim piłkarzem? Wielu kibiców dziwiło się, gdy Lech go ściągnął, a on wydaje się wpisywać w ten profil, o którym pan mówi. Zakręcony na punkcie zdrowego żywienia, trenuje indywidualnie na siłowni.

– Tomek jest pełen pasji. To modelowy zawodnik do pracy. Nigdy nie powie „trenerze, ten trening nie ma sensu”. Nie ma żadnych wątpliwości, nie jest marudny. Ale nie tylko on. Nie spotkałem w drużynie żadnej marudy. To model Lecha.

Zawodnikiem, który miał wątpliwości i był marudny, był Radosław Majewski, którego się pozbyliście?

– Nie poznałem go osobiście. Wiem, że miał jakieś problemy z Nenadem Bjelicą, ale to było poza mną. Radek doszedł do momentu, gdy miał wahania formy i doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie, jeśli spróbuje czegoś innego. Życzę mu wszystkiego dobrego w Szczecinie, to dobry piłkarz, Pogoń będzie miała z niego pociechę.

Pedro Tiba to podobna charakterystyka do Majewskiego?

– Nie, Pedro gra niżej. On raczej buduje ataki, wpływa na tempo gry, rozgrywa piłkę głębiej. Majewski grał wyżej, szukał strzału, biegał blisko pola karnego. To dwaj różni piłkarze.

Co z opaską kapitańską? W sparingach zakładało ją czterech różnych piłkarzy, na mecz z Gandzasarem wyszedł z nią piąty – Jasmin Burić.

– Chciałbym, by każdy w zespole był odpowiedzialny za drużynę. Myśleliśmy o tym modelu brazylijskim, gdzie opaska przechodzi z ramienia na ramię, już w rezerwach. Ale chciałbym jedenastu kapitanów w jednym momencie na boisku – by każdy czuł, że od niego ten zespół zależy. Obserwowaliśmy to, jak w sparingach wyglądali poszczególni kapitanowie, jak reagowali na wręczenie im opaski.

Maciejowi Gajosowi w poprzednim sezonie miano kapitana ciążyło.

– Być może. Niektórzy tak mają, że nawet jeśli się w tej roli nie czują dobrze, to nie zrzekną jej się, bo byłoby to źle postrzegane. Sama opaska nie jest dla mnie kluczowa. Nie wiemy jeszcze, kto będzie tym kapitanem na stałe. Damy ją komuś, gdy przyjdzie na to czas.

Nie miał pan wątpliwości, by powierzyć w jednym ze sparingów rolę kapitana 20-letniemu Kamilowi Jóźwiakowi?

– Nie, a dlaczego? Kamil jest mocny mentalnie, znam go od dawna. Dobrze zareagował. I powtórzę – chcę, by oni poczuli się, że każdy z nich jest ważny dla zespołu. Piłka jest różnorodna, zostajesz poddawany wielu bodźcom i opaska jest jednym z nich.

Pan chyba lubi prowokować piłkarzy, co? W rezerwach zdarzało się panu sadzać wyróżniających się piłkarzy na ławce. Tylko po to, by przetestować ich mentalność – jak reagują po usadzeniu, jak trenują w następnym tygodniu. Czy się skarżą, czy zabierają się do roboty.

– Każdy człowiek podświadomie dąży do tego, by mieć komfort. Każdy chciałby mieć świetne zarobki, własny dom, same sukcesy w CV i generalnie luz w życiu. Taka jest natura człowieka. I tę naturę trzeba prowokować. Pobudzać czujność. Najczęściej kontuzje łapią piłkarze w szczycie formy. Dlaczego? Bo poczuli się zbyt pewnie. Jak ciągle masz wątpliwości „czy to już mój kres możliwości?”, to jesteś uważny i czuwasz nad swoim zdrowiem.

Dwa słowa o Carlitosie, bo…

– Wiedziałem.

Nie unikniemy tego temat. Jest pan rozczarowany, że nie trafił do Poznania?

– Lech miał wielu wspaniałych piłkarzy. Istniał i radził sobie przed ich przyjściem do Lecha i dawał sobie radę także po ich odejściu. Carlitosa tu nie ma i… Trudno. Nic się nie dzieje, nie panikujemy, nie chodzę po klubie i nie przeklinam. Jednostka jest mało ważna. Może to dziwić, bo przecież to król strzelców poprzedniego sezonu. Ale to tylko jeden piłkarz.

Tak, ale bardzo dobry.

– Chcemy w Lechu piłkarzy, którzy pragną grać dla Lecha. Przykład Pedro Tiby, o którym mówiłem. My wyrażamy chęci, by kogoś pozyskać, ale musi być też pozytywny odzew z drugiej strony. To jak ze związkiem chłopaka i dziewczyny – chłopak się zakocha, pyta ją czy będą razem, ale z jej strony nie zaiskrzy. I co? Gość ma biegać za nią i się prosić? Miłość mu przejdzie, pozna zaraz kolejną i będzie nawet szczęśliwszy, niż z tą, do której wzdychał.

Rozmawiał pan z Carlitosem?

– Tak. On powiedział, że nie wie co dalej z Lechem, bo gdzieś indziej dostaje więcej, bo tamten kierunek go bardziej kusi. Przerwałem mu i powiedziałem „Słuchaj, nie musisz mi się spowiadać. Idź tam, gdzie będziesz szczęśliwy. Jeśli tym miejscem będzie Poznań, to super. Jeśli nie, to trudno”. Mówię to z ręką na sercu. Liczę tylko na tych zawodników, którzy wychodzą ze mną na boisko treningowe. Ci, którzy nie zdecydowali się na transfer do Poznania, mnie już nie interesują. Zrobiliśmy podejście do kolejnych zawodników. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Na jakie pozycje?

– Napastnik i ofensywny pomocnik.

Czuje pan presję przed tym sezonem? Ale taką osobistą. Pamięta pan burdy na meczu z Legią. Wie pan, co ludzie krzyczeli. Zaufanie kibiców do klubu jest nikłe. I jeśli ludzie Lecha na czymś budują swój optymizm na następne miesiące, to właśnie na panu.

– Tak. Na pierwszej konferencji powiedziałem, że to nie jest zwykły moment dla klubu. Wiem czym jest Lech. Moja presja wewnętrzna jest jeszcze większa od tej, którą narzucają kibice. Chcę, by Lech Poznań wrócił na właściwe tory. A jeśli jest presja ze strony kibiców, to dobrze, bo to znaczy, że są osoby, którym na tym klubie zależy. Jeden z zawodników, z którym rozmawialiśmy o transferze, zobaczył kibiców wbiegających na boisko w trakcie spotkania z Legią. I wiesz, co powiedział? „Widać, że im zależy. Gdyby mieli Lecha w dupie, to by się obrócili i wyszli ze stadionu”.

Woli pan kibica wkurzonego niż obojętnego?

– Wolę zadowolonego. Ale tak, obojętność byłaby najgorsza. Teraz przekonamy się o tym, ilu ludzi kocha Lecha, gdy stadion zostanie otwarty. Chociaż… Jest coś jeszcze, co zdecydowanie najbardziej lubię w kibicach Lecha. Zawsze są niezadowoleni. Jak wygramy 2:0, to pytają „dlaczego nie 4:0?”. Jeśli wygramy 4:0, to „pamiętaj, bądź skoncentrowany, bo za tydzień kolejny mecz”. Przy Bułgarskiej zawsze masz kilkanaście tysięcy nieoficjalnych trenerów. I super, bo to oznacza, że ludzie chcą zwycięstw Kolejorza. W Lechu zawsze musi być wojna o zwycięstwo. I ja na tę wojnę idę.

ROZMAWIAŁ DAMIAN SMYK

fot. NewsPix