Są obiecane zmiany w Lechu: zamiast w dno, puka w dno od spodu
Weszło

Są obiecane zmiany w Lechu: zamiast w dno, puka w dno od spodu

Długo zastanawialiśmy się nad tym, jak ten tekst zacząć, ale nie ma co się silić na jakieś kwieciste porównania czy inne wyrafinowane konstrukcje. Napiszemy prosto:

Lechu Poznań, ty już nawet nie jesteś śmieszny, ty jesteś żałosny.

Jeśli ktoś chciałby Kolejorza bronić, bo ten w końcu awansował, to sorry, ale niech lepiej zastanowi się nad poziomem swoich wymagań. Mielibyśmy pochylać się ze zrozumieniem nad piłkarzami Lecha, ponieważ w ostatniej sekundzie udało się Jevticiowi znośnie dorzucić w pole karne, Trałce musnąć piłkę i przepchnąć BEZNADZIEJNY zespół jedną rundę dalej? Chyba raczej nie. Gdyby ktoś wam nasrał na wycieraczkę i zostawił obok papier toaletowy, to też byście go nie ściskali.

Trzecia drużyna polskiej ligi pojechała dziś na kompletne armeńskie zadupie: stadion brzydki jak noc listopadowa, realizacja transmisji telewizyjnej zgrabna jak słoń w sukience mini. I tenże polski zespół od początku spotkania gra tam w sposób absolutnie żałosny.

ZERO DETERMINACJI
ZERO WALKI
ZERO UMIEJĘTNOŚCI

A trzeba przyznać, że gospodarze byli naprawdę wyrozumiali. Gdy Cywka w pierwszej połowie obcinał się jak najgorszy junior, strzał Harutyunana szczupakiem był zbyt lekki i Putnocky pewnie go łapał. Gdy Janicki i Vujadinović dogadywali się jak Tom i Jerry, Armeńczykom brakowało ostatniego podania, centymetrów, chwili zastanowienia, jednym słowem: umiejętności, by z tego skorzystać. Lech nie chciał grać w piłkę, chciał ten mecz przeczłapać i wrócić do domu, więc igrał z ogniem.

Takim malutkim, ze świeczki, nie z ogniska, ale gdy gospodarze pogadali w przerwie, zauważając jak marnego mają rywala, ten płomyczek spalił prawie całą poznańską chałupę. Po przerwie najpierw walnął Musonda, idealnie, pod ladę, wykorzystując zgranie od Harutyunyana. Potem wynik na 2:0 podwyższył sam asystent poprzedniego trafienia, uderzając jeszcze śliczniej od Zambijczyka: z wolnego w samo okienko bramki Putnockiego. Jeśli ktoś nie oglądał pierwszego meczu obu drużyn, mógł być zaskoczony, ale widzowie (sprzed telewizora) spotkania w Poznaniu już nie powinni rozdziawiać ust – tam też rywale mogli i powinni trafiać. Bo cóż, tak to niestety wygląda, że zespół grający na co dzień w sześciozespołowej lidze, który wcześniej z pucharów wyrzucił tylko przedstawiciela Wysp Owczych, nie odstawał od podobno – jak chcieliby choćby właściciele – mocnego Lecha.

Oczywiście, można mówić, że Kolejorz miał dziś trochę pecha, skoro w drugiej połowie Tomasik raz walnął w słupek, a raz piłkę wybito mu z linii bramowej, ale serio chcemy rozmawiać o meczu z jakimiś ogórami w kontekście pecha i szczęścia? To byłoby żałosne, a do poziomu Lecha nie warto się zniżać. Panowie, kompromitujecie się.

Począwszy od piłkarzy, którzy grają gorzej niż źle, kończąc na rządzących, którzy nie robią transferów i oczekują od słabych zawodników dobrych rezultatów. Miało być wyciąganie wniosków i zmiany. Jak tak dalej pójdzie, zmiana będzie jedna: zamiast pukać w dno, Lech będzie pukać od jego spodu.

Gandzasar Kapan – Lech Poznań 2:1

Musonda 50′ Harutyunyan 67 – Trałka 90+5′

Fot. 400mm.pl