Legenda wraca na Stamford Bridge
Anglia

Legenda wraca na Stamford Bridge

Wypierniczony z ligi katarskiej za słabe wyniki. Zwolniony z Birmingham, gdzie wygrał ledwie dwukrotnie w ciągu czterech miesięcy. Z Cagliari wykopano go jeszcze szybciej, bo po trzech miesiącach bezowocnej pracy. Gianfranco Zola od paru ładnych lat nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca. Funkcjonował ostatnio trochę na zasadzie króla Midasa. Ten ostatni, czego się nie dotknął, zamieniał w złoto. Zola też wszystkie swoje drużyny zamieniał, ale niestety – w coś innego.

Dlatego teraz postanowił zrobić zawodowy krok w tył. I, jednocześnie, wrócić tam, gdzie kochają go najmocniej. Na Stamford Bridge. Zola został mianowany asystentem Maurizio Sarriego w Chelsea. To dla mnie niesamowita rzecz. Jestem bardzo wdzięczny, że mogę być tutaj znowu po latach. Byłoby wspaniale odnieść sukces z Maurizio i klubem. Zrobię wszystko co w mojej mocy, podobnie jak wtedy, gdy byłem piłkarzem – powiedział.

Pomysł zdaje się być rozsądnym dla wszystkich stron.

Manager z Zoli ostatnimi czasy marny. Jednak piłkarzem był fenomenalnym. Błyskotliwym, bajecznym technicznie. Wyjątkowo trudnym do upilnowania. Pomimo bardzo niskiego wzrostu, a może właśnie dzięki niemu? Rozkręcał się jako członek słynnej drużyny Napoli z 1990 roku, która – z Diego Maradoną na kierownicy – sięgnęła po mistrzostwo Włoch. Później święcił jeszcze triumfy z Parmą, gdzie rozbłysnął na europejskiej scenie. Aż wreszcie wylądował w Londynie.

Chociaż grę w Chelsea zaczął dopiero w wieku 30 lat, zdążył się zapisać w sercach kibiców. Zgłoskami na tyle pięknymi, że wybrano go nawet w 2003 roku najlepszym zawodnikiem The Blues w całej historii klubu. Być może dzisiaj pogląd na tę sprawę byłby już inny, bo przygoda Zoli z Chelsea przypadała akurat na okres poprzedzający największe triumfy drużyny, przejętej przez Romana Abramowicza. Niemniej, włoski napastnik (choć trudno go przyporządkować do konkretnej boiskowej pozycji) prezentował w Londynie naprawdę wspaniały futbol.

Jeżeli chodzi o najlepszych dryblerów, jacy kiedykolwiek pojawili się w Wielki Brytanii, wymienianego go jednym tchem obok samego George’a Besta. To coś znaczy. Aczkolwiek nie zrobił nigdy wielkiej kariery w kadrze Włoch. W fazie grupowej Euro 1996 wsławił się niechlubnie sknoceniem karnego w meczu przeciwko Niemcom. A przecież był znakomitym wykonawcą wszelkich stałych fragmentów gry. Włosi ostatecznie zremisowali ten mecz bezbramkowo i, zamiast wyrzucić rywali z turnieju, sami pożegnali się z nim już po fazie grupowej. Zaś Niemcy pomaszerowali dalej, aż po mistrzostwo Starego Kontynentu.

Nie został też nigdy mistrzem Anglii, ale trofeów skompletował całe mnóstwo – dwa krajowe puchary, Puchar Ligi, Tarczę Dobroczynności. I – przede wszystkim – europejskie laury. Superpuchar Europy i Puchar Zdobywców Pucharów.

W finale tych ostatnich rozgrywek strzelił legendarną bramkę. Dwadzieścia sekund po wejściu na boisko.

Pewnie marzyło mu się, żeby po zakończeniu piłkarskiej kariery jeszcze kiedyś zagościć w Chelsea, ale w roli managera. Nigdy nie było mu dane zagrać dla tej super-bogatej wersji The Blues, zasilonej gotówką rosyjskiego oligarchy. Był już naprawdę wiekowym piłkarzem, gdy Abramowicz zaczął inwestować w londyński zespół. Odszedł, kończąc sobie spokojnie karierę w Cagliari.

Swoje i tak dla Chelsea zdążył zrobić. Jego drużyna budowała podwaliny pod tę, którą Jose Mourinho zainstalował później na stałe w angielskiej i europejskiej czołówce. Jednak piłkarska karta Zoli nie przeszła niezauważona – szybko dostał pracę na Wyspach w roli szkoleniowca, obejmując West Ham United. Początki miał niezłe, ale wkrótce wszystko zaczęło się sypać. Jednak kiedy pojawiał się na Stamford Bridge w roli managera „Młotów”, zawsze zbierał owację na stojąco.

Podziękowano mu po dwóch sezonach. Prawie spuścił wówczas West Ham z ligi, więc decyzja nie mogła dziwić. Na murawie słynął z techniki i inteligencji, zarażał innych pasją do futbolu. Ale w trenerce jakoś nigdy nie zdołał się zrealizować.

Teraz przyjdzie mu wesprzeć Sarriego, przed którym paskudnie ciężkie zadanie. Może się przecież tak stać, że Londyn na Madryt zamienią i Thibaut Courtois, i Eden Hazard. Brązowych medalistów mundialu kuszą oferty Florentino Pereza, spragnionego galaktycznych transferów. Przenosiny bramkarza są już chyba nawet kwestią najbliższych dni, z kolei o skrzydłowego wciąż trwają targi.

Utrata tak istotnych dla zespołu postaci na pewno byłaby dużym wstrząsem dla klubu. Ofensywa Chelsea jest uzależniona od indywidualnych popisów Hazarda i trzeba byłoby zupełnie przemodelować kadrę. Poszukać wzmocnień, wszystko poukładać na nowo.

Z czym Sarri będzie musiał sobie jakoś poradzić, właśnie z pomocą filigranowego Gianfranco. Wsparcie człowieka znającego klub od podszewki bardzo mu się na początek przyda. Pozwoli lepiej zrozumieć specyfikę Premier League. Tamtejszych mediów, które nie mają litości dla obcokrajowców. Zola, pomimo licznych wtop trenerskich, wydaje się idealnym zwornikiem pomiędzy drużyną, a krnąbrnym managerem z Neapolu. Autorytetu legendarnego napastnika nikt nie odważy się w Chelsea w jakikolwiek sposób podważyć. To zbyt znacząca postać.

Zresztą – nawet wspomniany Eden Hazard rzadko wznosi się na taki poziom technicznego zaawansowania, jaki włoski napastnik prezentował od niechcenia. Trzeba szanować tego gościa.

Szykuje się trudny sezon dla Chelsea. Z zawirowaniami kadrowymi, które mogą okazać się zgubne, zwłaszcza biorąc pod uwagę potęgę ligowych przeciwników. Ale The Blues nie śpią – szukają wzmocnień, no i dorobili się naprawdę kapitalnego trenera. Wizjonera. Tandem Sarri – Zola, przynajmniej w teorii, robi wrażenie idealnego duetu współpracowników.

Panowie będą się bezbłędnie uzupełniać charakterami. Włoska wersja Chelsea może i nie powalczy z miejsca o mistrzostwo, ale – znając specyfikę obu szkoleniowców – na pewno pokaże nam kawał ambitnego, ładnego futbolu.

fot. Newspix.pl