W Druteksie uważano, że miasto nie nadąża za sukcesami klubu
Weszło

W Druteksie uważano, że miasto nie nadąża za sukcesami klubu

Lokalny patriotyzm przegrał z frustracją. Drutex przestał sponsorować Bytovię. Tak naprawdę nie pamiętamy roku, w którym nie mówiłoby się o zakończeniu tej współpracy. Postanowiliśmy pogadać o tym z Januszem Wiczkowskim, prezesem klubu, który szczerze opowiedział o ostatnich wydarzeniach i odniósł się do zarzutów, które stawiało się Bytovii w ciągu kilku lat gry w pierwszej lidze.

 – Osiągnęliśmy pewien pułap. Na ten moment nie mamy możliwości infrastrukturalnych, żeby myśleć o Ekstraklasie. Tym bardziej że wymogi będą bardziej rygorystyczne, a i trzeba będzie grać tylko na własnych obiektach. Możliwe, że to przyśpieszyło tę decyzję. Osiągnęliśmy wszystko, co było możliwe do osiągnięcia. Można byłoby wydać pieniądze inaczej, powalczyć. Źle nie graliśmy, różnie bywało. Ale trzeba byłoby zmienić podejście do budowania zespołu, z marketingowego na profesjonalny i wtedy może udałoby się wywalczyć awans – przyznał prezes klubu.

*

Zaskoczyło pana, że Drutex wycofał się ze sponsorowania Bytovii?

Tak, byłem zaskoczony. Nie spodziewałem się tego.

Pytam, bo nie pamiętam roku, w którym nie mówiło się o zakończeniu waszej współpracy.

Brało się to z tego, że niektóre zespoły zwracały się do Druteksu, proponując współpracę. Firma informowała nas, że są takie zakusy, ale zawsze podkreślała, że nie ma zamiaru zmieniać sponsorowanego klubu. Cały czas deklarowała, że chce być z nami.

Przez te dywagacje dało się odczuć, że współpraca jest niestabilna?

Trudno tak to określić. Było ciągłe finansowanie, wszystkie faktury były opłacane. Przedstawiciele sponsora, którzy znajdowali się w klubie, mieli nad wszystkim nadzór. Prace były wykonywane na bieżąco, włącznie z pielęgnacją murawy, która miała miejsce w maju. Wtedy nic nie wskazywało na to, że współpraca za chwilę się zakończy. Decyzja pojawiła się nagle. Mówię szczerze. Oczywiście, krążyły plotki, ale – tak jak pan zauważył – mówiło się o nich już od wielu lat. Nie przywiązywaliśmy do nich wagi, tymczasem spotkała nas taka przykra niespodzianka.

Jednym z powodów wycofania się Druteksu miał być brak współpracy z miastem.

W Druteksie uważano, że miasto nie nadąża za sukcesami klubu. Chodzi przede wszystkim o kwestie rozbudowy obiektu. Sukcesy sportowe wyprzedzały potrzeby infrastrukturalne. Zawsze dostawaliśmy nadzór infrastrukturalny – nieważne czy chodziło o awans z czwartek ligi do trzeciej, czy z drugiej do pierwszej. Trzeba było zrobić murawę, trybuny, nagłośnienie, monitoring, oświetlenie. Prace zawsze zaczynały się po awansie, dostosowywaliśmy się do poziomu, na którym przyszło nam grać. Awanse były szybkie i regularne, trzeba było reagować.

Przykładem uchybień infrastrukturalnych są zawodnicy, którzy muszą trenować na głównej płycie, niszcząc tym samym murawę.

Boisko treningowe to nasz największy problem. Niby wypożyczamy dwa obiekty, które znajdują się niedaleko Bytowa, ale to jednak nie to samo co treningi we własnym mieście. W Bytowie mamy tylko sztuczne boisko. Obciążając główną murawę, doprowadzamy do wielu zniszczeń. Na szczęście Drutex – poprzez klub – płacił 200 tysięcy rocznie, żeby pielęgnować murawę, przez co wyglądała ona całkiem dobrze. Gdyby nie to, byłoby zapewne nieciekawie.

Grzechem Bytovii była niegospodarność?

Jako klub realizowaliśmy cele sponsora. To było określone w umowie. Wszelkie działania związane z promocją, zakupami, kontraktami sztabu i zawodników były prowadzone przez przedstawiciela sponsora. On decydował, na co zostaną przeznaczone poszczególne wydatki. Nie wnikałem w to. Po prostu zobowiązałem się – wraz z całym zarządem, działaczami – że będę organizacyjnie robił wszystko, by utrzymać klub na odpowiednim poziomie. Żeby co roku otrzymywać licencję, żeby wydatki były zgodne z wolą i potrzebami sponsora. To były bardzo duże pieniądze. Nie ukrywam – takie postawienie sprawy przez sponsora nas nie dziwiło. Płacił, więc wymagał. Można teraz gdybać, czy – na przykład – zatrudnienie Pawła Janasa było chwytem marketingowym czy przemyślanym ruchem. Jeżeli chodzi o niego, myślę, że fachowiec zawsze pozostanie fachowcem, a Janas kimś takim był. A przy okazji trochę poprawiliśmy kwestie marketingowe i wizerunkowe. Pomógł nam założyć szkółkę dla młodzieży, więc widać również plusy.

Budżet Bytovii wynosił 6,7 mln złotych. Na pensje szło 3,3 mln. To prawie 50 procent, bardzo wysoka stawka.

Przedstawiciele sponsora ustalali większość spraw, była wśród nich osoba odpowiedzialna za finanse. Zresztą, wydaje mi się, że na pensje szło więcej niż 50 procent budżetu.

Tak wysokie pensje nie były dla pana niepokojące?

Jeszcze raz powtarzam – mieliśmy do wyboru albo postawić się, albo zaakceptować te warunki i zapewnić klubowi bardzo duże pieniądze, ale wydawane tak, jak życzy sobie sponsor. Zdecydowaliśmy tak a nie inaczej, później większość spraw nie leżała w naszej gestii.

Pensje się zgadzały, przychodzili zawodnicy z ekstraklasowym doświadczeniem, ale nic nie wnosili do drużyny.

Wydaje mi się, że żaden z doświadczonych zawodników nie wniósł zbyt wiele do drużyny. Może byli za starzy, może oczekiwali czegoś innego. Chociaż warunki mieli naprawdę dobre. Co prawda w Bytowie nie ma boisk treningowych, ale – jak mówiłem – staraliśmy się wyjeżdżać. Choć kto wie, może to stanowiło dla nich problem. Ale odnowa biologiczna, siłownia, sauna – wszystko było pod ręką. Dostawali karnety, mogli chodzić kiedy chcieli. Może nie podobało im się, że Bytów to małe miasto. Nie każdy ściągał rodziny, ten fakt mógł na nich oddziaływać. Można tylko gdybać. Niektórzy z nich czasy świetności mieli już za sobą. Chcieli coś pokazać, ale za bardzo im nie wychodziło.

Pieniędzy było pod dostatkiem, wymagań – prawie wcale.

No tak. Jak to mówią – przyszli odcinać kupony. Mieli stabilnego sponsora, który wywiązywał się ze wszystkich zobowiązań. Przychodzili do nas, bo wiedzieli o tym. Niektórzy zawodnicy – i trener Janas – byli bardziej znani, co należy odbierać również pod kątem marketingowym. Uważam, że ten zespół i tak był silny jak na pieniądze, które otrzymywał. A to nie były nie wiadomo jak wielkie pieniądze w porównaniu do budżetów innych klubów. Mówiło się, że nasz był najwyższy, ale wydaje mi się, że to nieprawda.

Ale i tak Drutex przekazywał co roku 7 milionów złotych.

Różnie – od pięciu do siedmiu, ostatnio trochę mniej. Zresztą, w klubach chodzi o przekazywanie środków. W budżecie mieści się również ZUS, podatki, VAT, bo jako spółka nie jesteśmy stowarzyszeniem, nie możemy sobie odliczyć VAT-u. To też poszło w koszty. Założenie sponsora, Leszka Gierszewskiego, polegało na tym, że wszystko musi być uczciwe. Wychodził z założenia, że najlepsza firma okienna ma reprezentować jak najlepszy klub. Tak starał się działać. Zawodnicy otrzymywali wypłaty na czas, odprowadzaliśmy wszystkie podatki. A z tego, co wiem, w innych klubach jest różnie. Mają stypendia od miasta, przedsiębiorcy biorą zawodników na swoje etaty, częściowo za nich płacą. A u nas nie. U nas wszystko szło przez klub, wszystko było płacone. Dlatego nasz sześcio-siedmiomilionowy budżet, a sześcio-siedmiomilionowy budżet niektórych klubów to dwa zupełnie różne budżety. W porównaniu do innych klubów nie był on horrendalny. Tak mogło wyglądać z boku.

5

Słyszałem, że wokół klubu nie udało się wytworzyć pozytywnej atmosfery.

Nie zgodziłbym się. Atmosfera była w porządku. W szatni jest różnie – dużo zależy od zawodników. To nie zarząd tworzy atmosferę. Pojawiały się okresy, w których atmosfera była super, podobnie jak wyniki. Jest jednak tak, że często pojawia się blokada. Spójrzmy na przykład na częste zmiany trenerów w naszym klubie. Dlaczego tak się działo? Nie dlatego, że sponsor dobierał złych fachowców. W pewnym momencie coś się psuło w relacjach trener-zawodnik. Wtedy trzeba dokonywać zmian. Kiedy rok temu broniliśmy się przed spadkiem, w szatni nie było najlepiej. Trener Kafarski ma bardzo fajny warsztat, to dobry trener, ale brakowało komunikacji z szatnią. Totalnie. Musieliśmy dokonać zmiany, udało się utrzymać w lidze. Zauważmy też, że częste zmiany trenerów to nie tylko nasza przypadłość. Tak dzieje się u większości zespołów.

Inny zarzut – w pewnym momencie nie podjęto wystarczających działań marketingowych i medialnych.

Tego mi trochę brakowało. Mogliśmy inaczej podchodzić do tych spraw. Myślę, że teraz to się zmieni, bo – jako zarząd – mamy więcej do powiedzenia. To pokłosie tego, że o większości spraw decydował sponsor. Nie mówię, że niestety, po prostu na to się zdecydowaliśmy. Ale faktem jest, że strona internetowa nie funkcjonowała idealnie, trochę za mało działaliśmy w tych obszarach. Teraz zajmują się nią ludzie, którzy robią to z powołania. Brakuje środków i czasu, by wszystko zrobić tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Ale powoli zaczyna się to zazębiać. Mam nadzieję, że dogramy podstawowe sprawy. Problemem jest na razie sprzedaż biletów, której jeszcze nie zaczęliśmy. Kwestia nadruków. Na starych znajdowało się logo Druteksu. Trzeba zamawiać, szkolić ludzi. Mamy co robić.

Ma pan sobie coś do zarzucenia w ostatnich kilku latach?

Nie. Kilka lat temu przyjąłem pewne zasady. Pojawiały się różne opinie. Niektórzy mówili, że lepiej grać w czwartej lidze, ale robić to samemu. Chodziło przede wszystkim o to, że nie ogrywają się nasi zawodnicy, bo w pierwszej lidze nie ma dla nich miejsca. No sorry, tak to jest. Nie ma wartościowych ludzi.

Nie ma co ukrywać, tak to wygląda nawet niżej. Przykład – Gryf Polanów, czwartoligowy średniak, małe miasteczko, w składzie dwóch czy trzech miejscowych zawodników. I tak u większości klubów tej ligi.

Tak to niestety wygląda. Zawodnicy z Bytowa nawet w czwartej lidze pokazywali, że to nie jest to. Graliśmy juniorami, zajęliśmy miejsce w środku stawki. A co dopiero myśleć o zapleczu Ekstraklasy… Wykonywałem to, co zostało ustalone, pomimo głosów o całkowitym podporządkowaniu się sponsorowi. No podporządkowaliśmy się, zwyciężyły pieniądze, nie ma co ukrywać. Ale uważam, że dzięki temu, iż zarząd podjął decyzję, że idziemy w takim a nie innym kierunku, stworzyliśmy zespół, który awansował aż do pierwszej ligi. Aż, bo tego nigdy w Bytowie nie było. Można było się postawić, ale mogło być różnie.

Trzeba przyznać również, że miasto mogło zrobić więcej, ale z drugiej strony robiło to, co trzeba było zrobić. Nie wybiegało zbyt daleko w przyszłość, wykonywało niezbędne minimum. Podchodziło do wszystkiego spokojnie. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że trochę miało rację. Ale mam nadzieję, że teraz również znajdą się sponsorzy, a i miasto weźmie większą odpowiedzialność za piłkę w Bytowie.

Pierwsza liga to maksymalny pułap, na jaki udało się wzbić, czy można było pomyśleć o Ekstraklasie? Sponsor jednak wymagał.

Rozmawialiśmy o tym, co i jak, bo nie było też tak, że sponsor w ogóle się ze mną nie kontaktował. Nie naciskałem. Szczerze powiedziawszy, zgadzam się ze stwierdzeniem Leszka Gierszewskiego, które zawarł w oświadczeniu. Osiągnęliśmy pewien pułap. Na ten moment nie mamy możliwości infrastrukturalnych, żeby myśleć o Ekstraklasie. Tym bardziej że wymogi będą bardziej rygorystyczne, a i trzeba będzie grać tylko na własnych obiektach. Możliwe, że to przyśpieszyło tę decyzję. Osiągnęliśmy wszystko, co było możliwe do osiągnięcia. Można byłoby wydać pieniądze inaczej, powalczyć. Źle nie graliśmy, różnie bywało. Ale trzeba byłoby zmienić podejście do budowania zespołu, z marketingowego na profesjonalny i wtedy może udałoby się wywalczyć awans. Ale w tym przypadku przychylam się do tego, że wyżej byłoby bardzo trudno zagrać.

Inna sprawa, że gra poza Bytowem byłaby pozbawiona sensu, nawet gdyby okazała się możliwa. Sponsor chciał, żeby Bytovia była klubem dla ludzi z Bytowa. Inne rozwiązanie nie wchodziło w grę.

Jak trudno było się podnieść po ostatecznej decyzji o wycofaniu sponsora?

Jak ktoś dostaje młotem w głowę, trudno się podnieść. Wycofanie przypadło na bardzo niefortunny okres. Po pierwsze – miało miejsce dwa dni po zapewnieniu sobie utrzymania. Poza tym był to czas tuż przed posiedzeniem Komisji Licencyjnej. Mieliśmy złożone wszystkie dokumenty, z prognozą związaną z Druteksem. Tymczasem na drugi dzień dostałem informację, że nie otrzymujemy licencji. Miałem kilka dni, żeby coś zrobić. Złożyłem odwołanie, pozostało walczyć do końca. Zwołaliśmy zarząd, zrobiliśmy spotkania – z burmistrzem, przedsiębiorcami. Podjęli oni decyzje, żeby próbować. A było o to trudno. Załatwiałem przede wszystkim sprawy finansowe, przedsiębiorcy chodzili i szukali sponsorów. Jeździli po całym powiecie, pozałatwiali deklaracje, które zostały zaakceptowane przez komisję odwoławczą. W tamtym momencie nie było jeszcze pewne, czy w ogóle wystartujemy. Gonił nas czas, ale zdążyliśmy. Zobaczymy, jak to teraz będzie. Mamy bardzo niski budżet. Minimalny, pozwalający na jako takie funkcjonowanie. Cały czas szukamy sponsorów, podpisaliśmy umowę ze sponsorem technicznym, który będzie przekazywał nam stroje i odzież sportową.

Nie ma co ukrywać – pierwsza liga to jest kąsek reklamowy, są transmisje telewizyjne. Firmy chcą się pokazywać. Przyszli do nas sponsorzy – nie wymienię ich, bo nie chcieli tego – spoza regionu. To duże firmy, powoli wszystko zaczyna się zazębiać.

Widać, że ludziom zależy na Bytovii. Dostajemy dużo sygnałów od indywidualnych osób, które proponują pojedyncze wpłaty. Każdy grosz jest dla nas ważny. Bardzo dobrze zachowały się też firmy, z którymi współpracowaliśmy już wcześniej. Widziały, że jest ciężko. Zjeżdżały z cen, czasami nawet po 50 procent. Nie chciały zarabiać, a po prostu wspomóc.

Długo trzymałem w tajemnicy historię o tym, jak w pewnym momencie podeszła do mnie mała dziewczynka. To był jeden z bodźców, dla których postanowiłem jeszcze powalczyć. Bo naprawdę – byłem bliski rezygnacji, pogodzenia się ze spadkiem do czwartej ligi. W drugiej lidze nie było sensu grać. Całkiem podobne koszty, niższy poziom. No ale przyszło walne zebranie. Podeszła do mnie dziewczynka, wręczyła mi kopertę.

– Co to jest?

– Niech pan otworzy, bardzo proszę.

Otwieram, a tam plik banknotów. Po 100, 50 złotych. Było tam z 700-800 złotych, nie liczyłem.

– Dlaczego mi to dajesz?

– Chciałabym, żeby Bytovia cały czas grała w pierwszej lidze.

– A sama tutaj przyszłaś?

– Nie, z tatą.

Tata stał pod drzwiami. Podszedłem do niego.

– Wie pan, to są jej pieniądze, jej decyzja. Chciała tutaj przyjść, przekazać, no to nie mam nic do tego.

Oddałem im pieniądze, ale obiecałem, że zrobię wszystko, żeby Bytovia pozostała w pierwszej lidze. Jak wszystko ogarnę, na pewno weźmiemy ją do siebie i odpowiednio potraktujemy. Tak jak należy.

Jaka jest pewność, że za rok znów nie zaczną piętrzyć się problemy?

Bardzo trudno to przewidzieć, nie ma co dywagować. Z finansami może być różnie, dużo zależy od tego, jak będzie wyglądała współpraca z miastem i ewentualnymi sponsorami. A jak spadniemy to spadniemy, jednak wolę spaść na boisku, a nie przy stoliku. Daliśmy szansę sztabowi, mamy ciekawych zawodników. Oczywiście, będę odbiegać od najlepszych drużyn, ale są w stanie powalczyć o utrzymanie. Jestem tego pewny.

Gdzie widzi pan Bytovię za kilka lat?

Jak najwyżej. Jeżeli będzie jeszcze większa wola miasta – bo przedsiębiorcy stanęli na wysokości zadania – to powinniśmy jeszcze przez kilka lat spróbować powalczyć o pozostanie w pierwszej lidze. Bo to jest fajne zarówno dla miasta, jak i dla młodzieży, która się tutaj szkoli. W szkółce mamy ponad 200 dzieci. Zauważyłem po awansie do pierwszej ligi, że przychodzą do nas tak tłumnie, ponieważ gramy na tak wysokim poziomie. Jeżeli byłaby czwarta liga, nie byłoby takiego zainteresowania. Już to przerabialiśmy. I chociażby z tego powodu, żeby brać dzieci pod parasol – żeby nie brały narkotyków, nie siedziały cały czas w domu, przed komputerem – musimy utrzymać ten klub. Myślę, że dotrze to do radnych, burmistrza. Zresztą, piłka nożna jest nośnym tematem. Zawsze i wszędzie. Patrząc z pozycji promocyjnej regionu i miasta warto walczyć, by Bytovia grała jak najwyżej.

Cel sportowy i przede wszystkim społeczny.

Przychodząc do Bytovii, zaczynałem od młodzieży. Dopiero później zostałem prezesem. Chodziło mi o jej promowanie. Przyszedł Janas, mamy szkółkę, obok powstaje stadion lekkoatletyczny z pełnowymiarowym boiskiem, który trochę rozwiąże problemy związane z treningami. Pod tym względem powoli idziemy do przodu. Trzeba uświadamiać ludzi, którzy do końca nie wiedzą, jak to u nas wygląda. A wiem, że nawet radni nie zdawali sobie z tego sprawy. Miesiąc temu, po całej awanturze, pojawiło się pytanie, co dalej. Miasto miało 400 tysięcy przeznaczone na odnowienie audiowizualnego monitoringu. Po zamieszaniu wezwało zarząd na komisję budżetową i pytało, czy jest sens to montować. Przedstawiłem wszystkie aspekty, nie tylko dotykające pierwszej drużyny, przede wszystkim związane z młodzieżą. No i część radnych powiedziała wprost: „szkoda, że pierwszy raz spotkaliśmy się w takim towarzystwie. Nie wiedzieliśmy o wielu rzeczach”. Myślę, że cała sytuacja pomoże dotrzeć do ludzi.

Brakowało komunikacji.

Nie było jej. Był Drutex, dawał tyle pieniędzy, ile chciał. Miasto było zadowolone. Dokładało 200 tysięcy na szkolenie młodzieży – trochę mało, bo mieliśmy dużo zespołów, wyjazdy kosztują – i nie miało się o co martwić. Wszystko funkcjonowało, w nazwie był Miejski Klub Sportowy. Była promocja. Teraz trzeba będzie spojrzeć na to inaczej. Cóż, w tym roku są wybory, myślę, że decyzję podejmie nowa rada. Zobaczymy, jak do tego podjedzie. Jeżeli źle, w przyszłym roku może być różnie.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

Fot. Prywatne archiwum Janusza Wiczkowskiego