post Avatar

Opublikowane 15.07.2018 14:38 przez

Sebastian Warzecha

Na pierwszy rzut oka Afrykaner to gość, którego zdecydowanie nie powinno być w tak dalekiej fazie turnieju wielkoszlemowego, a dotarł do niej już po raz drugi. Przed US Open 2017 jego największym osiągnięciem w zawodach tej rangi był zaledwie ćwierćfinał. Jeden, zresztą wywalczony również w Stanach Zjednoczonych. Wygrane turnieje? Cztery, wszystkie rangi ATP 250, najniższej możliwej w cyklu World Tour. Skąd więc te dwa finały najważniejszych imprez?

To pytanie, które zadawali sobie wszyscy już kilka miesięcy temu, gdy doszedł do ostatniej fazy rozgrywek na amerykańskich kortach. Wtedy można było to wszystko tłumaczyć jako anomalię, wskazując choćby na rywali, których pokonywał po drodze: kwalifikant JC Aragone, wracający do siebie Ernests Gulbis, Borna Corić, Paolo Lorenzi, niziutki Diego Schwartzman i Pablo Carreño-Busta. Prawdziwy sprawdzian przyszedł dopiero w finale, a tam Rafa Nadal był bezlitosny.

Tak, można było to uzasadniać w ten sposób. Teraz, gdy Anderson trafił do finału również w Wimbledonie, pokonując wcześniej Rogera Federera i Johna Isnera, w jego życiowej formie, już nie da się tego powtarzać. Trzeba uznać, że Kevin to po prostu bardzo dobry tenisista, który w ostatnich latach wznosi się na szczyty swoich możliwości. I, jeśli prześledzi się jego karierę, to nie ma w tym przypadku.

Zasługa książki

Był taki czas, gdy Republika Południowej Afryki miała grono naprawdę znakomitych tenisistów. W najlepszym dla tamtejszego tenisa momencie w pierwszej setce rankingu ATP kręciło się kilkunastu zawodników z tego kraju. Nazwiska takie jak Cliff Drysdale, Johan Kriek czy Kevin Curren do dziś są znane w tenisowym świecie. To przecież zwycięzcy i finaliści turniejów wielkoszlemowych. Po tym, jak zakończyli oni kariery, przyszło jednak załamanie. Nie tylko sportu, ale i całego kraju – na znaczeniu i wartości straciła waluta, odwoływano kolejne turnieje organizowane w RPA, młodzi tenisiści nie mieli pieniędzy na starty. Zaczęła się tenisowa susza.

Właśnie w takim okresie urodził się Kevin Anderson. Na szczęście, zanim stał się „młodym zawodnikiem z wielką przyszłością” tenis w Południowej Afryce zaczął się odradzać. Ale i bez tego zapewne dałby sobie radę – miał bowiem wielkie wsparcie w osobie swojego ojca. I tak, to jedna z tych historii, gdy pasja ojca przenosi się na dzieci. Michael Anderson uwielbiał tenisa, choć Kevin mówił po latach, że nie był w żaden sposób przymuszany do jego trenowania, jak było to choćby z Andre Agassim.

Mój tata nie naciskał na mnie w żaden sposób, nie kierował w żadną stronę. Miał ambicje związane ze mną i sportem, ale było jasne, że lubi tenis. W tenisie nie polegasz na innych osobach, które mówią ci, czy jesteś wystarczająco dobry, by grać. To sport indywidualny i to proste: albo jesteś dobry, albo nie.

Mały Kevin (tak, kiedyś był mały!) grał zwykle z Gregiem, swoim młodszym bratem. Najpierw przebijali starą piłkę nad kawałkiem sznurka, potem ojciec wybudował im ścianę, o którą mogli tłuc całymi dniami. Później zaczęli chodzić na korty. Ich rodziców było na to stać, oboje zarabiali nieźle. Chłopakom zawsze towarzyszył ojciec, a takie wyprawy często ciągnęły się w nieskończoność. Dlaczego? Bo żaden z tej dwójki nie chciał przegrać, przeciągali więc mecze niemal na siłę.

Pamiętam, że tata miał książkę, która się rozpadała i była poklejona taśmą, żeby strony trzymały się razem, tak często do niej zaglądał. To był „Total Tennis Training” Chucka Kriese’ego. Tę książkę czytał najczęściej.

Z tej książki wyciągał wnioski, na jej podstawie uczył chłopaków grać. Trzeba stwierdzić, że robił to znakomicie, bo zarówno Kevin, jak i Greg bardzo dobrze radzili sobie w młodzieżowych turniejach. No i, kwestia jeszcze ważniejsza – potrafili, już w młodym wieku, zrozumieć, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie. Treningi, dieta, to wszystko.

Mój tata sam też trochę grał. Był samoukiem, czytał wiele książek, oglądał mnóstwo filmów. Odegrał największą rolę w mojej karierze. Gdy dorastałem, a trening trwał 2-3 godziny, często przez pierwszą koncentrowaliśmy się tylko na pracy stóp. Wiele czasu spędzałem, kiwając się przed lustrem, wciąż to robię. Zwłaszcza, gdy chcę popracować nad jakąś rzeczą.

Gdy, po wielu latach, wygrał pierwszy turniej rangi ATP, zrobił to w swoim rodzinnym kraju. Jego tata oglądał to… sprzed telewizora, mimo że na korty miał zaledwie kilka minut drogi. Kevin przyznał potem, że to „jedna z tych rzeczy, o których niemal nie musisz rozmawiać, bo wiesz o wszystkim, co działo się za kulisami”.

I tak, w karierze juniorskiej Andersona największą rolę odegrał jego ojciec. Ale przyszedł czas, gdy Kevin musiał podjąć istotną decyzję.

Stany, Stany

Miał wtedy 17 lat i, w teorii, powinien przechodzić na profesjonalizm. W praktyce pojawiło się inne wyjście – oferta z koledżu z amerykańskiego Illinois. Złożył ją zresztą pracujący tam Craig Tiley, czyli rodak Kevina. Możliwość rozwoju przez kolejnych kilka lat, zagwarantowane stypendia, rywalizacja na wyższym poziomie niż w juniorach, gwarantująca spokojniejsze przejście do profesjonalnego tenisa. Anderson się zdecydował, choć początkowo niemal nic nie wiedział o tym, co czeka go w USA.

W sumie nie wiedział zbyt wiele o tenisie w koledżach, gdy byłem w RPA. W trakcie mojego ostatniego roku w roli juniora, zacząłem odbierać telefony od trenerów i im więcej się o tym dowiadywałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że to okazja, która może mi się opłacić. „Wychodząc” z RPA nie miałem pieniędzy na bazę w innym kraju, gdzie mógłbym się rozwijać i poprawiać swoją grę.

W koledżu Anderson spędził trzy lata. Dziś powtarza, że była to znakomita decyzja, mimo że gdy on po raz kolejny rywalizował w mistrzostwach NCAA (amerykańskiej organizacji zrzeszające sportowe instytucje), o rok młodszy Novak Djoković był już mistrzem wielkoszlemowym. Zresztą, podobną drogę do Afrykanera przechodził też gość, z którym mierzył się w półfinale Wimbledonu – John Isner. Gwarantujemy, że on też narzekać na swoją przygodę z uczelnią narzekać nie będzie.

Minęło trochę czasu, odkąd opuściłem koledż i wiele musiałem się nauczyć, by grać na profesjonalnym poziomie, ale to zdecydowanie była istotna część mojego rozwoju. Wiele dzieci, z którymi rozmawiam, zachęcam do pójścia do koledżu. Mam nadzieję, że ten trend będzie się rozwijać, bo to bardzo opłacalne doświadczenie.

Nie będziemy opisywać wam jego osiągnięć z tamtych czasów, bo – bądźmy szczerzy – 99% ludzi spoza USA gubi się w amerykańskim systemie. Najkrócej rzecz ujmując, możemy napisać, że były dobre. Dochodził do finałów, był ważną postacią na swoim uniwerku. Tyle. Co jednak istotne – w Stanach Kevin odnalazł swoją drugą ojczyznę. Kilka lat temu zastanawiano się nawet, czy są szanse, by Anderson – na stałe mieszkający i trenujący w USA – reprezentował barwy tego kraju. John McEnroe wyraził wówczas swoją opinię:

Jeśli Kevin zdecydowałby się grać dla USA, byłoby to wspaniałe, moglibyśmy mówić, że mamy dziewięciu Amerykanów w setce, zamiast ośmiu. Ale czy to naprawdę zmieniłoby obraz naszego tenisa? Nie. Stałoby się to tylko wtedy, gdyby grał dla USA w Pucharze Davisa i na igrzyskach.

Anderson, rzecz jasna, na taki krok się nie zdecydował. Choć ze Stanami wiąże go jeszcze coś, a raczej ktoś – Kelsey, od 2011 roku, jego żona. Poznali się zresztą w koledżu. Nie wiemy, na ile to częste, ale w przypadku Kevina na pewno należy dopisać to do listy największych plusów tego etapu jego kariery.

To niemożliwe, by odtworzyć więzi, jakie zawarłem w koledżu. Poznałem tam żonę, najlepszych przyjaciół, cała społeczność tenisowa z Illinois jest dla mnie jak rodzina. Jestem blisko z każdym z nich. To zmieniło moje życie na wiele sposobów.

Co do Kelsey, dodać musimy jeszcze, że lepiej trafić nie mógł. Gdy ją poznał, była materiałem na niezłą golfistkę. Zrezygnowała jednak ze swojej kariery, na rzecz tej męża. A że ukończyła studia z księgowości, to… niech zresztą powie wam sama:

Zajmuję się jego rachunkami i podatkami, planuję podróże i rezerwacje hoteli. Jestem też odpowiedzialna za rozkład dnia – wszystko, co może sprawić, że życie Kevina będzie prostsze. Tak, by mógł skupić się na grze w tenisa. Jest mało ludzi, którzy to robią, tak naprawdę są tylko 2-3 kobiety, które podróżują ze swoimi partnerami „na pełny etat”.

Poza tym wszystkim, w 2016 Kevin, wraz z żoną i trenerem, założyli Realife Tennis, projekt, z którego młodzi, aspirujący tenisiści (choć nie tylko) mogą otrzymać wskazówki na temat swojej kariery – jak trenować, co jeść, czemu nie wygrywają. W sumie wszystko. Kelsey pisze też poczytnego bloga, ale to już temat na zupełnie inny tekst.

Ciężka praca

Popłaca. Zdecydowanie, choć zapewne niektórzy będą twierdzić inaczej, bo „czy się stoi, czy się leży…”. Cóż, Kevin zdecydowanie robił to pierwsze. A do tego biegał, odbijał miliony piłek, spędził tysiące godzin na korcie i na siłowni. Wiemy, w teorii robi to każdy tenisista, ale trudno nie odnieść wrażenia, że Anderson jest swego rodzaju fenomenem. Wystarczy posłuchać, do ma do powiedzenia jego otoczenie. Ot, choćby trener z czasów koledżu, Brad Dancer, który wspomina, że każdego ranka, o szóstej, Kevin wyrywał go z łóżka na dodatkową sesję treningową. O szóstej! Anderson spotykał się już wówczas z Kelsey, która wspomina to tak:

Wychodziliśmy gdzieś wieczorem, w pewnej chwili patrzył na zegarek i mówił: „Muszę iść do domu, muszę wstać rano, żeby potrenować”. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie chce spędzić ze mną więcej czasu. W końcu zapytałam go: „Inni ludzie nie trenują tak wcześnie rano, o co chodzi?”. Wtedy powiedział mi, że to prywatna sesja z jego trenerem.

W sumie to gratulujemy Kelsey wytrwałości. Bo jeśli myślicie, że to skończyło się w koledżu, to absolutnie nie macie racji. Kevin jest taki do dziś. Dancer, ten sam, którego wyciągał z łóżka, wspomina:

Najwspanialsze u Kevina było zawsze to niezachwiane przekonanie, że może zostać graczem z TOP 10 na świecie. Nic go nie dotykało, zawsze miał jasno zdefiniowaną ścieżkę, którą podążał. Dzięki temu potrafił „zrzucić” z siebie porażki i podążać naprzód.

Popatrzcie na Andersona teraz, przypomnijcie sobie mecze z Federerem i Isnerem. Pierwszy rzuca się w oczy serwis, jasne. Miał go od zawsze. Druga jego ruchliwość, która przy tym wzroście nie jest wcale oczywista. Ale tę też miał, w czasach koledżu grał w debla, z bardzo dobrymi wynikami. A co potem? Bardzo dobra gra z returnu i to, jak mocny jest od strony mentalnej. Uwierzycie, że jeszcze z dwa lata temu wszyscy eksperci powiedzieliby wam, że to te dwa elementy musi poprawić? Pewnie nie, a faktycznie tak było. Kevin wiedział o tym i po prostu to zrobił.

Czuję, że każdy dzień to okazja, by stać się lepszym. Od najmłodszych lat mój tata powtarzał mi, że musimy ciężko pracować, by osiągnąć nasze cele. Dziś muszę jednak monitorować mój trening i upewnić się, że z nim nie przesadzam. Jednak w tym samym czasie muszę skupić się na pracy. Nie ma dróg na skróty.

Dodajmy jeszcze trzy cytaty. Pierwszy to wypowiedź jego byłego kolegi z kadry RPA na Puchar Davisa, Johna-Laffnie de Jagera, drugi to jego trener, Louis Vosloo, a trzeci – ponownie – jest autorstwa jego żony.

Pamiętam, że kiedyś remisowaliśmy z Holandią w meczu, który rozgrywaliśmy w RPA. Była zima, niskie temperatury. Zespół skończył już trening. Kevin, trener mentalny i ja szliśmy z powrotem do hotelu, kiedy Kevin powiedział, że nie czuje się komfortowo ze swoim serwisem. Chciał poćwiczyć więcej. Wróciliśmy więc na korty i przez kolejne 45 minut Kevin ćwiczył swój serwis. On zrobi wszystko, co będzie potrzebne, by stać się lepszym tenisistą.

Jeśli Kevin czuje, że dzięki czemuś może stać się o jeden procent lepszy, to zrobi to. Jego nastawienie do pracy jest wyjątkowe. Mamy z nim problemy, bo chce robić zbyt wiele, nie dlatego, że unika wykonywania czegoś. Żeby dać wam przykład – byliśmy w Auckland i szukaliśmy specjalnego octu, który pomaga jego systemowi trawiennemu. Jeździliśmy po całym mieście, wypożyczonym autem, zerkając na kilka różnych map.

Cokolwiek na temat jego poświęcenia i etyki pracy powiedzieli wam inni ludzie, ja mogę tylko powtórzyć. Jest na takim poziomie oddania tenisowi, jakiego nie widziałam u nikogo innego, a stykałam się z wieloma ludźmi, którzy czemuś się poświęcali, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Z dala od kortu

W teorii to tekst o Kevinie-tenisiście, ale trudno wyrwać z Andersona tylko tę część jego osoby i powiedzieć „patrzcie, to cały on!”. Bo Afrykaner po prostu na to nie pozwala. Wspominaliśmy już o Realife Tennis. Ostatnio Anderson zwrócił za to uwagę na znaczne nadużywanie… plastikowych toreb na rakiety. Chodzi o to, by dać środowisku odetchnąć, choćby w najdrobniejszy z możliwych sposobów. Znacie ten obrazek doskonale – Roger Federer czy Rafael Nadal wyciągają nową rakietę, odpakowują z torebki, tę oddają chłopakom od podawania piłek, by wrzucili ją do kosza. Anderson stwierdził, że warto z tym skończyć.

Obejrzał dokument „Plastikowy ocean” na Netflixie i otworzył mi oczy. Gdy tylko zaczniesz o tym czytać i googlować, problem staje się widoczny. Zawsze byłem uświadomiony ekologiczne, ale w ostatnich kilku miesiącach zrobiłem kolejny krok do przodu. A kiedy otworzą ci się oczy, nie ma drogi powrotnej.

Sens tej inicjatywy podkreśla też Andy Phillips, czyli gość, który zajmuje się naciąganiem rakiet. Podkreśla, że torebki nałożone na rakiety są „tak naprawdę po to, by dobrze wyglądały”. Poza tym można tam dodać kilka reklam, jeśli akurat ktoś ma sponsorów. Tym bardziej głos Andersona staje się istotny i, wbrew pozorom, ma duże znaczenie. Kevin jest bowiem wiceprzewodniczącym ATP Players Council – Rady Zawodników i aktywnie uczestniczy w dyskusjach na tematy okołotenisowe. Swoją drogą, przewodniczącym jest Novak Djoković, z którym zagra w dzisiejszym finale Wimbledonu.

Gdyby jednak całkowicie odejść od kortu, zobaczycie, że Afrykaner to też, najprościej rzecz ujmując, spoko koleś. Kiedy akurat ma chwilę, wyluzuje się na jam session z… braćmi Bryanami. Swoją drogą, nagranie z niej podrzucamy poniżej. Rozpoznacie piosenkę? Nagrody za to nie ma, ale możecie uznać, że słuchacie dobrej muzyki.

Zaznaczyć musimy tu jeszcze coś, czego pominąć by się nie dało – psy. Kevin kocha zwierzaki, często wrzuca na swoje social media nagrania z nimi, zwykle opatrzone hasztagiem, który ma zachęcić do ich adopcji ze schroniska. Najczęściej pojawia się w nich Lady Kady, jego obecny pies, ale Anderson często przywołuje w wywiadach Lulu, pudla, który był jego pierwszym zwierzakiem.

Wzięliśmy Lulu do domu, gdy miałem sześć lat. Zawsze śmialiśmy się z faktu, że kosztowała nas 60 randów, czyli jakieś osiem dolarów. Ale myślę, że przeniosła też na mnie jakiś rodzaj bakterii, bo skończyłem z wyciętym wyrostkiem robaczkowym. Nie chcę jej tym obarczać bez żadnego dowodu, ale doktor powiedział, że to mogło przejść na mnie od psa, więc ostatecznie kosztowała nas nieco więcej, ale była wspaniała.

Kelsey Anderson:

Jest wielka strona Kevina, której ludzie, poza tymi najbliższymi, nie widzą. Jest dużo bardziej inteligentny niż wielu podejrzewa. Lubi docierać do sedna rzeczy, by dowiedzieć się, jak coś działa. Gdy chwycił za gitarę, grał na niej po niecałym miesiącu. Czyta cały czas. Jest wielka różnica pomiędzy nim na korcie, a poza nim.

A, gdybyście kiedyś mieli okazję zjawić się w domu Andersona, to nie znajdziecie tam żadnych rakiet, piłek czy trofeów. Kiedyś wisiała tam fotografia wygranego przez niego meczu na Wimbledonie, ale zdecydował, że nie chce jej widzieć, bo uznał, że… zagrał wtedy słabo. Przede wszystkim jednak pamiętajcie: „za wystrój wińcie Kelsey”.

Turniej jego życia?

Trzy lata temu Kevin Anderson dotarł na Wimbledonie do czwartej rundy. Prowadził wówczas 2-0 w setach z Novakiem Djokoviciem. Kolejne dwa przegrał łatwo, ale późna pora przerwała rozgrywanie spotkania. Wydawało się, że to ratunek dla Kevina, ale ostatecznie piątą partię również zgarnął Serb. Djoković wygrał wtedy zresztą cały turniej. A Anderson? Dziś powtarza, że to był dla niego mecz, który pomógł mu stać się jeszcze lepszym. Dzięki niemu wygrał później z Andym Murrayem na US Open i osiągnął swój pierwszy ćwierćfinał. To nie nasz wymysł, tylko jego słowa. Podobnie mówił tez o zeszłorocznym finale w USA:

Wiele się nauczyłem. To był trudny mecz, przeciwko komuś, kto grał takie wcześniej ponad 20 razy. Jestem bardzo zadowolony, że dotarłem do finału i mogłem to przeżyć. Niewielu zawodników dostaje taką szansę, to bardzo trudne.

Dziś stoi przed największym wyzwaniem w swoim życiu. Na US Open mało kto w niego wierzył, na Wimbledonie – w finale z wracającym do gry Djokoviciem, którego nikt w tej fazie turnieju nie oczekiwał – jest w stanie zrobić coś historycznego. Zresztą, tak naprawdę historyczne mecze już tu zagrał. Dwa. Bo do takich należy zaliczyć zarówno ćwierćfinał z Federerem, jak i mecz półfinałowy z Johnem Isnerem.

O tym drugim napisano już chyba wszystko: najdłuższy półfinał Wimbledonu w historii, drugi najdłuższy mecz w ogóle, mnóstwo asów, 99 gemów, punktów tyle, że trudno zliczyć. Ale przede wszystkim: wielkie emocje i, prawdopodobnie, największe zwycięstwo w karierze Andersona. A z pewnością najważniejsze. Przecież Kevin ma już 32 lata i wiele kariery mu nie zostało.

Gdybyśmy mieli opisać go najkrócej, jak tylko się da, z pomocą przyszedłby język angielski. Bo „late bloomer” to piękne sformułowanie, idealnie tu pasujące. Anderson rozwijał się powoli, harmonijnie, kilka lat spędził też w koledżu, więc profesjonalną karierę zaczął później niż większość tenisistów. Po drodze zaliczał też kilka kontuzji i problemy z kolanami, poddał się m.in. operacji, która miała je zlikwidować. To działo się w 2016 roku. Rok później był finalistą US Open.

Nie sądzę, że wiek to poważna sprawa. Zresztą, każdego roku moje urodziny przypadają w weekend przed Roland Garros, więc nie mogę przesadnie świętować. Gdy zakończę karierą, będę miał 16 urodzin do nadrobienia.

Czy pokona Novaka Djokovicia? Tego nie wie nikt. Swoją dotychczasową postawą pokazał jednak, że absolutnie nie można go skreślać. A nawet jeśli nie zdobędzie dziś trofeum, to bądźcie pewni, że swoje szanse jeszcze będzie mieć. Dwa lata temu mówił:

Jeśli porównacie moją karierę do pięciosetowego spotkania, to wierzę, że jestem w trakcie trzeciego seta. Są zawodnicy, którzy grają po trzydziestce i to bardzo dobrze. Wiem, że mogę stać się jeszcze lepszy.

Dziś te słowa wydają się wciąż aktualne. Bo Anderson gra tenis swojego życia i jeśli ma zamiar cokolwiek zmienić, to tylko na plus.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. NewsPix

Opublikowane 15.07.2018 14:38 przez

Sebastian Warzecha

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 1
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Joopiter
Joopiter

Dobry artykuł, dzięki.
A utwór do rozpoznania dość łatwy, nie trzeba być żadnym koneserem 😉

Weszło
18.09.2020

„PiS przegląda teczkę Bońka w IPN i wkrótce może coś odpalić”

Piątkowa prasa? Napakowana jak kabanos. Mnóstwo wywiadów i rozmów z ligowcami, zapowiedź sezonu Bundesligi, czy kolejne nowe fakty w sprawie wejścia CBA do PZPN. „Gazeta Wyborcza” sugeruje, że to zlecenie polityczne. – Powód? Formalny powód – afera melioracyjna. – Boniek miał dobre układy z PiS i myślał, że jest nietykalny. Ale kiedy tylko skrytykował władzę, […]
18.09.2020
Weszło
18.09.2020

Hejt Park w Dobrym Składzie z ekipą #BoMiSięChce!

#BoMiSięChce to projekt łączący pełnosprawnych sportowców i tych z niepełnosprawnościami oraz inne osoby aktywne sportowo. Pomysłodawcą akcji jest niewidomy pływak i raper – Wojtek Makowski. Celem działań jest przeciwstawienie się postawie typu „nie chce mi się” oraz przypomnienie, że pomimo fizycznych różnic wszyscy ludzie są tacy sami i każdy może zmotywować się do aktywnego działania. […]
18.09.2020
Weszło
18.09.2020

FCSB pierwszym klubem, który pokonał koronawirusa

O rany, co za wieczór w eliminacjach Ligi Europy. Gra Tottenham, gra Milan, polski klub przechodzi dalej, a mimo to wszystko usuwa w cień jedna niepozorna drużyna z Rumunii. No dobra, niepozorna to akurat złe słowo, akurat jeśli spodziewać się po kimkolwiek szaleństwa na miarę filmów Wesa Andersona, to właśnie po FCSB, klubie, który stracił […]
18.09.2020
Weszło
17.09.2020

Milan wygrywa, Mou blisko blamażu, OFI okradzione. Co słychać w Lidze Europy?

W Europie nie ma już słabych drużyn – to zdanie padnie dziś w wielu krajach, bo za nami kolejna seria eliminacyjnych meczów. Walka o Ligę Europy robi się coraz ciekawsza. Dziś niewiele brakowało, żeby Tottenham upadł i sobie głupi ryj rozwalił odpadł w Bułgarii. Milan także nie miał luzu w Irlandii, a z pucharami pożegnali […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Mecz życia Martina Konczkowskiego

Możesz przez całą karierę kopać piłkę na przyzwoitym poziomie, ale jeżeli nie wyróżnisz się w którymś z kluczowych momentów, to nie zostaniesz mocniej zapamiętany. Bez względu na dalsze losy Martina Konczkowskiego w Piaście Gliwice, kibice klubu z Okrzei już zawsze będą mogli mu pamiętać mecz z TSV Hartberg. Konczkowski to definicja „fajnego chłopaka” wśród naszych […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Wczoraj Szwedzi, dziś Austriacy. Jak miło pisać, że to my ogrywamy ich, a nie oni nas!

Wczoraj wyrzuciliśmy z pucharów Szwedów, a dzisiaj Austriaków. Tak, to zdanie jest prawdziwe i rany, jak ono brzmi! Przecież od dłuższego czasu przyzwyczajaliśmy się, że to nas regularnie wypraszano z Europy za sprawą Kazachów, Luksemburczyków, Słowaków, Ochotniczej Straży Pożarnej i Lata Muminków. Kto miał ochotę, ten lał. Teraz w końcu przeżywamy coś przyjemniejszego. I co […]
17.09.2020
Weszło FM
17.09.2020

Maciej Skorża w poranku Weszło FM!

Piątek na antenie Weszło FM zapowiada się niezwykle interesująco. W poranku odwiedzi nas jeden z najlepszych polskich trenerów w XXI wieku, później porozmawiamy o zwycięstwie Piasta nad Hartbergiem w eliminacjach Ligi Europy, a na koniec nie zapomnimy o pierwszych meczach 4. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy! Wszystko zacznie się jak zawsze o godzinie 7:00. W […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

#AleNumer – konkurs z nagrodami – ile goli padnie w 4. kolejce?

Uwaga, Weszło razem z Totalizatorem Sportowym rozdaje piłki Ekstraklasy, koszulki klubów, iPhone’a 12, smart watcha od Apple! Rozpoczynamy kolejny sezon z konkursem #AleNumer. Tym razem pytamy o to, ile bramek w 4. kolejce Ekstraklasy strzelą gospodarze. Jak grać? Rywalizujemy na naszych social mediach. Pod naszymi wpisami na Twitterze lub Facebooku odpowiadacie na nasze pytanie, podrzucacie […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Liverpool bierze Thiago i trafia w dziesiątkę?

Liverpool w ostatnim czasie odzwyczaił nas od hitów transferowych. Po zwycięstwie w Lidze Mistrzów klub nie rzucił się na nowych piłkarzy jak szczerbaty na suchary, raczej uzupełniał skład takimi piłkarzami jak Minamino czy Adrian, co zresztą w drugim przypadku skończyło się katastrofą w meczu z Atletico. Natomiast teraz Liverpool wraca do gry, będzie chciał znów […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Zarżnięte derby Łodzi

Już ponad 10 lat minęło od ostatniego meczu derbowego w Łodzi, w którym udział mogli wziąć kibice obu drużyn. Wczoraj, tak jak na każdym innym derbowym meczu w ostatniej dekadzie, kibiców gospodarzy od kibiców gości oddzielał taki sam dystans, jak stadion Widzewa od stadionu ŁKS-u. Mecz dwóch największych drużyn z tego zasłużonego dla polskiego futbolu […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Powstrzymywał Messiego, wyrzucił Sevillę z LE. Frydrych ze Slavii nowym stoperem Wisły

Pamiętacie mecz Barcelony ze Slavią na Camp Nou, który zakończył się bezbramkowym remisem? Na pewno pamiętacie – po internecie krążyły filmiki z akcjami, które na stadionie giganta kreował klub z Pragi. Momentami ciężko było zgadnąć, kto w tym starciu jest Barceloną. W tym meczu 90 minut zagrał Michal Frydrych. Czyli nowy stoper Wisły Kraków. Dlaczego […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

ŁKS znów stabilny w tyłach, Widzew jeszcze się odkuje. Pięć wniosków po derbach Łodzi

Derby, derby i po derbach. Kibice w Łodzi obudzili się dziś z kacem. Jedni z namacalnym z powodu świętowania, inni z moralnym, po porażce z odwiecznym rywalem. Dla Widzewa i ŁKS-u bezpośrednie spotkania to moment wyjątkowy. Można nie tylko udowodnić wyższość i „zdobyć” miasto do czasu kolejnej konfrontacji, ale też porównać się z rywalem zza […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

Pozytywny quiz. Kogo wyrzuciliśmy z pucharów?

Po wczorajszej wygranej Lecha w Szwecji mamy tak dobry humor, że postanowiliśmy odświeżyć kilka pozytywnych wspomnień. Mianowicie cofnęliśmy się do czasów, w którym wyeliminowanie bardziej lub mniej przyzwoitej drużyny z pucharów nie było dla nas świętem. Trochę czasu minęło, dlatego sprawdzamy waszą pamięć w ramach quizu. My podajemy nazwę wyrzuconej za burtę drużyny i sezon, […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

TSV Hartberg – debiutant, którego nawet Piast przewyższa doświadczeniem i budżetem

Piast Gliwice nie ma jeszcze wielkich tradycji, a na międzynarodowej arenie nadal niczego znaczącego nie zwojował, ale swojego czwartkowego rywala i tak w tym aspekcie przerasta. Klub z Okrzei w trwającej dekadzie już cztery razy startował w pucharowych eliminacjach, w tym sezonie wreszcie wywalczył pierwszy skalp po ograniu Dynama Mińsk i powoli ugruntowuje swoją pozycję […]
17.09.2020
Blogi i felietony
17.09.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Ekstraklasa zarazem ma klasę średnią i jej nie ma. Ma, bo ona istnieje. I nie ma jej, bo nikt do tej klasy średniej nie chce należeć. W bieżącym sezonie ESA każdy, poza beniaminkami, i może Wisłą Płock, chciałby zagrać o coś więcej. W dwunastu na szesnaście obozów oczekuje się miejsca w mniej lub bardziej ścisłej […]
17.09.2020
Weszło
17.09.2020

PRASA. Kulig: Ułożyłem sobie życie. Byli tacy, co zarabiali 20 razy więcej, a dziś nie mają nic

Co dziś słychać w prasie? Jest sporo o europejskich pucharach, tak w kontekście wygranej Lecha Poznań, jak i Piasta Gliwice. Mamy także ciekawy wywiad z Przemysławem Kuligiem, który po karierze został biznesmenem. – Byli piłkarze, którzy zarabiali dziesięć, dwadzieścia razy więcej ode mnie, a dziś nie mają nic. Ułożyłem sobie życie. Z żoną prowadzimy biznes, jesteśmy […]
17.09.2020
Weszło
16.09.2020

Jak nie grać w piłkę – przedstawia Bartłomiej Poczobut

Twój zespół gra derby, całkiem ważny mecz. Jesteś środkowym pomocnikiem, całkiem ważną postacią w zespole. Nie mija pół godziny, a już masz żółtą kartkę na koncie. Co robisz?  uważasz na to, co robisz i mówisz, żeby nie osłabić drużyny od razu po kartce rzucasz się do sędziego z pretensjami przez całe spotkanie faulujesz rywali, licząc, […]
16.09.2020
Weszło
16.09.2020

Filip Bednarek po raz pierwszy na duży plus w Lechu

Nie ma co ukrywać: Filip Bednarek nie zaczął dobrze swojego pobytu w Lechu Poznań i szybko znalazł się na cenzurowanym. Dziś wykonał pierwszy duży krok w kierunku tego, by kibice „Kolejorza” (i nie tylko oni) zmienili zdanie na jego temat. Pozyskanie 27-letniego bramkarza od początku budziło pewne wątpliwości. Mowa przecież o gościu, który spędził w […]
16.09.2020