Tekst czytelnika: Analiza niepowodzenia Afryki na rosyjskim mundialu
Blogi i felietony

Tekst czytelnika: Analiza niepowodzenia Afryki na rosyjskim mundialu

Gdy pierwszy raz dowiedziałem się o istnieniu mistrzostw świata był rok 1998, a ja byłem 12-letnim dzieciakiem. Wtedy jeszcze miałem pojęcia, z czym to się je, ale szybko złapałem mundialowego bakcyla i oglądałem mecz za meczem z wypiekami na twarzy. Jako świeżo upieczony fanatyk futbolu nie wiedziałem która reprezentacja jest mocna, a która to typowa zbieranina ogórków.

W miarę oglądania wszystko zaczęło się jednak robić klarowne, a mój młody umysł poszybował w kierunku gospodarzy – Francuzów – oraz ekip afrykańskich. O ile sympatyzowanie z tymi pierwszymi jest raczej normalne – byli po prostu mocni – o tyle kibicowanie zespołom z Czarnego Lądu dla niektórych może wydać się czymś nietypowym. Mnie samemu też do dziś trudno wyjaśnić ten fenomen. Może chodziło o fikuśne trykoty chłopaków z Republiki Południowej Afryki? Może o niespodziewaną wygraną Nigerii nad naszpikowaną grajkami znanymi nawet takiemu laikowi jak ja Hiszpanią?

Osobiście skłaniam się jednak ku opcji, że emanujące egzotyką reprezentacje były czymś totalnie nowym dla dzieciaka wychowanego w Polsce lat 90-tych. Do tego w Łomży, gdzie nawet dziś widok czarnoskórej osoby na ulicy jest dość nietypowy. Dodatkowo byłem świeżo po lekturze „Tomka na Czarnym Lądzie” Alfreda Szklarskiego. Można powiedzieć, że Czarny Ląd mnie fascynował i fascynuje do dziś.

Na boiskach Francji moi faworyci radzili sobie jednak mocno przeciętne. Jedna Nigeria wyszła z grupy, by jednak szybko dostać łupnia od mocnej wówczas Danii. Nie przeszkodziło mi to jednak stać się fanem piłki afrykańskiej. Śledziłem wszystko, co było możliwe, korzystając z telegazety, telewizji, radia czy choćby gazet o tematyce sportowej. Gdy tylko jakiś piłkarz z Czarnego Lądu przybywał do polskiej ligi, z miejsca stawał się moim ulubieńcem. Prenumerowałem skarby kibica rodzimych rozgrywek i nie tylko. Nazwijcie mnie futbolowym hipsterem, ale do dziś wolę obejrzeć mecz fazy grupowej Pucharu Narodów Afryki niż finał Ligi Mistrzów.

Kilka lat po pamiętnym dla mnie Coupe du Monde przeczytałem gdzieś wypowiedź samego Pele. Legendarny Brazylijczyk w 1990 roku był świadkiem, jak na włoskich boiskach dowodzone przez nieśmiertelnego Rogera Millę kameruńskie „Lwy Nieposkromione” zrobiły furorę, o włos przegrywając z Anglią awans do półfinału. Wówczas to padły pamiętne słowa, że jeszcze przed rokiem 2000 reprezentacja afrykańskiego kraju sięgnie po tytuł mistrzów świata.

Dziś wiemy, że choć Pele zasługuje na dozgonny szacunek za boiskowe zasługi, czasem to po prostu zwykły mitoman, który klepie co mu przyjdzie do głowy. Na pewno nie mógłby zostać brazylijską wersją wróżbity Macieja. Jego przewidywanie przyszłości nie jest najwyższych lotów, że wspomnimy tylko namaszczenie Freddy’ego Adu na swojego sukcesora. Tego samego, który nie załapał się nawet do Sandecji…

Także i w przypadku afrykańskiego mistrza świata Pele zdecydowanie mijał się z prawdą. Zdaniem niektórych mamy tu do czynienia ze swoistą „klątwą”.

Nawet fenomenalna pod koniec lat 90-tych Nigeria, nie licząc wygranej na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, nigdy choćby nie powtórzyła osiągnięcia Kamerunu z roku 1990. Na kolejnych dwóch mundialach jako jedyny przedstawiciel swojego kontynentu wychodziła poza fazę grupową. Na więcej jednak Superorłów nie było stać. Aż szkoda, że ekipa złożona z takich zawodników jak Jay-Jay Okocha, Tijani Babangida, Celestine Babayaro, Taribo West czy Nwankwo Kanu nigdy nie pokazała pełni swojego potencjału. To samo można powiedzieć o również mocnych wówczas Maroko, RPA czy Kamerunie.

Na początku nowego millenium łyżką miodu w beczce dziegciu był występ Senegalu na azjatyckim mundialu. Podopieczni Bruno Metsu już na otwarcie odprawili z kwitkiem obrońców tytułu, czyli faworyzowaną Francję, by zatrzymać się dopiero w ćwierćfinale na dowodzonej przez Hakana Sukura tureckiej armii, która sięgnęła ostatecznie po brązowy medal.

Później wprawdzie takie Nigeria, Algieria czy Ghana walczyły o utrzymanie honoru Czarnego Lądu na świecie, ale skutek był różny. Zwłaszcza ostatni z wymienionych zabłysnęli, gdy w 2010 pechowo odpadli dopiero w ćwierćfinale po meczychu z Urugwajem zakończonym konkursem rzutów karnych. Ręka Luisa Suareza do dziś może śnić się po nocach takiemu Muntariemu czy Appiahowi.

Przysłowiowego wiatru w oczy reprezentacje z Afryki doświadczały aż nadto. Wymieniałem już przypadki Kamerunu, Nigerii czy Ghany, ale co ma powiedzieć taka na przykład Algieria? Przecież na poprzednim mundialu późniejsi jego triumfatorzy z Niemiec potrzebowali aż dogrywki, by wyrzucić za burtę popularne Lisy Pustyni. A tak zwana złota generacja Wybrzeża Kości Słoniowej? Drogbie, Zokorze i spółce dwukrotnie zabrakło punktu by wyjść z grupy i grać dalej. Być może nawet z sukcesami, bo prezentowali się dobrze. Zawsze jednak czegoś brakowało.

Oczywiście za jeden z powodów niepowodzenia ekip afrykańskich na mistrzostwach świata można uznać kłótnie o pieniądze. Inną kwestią są tutaj dość niespodziewane rozstrzygnięcia niektórych eliminacji do mistrzostw świata. Weźmy za przykład kadrę narodową Egiptu. Faraoni dowodzeni przez słynnego „Cesarza” Shehatę w latach 2006-10 trzy razy z rzędu triumfowali w Pucharze Narodów Afryki! Robi wrażenie? No raczej. Tym bardziej, że nikt przed nimi ani po nich czegoś takiego nie dokonał. Tymczasem na występ na mundialu musieli czekać aż do roku bieżącego, podczas gdy awans na turniej rozgrywany w Niemczech (2006) wywalczyły Angola i Togo. Osobiście nic do tych reprezentacji nie mam, aczkolwiek nawet na kontynencie trudno ich uznać za kozaków.

Mnie jako fanatykowi piłki afrykańskiej jest po prostu przykro, ale muszę przełknąć tę gorzką pigułkę: po raz pierwszy od roku 1982 wszystkie drużyny z Czarnego Lądu musiały jak niepyszne wrócić do domu już po fazie grupowej. Niektórzy bardzo szybko stracili szanse na wyjście z grupy, inni mieli na to szanse do ostatnich minut trzeciej kolejki.  Powody takiego stanu rzeczy też są różne.

W przypadku Egiptu moim zdaniem największym problemem jest tak zwana salahdependencia. Gdy przed turniejem największy gwiazdor Faraonów doznał kontuzji, wszyscy chuchali na niego i dmuchali, z niepokojem oczekując wieści na temat stanu jego zdrowia. Coś jak u nas z Glikiem. Gwiazdor Liverpoolu ostatecznie pojechał do Rosji, jednak nie wystąpił w pierwszym meczu przeciwko Urugwajowi.

Paradoksalnie starcie z Cavanim, Suarezem i spółką to był najlepszy mecz, jaki Egipcjanie rozegrali na tym mundialu. Trezeguet, Kahraba i spółka poszaleli sobie trochę w ofensywie. Zgoda, to Urusi zgarnęli trzy punkty po golu Gimeneza w końcówce spotkania, ale trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. Umiejętności może i podopiecznym Hectora Raula Cupera brakuje, ale ambicji nie można im odmówić.

Problem w tym, że gdy Salah wrócił na boisko, koledzy za bardzo chcieli grać pod niego, a rywalem była rozpędzona po laniu urządzonym Saudyjczykom kamanda Sbornej. A że i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa, sam Mo nic nie zdziałał i po drugiej porażce Egipcjanie odpadli z turnieju. Potem już chyba nawet odechciało im się walczyć. A może wpływ na porażkę nawet z Arabią Saudyjską miały zgrzyty w egipskim zespole, do których doszło po spotkaniu Salaha z Ramzanem Kadyrowem, na którym egipski gwiazdor otrzymał honorowe obywatelstwo Czeczenii. Ponoć nie wszystkim kadrowiczom się to spodobało.

Maroko z kolei zyskało wielu nowych sympatyków na całym świecie. Waleczne Lwy Atlasu pokazały się z bardzo dobrej strony, i to nawet mimo zdobytego zaledwie jednego punktu z Hiszpanią na otarcie łez. W ich przypadku myślę, że największym mankamentem okazał się brak klasowej dziewiątki. Z całym szacunkiem, ale nawet jeśli – jak w spotkaniu z Iranem – Amrabat, Harit czy Ziyech stworzą pierdyliard okazji pod bramką przeciwnika, to kto ma je wykańczać?

Zróbmy przegląd napastników, których Herve Renard zabrał do Rosji. El Kaabi z Boutaibem to piłkarze co najwyżej nieźli, lecz bardzo chimeryczni. 31-letni Bouhaddouz też prochu już nie wymyśli, a jeśli już trafia, to powinien zwracać uwagę na to, w którą bramkę. En-Nesyri z kolei to melodia przyszłości. Krótko mówiąc – dupy nie urywa. Przydałby się teraz taki Salaheddine Bassir, Moustapha Hadji czy już nawet Marouane Chamakh.

O Nigerii również nie można powiedzieć, że zagrała źle. Wprawdzie już na dzień dobry John Obi Mikel i spółka dostali dwa sztychy od Chorwatów, ale póki co na rosyjskich boiskach od Vatrenich każdy dostaje w palnik. Potem w pojedynku Ahmed Musy z Islandią górą był ten pierwszy, ale ostatecznie marzenia SuperOrłów o wyjściu z grupy wybili mający nóż na gardle Messi i jego Argentyna.

Wydaje mi się, że zadziałał tam głównie brak doświadczenia na turniejach międzykontynentalnych. Niedostatek ogrania na największej ze scen, tego boiskowego cwaniactwa. Spójrzmy prawdzie w oczy – złote pokolenie z lat 90-tych już zeszło ze sceny, zaś Gernot Rohr zabrał do Rosji dość młodą i jeszcze nieopierzoną drużynę. Nie zrozumcie mnie źle. Wierzę w umiejętności takich grajków jak Mikel, Musa czy Victor Moses. Jestem też przekonany, że Kelechi Iheanacho, Wilfried Ndidi czy Tyronne Ebuehi mają olbrzymi talent. Ta mieszanina musi jednak wpierw dotrzeć się i okrzepnąć. Stawiam dolary przeciw orzechom, że za cztery lata wyjście z grupy to minimum, na co będzie ich stać.

W przypadku Tunezji i Senegalu mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje mi się, że obie ekipy mają większy potencjał niż to pokazały, a z drugiej – czy naprawdę stać ich w tej chwili na coś więcej niż awans na mundial? Jeśli tak, to osobiście dałbym więcej szans drużynie, którą jeszcze w ubiegłym roku prowadził Henryk Kasperczak.

Ustalmy sobie jedno – wśród podopiecznych Nabila Maaloula próżno szukać wielkich gwiazd światowej piłki. Z pewnością nie można za taką uznać nawet najlepszego wśród Tunezyjczyków, Wahbiego Khazriego, który do tej pory błyszczał głównie na boiskach Ligue 1. Jest tam jednak zgrany kolektyw, który potrafił postraszyć Anglików, którzy wcale nie grają tak wybitnego turnieju. Z drugiej strony przeciwko Panamie Orły Kartaginy też nie błyszczały, ale to już był mecz o typową pietruszkę. To nie skoki narciarskie, żeby przyznawać noty za styl. Liczą się trzy punkty i to udało się osiągnąć. Zastanawia mnie tylko, co by było gdyby trzecim grupowym rywalem był ktoś słabszy niż mocna w tym roku Belgia. Tego już się jednak nie dowiem.

Został nam jeszcze Senegal, czyli nasz grupowy rywal i jednocześnie pogromca. Aliou Cisse ma wśród swoich podopiecznych przynajmniej dwie gwiazdy światowej piłki – Khalidou Koulibaly’ego i Sadio Mane. Żaden z nich nie zagrał wybitnego, czy wręcz dobrego turnieju. Zgoda, piłkarz Liverpoolu strzelił gola przeciwko Japonii, ale na więcej nie było go stać. Nie tego oczekiwano od zawodnika, który szalał zarówno w Premier League jak i w Lidze Mistrzów. Stoper Napoli także ma za sobą przyzwoity sezon ligowy, ale moim zdaniem powinien zadzwonić po korepetycje do Yerry’ego Miny. Kolumbijczyk był od niego lepszy pod każdym względem. Co więcej, wśród senegalskich defensorów zdecydowanie bardziej wyróżniał się młodziutki Moussa Wague, dla którego belgijskie Eupen jest już chyba za ciasne.

Lwy Terangi nie zagrały ani jednego dobrego meczu, ale i tak do końca były w grze o awans. Również za sprawą naszych reprezentantów, którzy właściwie jako jedyni podarowali im zwycięstwo na srebrnej tacy. Owinięte wstążką. Przy użyciu czerwonego dywanu. Brakowało jeszcze tylko, żeby zrobili M’Baye Niangowi szpaler. Ostatecznie jednak los-figlarz sprzyjał Japończykom, którzy wygrali tę śmieszną klasyfikację tak zwanego fair play. Inna sprawa, że Samuraje nie zachowali się fair, ale to już nie Senegalu problem. Oni sobie poradzą, jak tylko Ismaila Sarr czy Balde Keita nabiorą doświadczenia i będą mogli pokazać pełnię talentu.

36 lat – tyle czasu minęło odkąd ostatni raz żadna z afrykańskich reprezentacji nie przeszła fazy grupowej mistrzostw świata. W tym roku – z różnych powodów – mamy powtórkę z rozrywki. W większości przypadków widoki na przyszłość są jednak pozytywne. Jeśli nie dojdzie do poważniejszych zawirowań politycznych lub finansowych, za cztery lata sytuacja zmieni się na korzyść ekip z Czarnego Lądu i ich kibiców. Wtedy powiem im tylko – w to mi grajcie!

Arek Przybyłkiewicz

Fot. FotoPyK