Tekst czytelnika: Analiza niepowodzenia Afryki na rosyjskim mundialu
Blogi i felietony

Tekst czytelnika: Analiza niepowodzenia Afryki na rosyjskim mundialu

Gdy pierwszy raz dowiedziałem się o istnieniu mistrzostw świata był rok 1998, a ja byłem 12-letnim dzieciakiem. Wtedy jeszcze miałem pojęcia, z czym to się je, ale szybko złapałem mundialowego bakcyla i oglądałem mecz za meczem z wypiekami na twarzy. Jako świeżo upieczony fanatyk futbolu nie wiedziałem która reprezentacja jest mocna, a która to typowa zbieranina ogórków.

W miarę oglądania wszystko zaczęło się jednak robić klarowne, a mój młody umysł poszybował w kierunku gospodarzy – Francuzów – oraz ekip afrykańskich. O ile sympatyzowanie z tymi pierwszymi jest raczej normalne – byli po prostu mocni – o tyle kibicowanie zespołom z Czarnego Lądu dla niektórych może wydać się czymś nietypowym. Mnie samemu też do dziś trudno wyjaśnić ten fenomen. Może chodziło o fikuśne trykoty chłopaków z Republiki Południowej Afryki? Może o niespodziewaną wygraną Nigerii nad naszpikowaną grajkami znanymi nawet takiemu laikowi jak ja Hiszpanią?

Osobiście skłaniam się jednak ku opcji, że emanujące egzotyką reprezentacje były czymś totalnie nowym dla dzieciaka wychowanego w Polsce lat 90-tych. Do tego w Łomży, gdzie nawet dziś widok czarnoskórej osoby na ulicy jest dość nietypowy. Dodatkowo byłem świeżo po lekturze „Tomka na Czarnym Lądzie” Alfreda Szklarskiego. Można powiedzieć, że Czarny Ląd mnie fascynował i fascynuje do dziś.

Na boiskach Francji moi faworyci radzili sobie jednak mocno przeciętne. Jedna Nigeria wyszła z grupy, by jednak szybko dostać łupnia od mocnej wówczas Danii. Nie przeszkodziło mi to jednak stać się fanem piłki afrykańskiej. Śledziłem wszystko, co było możliwe, korzystając z telegazety, telewizji, radia czy choćby gazet o tematyce sportowej. Gdy tylko jakiś piłkarz z Czarnego Lądu przybywał do polskiej ligi, z miejsca stawał się moim ulubieńcem. Prenumerowałem skarby kibica rodzimych rozgrywek i nie tylko. Nazwijcie mnie futbolowym hipsterem, ale do dziś wolę obejrzeć mecz fazy grupowej Pucharu Narodów Afryki niż finał Ligi Mistrzów.

Kilka lat po pamiętnym dla mnie Coupe du Monde przeczytałem gdzieś wypowiedź samego Pele. Legendarny Brazylijczyk w 1990 roku był świadkiem, jak na włoskich boiskach dowodzone przez nieśmiertelnego Rogera Millę kameruńskie „Lwy Nieposkromione” zrobiły furorę, o włos przegrywając z Anglią awans do półfinału. Wówczas to padły pamiętne słowa, że jeszcze przed rokiem 2000 reprezentacja afrykańskiego kraju sięgnie po tytuł mistrzów świata.

Dziś wiemy, że choć Pele zasługuje na dozgonny szacunek za boiskowe zasługi, czasem to po prostu zwykły mitoman, który klepie co mu przyjdzie do głowy. Na pewno nie mógłby zostać brazylijską wersją wróżbity Macieja. Jego przewidywanie przyszłości nie jest najwyższych lotów, że wspomnimy tylko namaszczenie Freddy’ego Adu na swojego sukcesora. Tego samego, który nie załapał się nawet do Sandecji…

Także i w przypadku afrykańskiego mistrza świata Pele zdecydowanie mijał się z prawdą. Zdaniem niektórych mamy tu do czynienia ze swoistą „klątwą”.

Nawet fenomenalna pod koniec lat 90-tych Nigeria, nie licząc wygranej na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, nigdy choćby nie powtórzyła osiągnięcia Kamerunu z roku 1990. Na kolejnych dwóch mundialach jako jedyny przedstawiciel swojego kontynentu wychodziła poza fazę grupową. Na więcej jednak Superorłów nie było stać. Aż szkoda, że ekipa złożona z takich zawodników jak Jay-Jay Okocha, Tijani Babangida, Celestine Babayaro, Taribo West czy Nwankwo Kanu nigdy nie pokazała pełni swojego potencjału. To samo można powiedzieć o również mocnych wówczas Maroko, RPA czy Kamerunie.

Na początku nowego millenium łyżką miodu w beczce dziegciu był występ Senegalu na azjatyckim mundialu. Podopieczni Bruno Metsu już na otwarcie odprawili z kwitkiem obrońców tytułu, czyli faworyzowaną Francję, by zatrzymać się dopiero w ćwierćfinale na dowodzonej przez Hakana Sukura tureckiej armii, która sięgnęła ostatecznie po brązowy medal.

Później wprawdzie takie Nigeria, Algieria czy Ghana walczyły o utrzymanie honoru Czarnego Lądu na świecie, ale skutek był różny. Zwłaszcza ostatni z wymienionych zabłysnęli, gdy w 2010 pechowo odpadli dopiero w ćwierćfinale po meczychu z Urugwajem zakończonym konkursem rzutów karnych. Ręka Luisa Suareza do dziś może śnić się po nocach takiemu Muntariemu czy Appiahowi.

Przysłowiowego wiatru w oczy reprezentacje z Afryki doświadczały aż nadto. Wymieniałem już przypadki Kamerunu, Nigerii czy Ghany, ale co ma powiedzieć taka na przykład Algieria? Przecież na poprzednim mundialu późniejsi jego triumfatorzy z Niemiec potrzebowali aż dogrywki, by wyrzucić za burtę popularne Lisy Pustyni. A tak zwana złota generacja Wybrzeża Kości Słoniowej? Drogbie, Zokorze i spółce dwukrotnie zabrakło punktu by wyjść z grupy i grać dalej. Być może nawet z sukcesami, bo prezentowali się dobrze. Zawsze jednak czegoś brakowało.

Oczywiście za jeden z powodów niepowodzenia ekip afrykańskich na mistrzostwach świata można uznać kłótnie o pieniądze. Inną kwestią są tutaj dość niespodziewane rozstrzygnięcia niektórych eliminacji do mistrzostw świata. Weźmy za przykład kadrę narodową Egiptu. Faraoni dowodzeni przez słynnego „Cesarza” Shehatę w latach 2006-10 trzy razy z rzędu triumfowali w Pucharze Narodów Afryki! Robi wrażenie? No raczej. Tym bardziej, że nikt przed nimi ani po nich czegoś takiego nie dokonał. Tymczasem na występ na mundialu musieli czekać aż do roku bieżącego, podczas gdy awans na turniej rozgrywany w Niemczech (2006) wywalczyły Angola i Togo. Osobiście nic do tych reprezentacji nie mam, aczkolwiek nawet na kontynencie trudno ich uznać za kozaków.

Mnie jako fanatykowi piłki afrykańskiej jest po prostu przykro, ale muszę przełknąć tę gorzką pigułkę: po raz pierwszy od roku 1982 wszystkie drużyny z Czarnego Lądu musiały jak niepyszne wrócić do domu już po fazie grupowej. Niektórzy bardzo szybko stracili szanse na wyjście z grupy, inni mieli na to szanse do ostatnich minut trzeciej kolejki.  Powody takiego stanu rzeczy też są różne.

W przypadku Egiptu moim zdaniem największym problemem jest tak zwana salahdependencia. Gdy przed turniejem największy gwiazdor Faraonów doznał kontuzji, wszyscy chuchali na niego i dmuchali, z niepokojem oczekując wieści na temat stanu jego zdrowia. Coś jak u nas z Glikiem. Gwiazdor Liverpoolu ostatecznie pojechał do Rosji, jednak nie wystąpił w pierwszym meczu przeciwko Urugwajowi.

Paradoksalnie starcie z Cavanim, Suarezem i spółką to był najlepszy mecz, jaki Egipcjanie rozegrali na tym mundialu. Trezeguet, Kahraba i spółka poszaleli sobie trochę w ofensywie. Zgoda, to Urusi zgarnęli trzy punkty po golu Gimeneza w końcówce spotkania, ale trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. Umiejętności może i podopiecznym Hectora Raula Cupera brakuje, ale ambicji nie można im odmówić.

Problem w tym, że gdy Salah wrócił na boisko, koledzy za bardzo chcieli grać pod niego, a rywalem była rozpędzona po laniu urządzonym Saudyjczykom kamanda Sbornej. A że i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa, sam Mo nic nie zdziałał i po drugiej porażce Egipcjanie odpadli z turnieju. Potem już chyba nawet odechciało im się walczyć. A może wpływ na porażkę nawet z Arabią Saudyjską miały zgrzyty w egipskim zespole, do których doszło po spotkaniu Salaha z Ramzanem Kadyrowem, na którym egipski gwiazdor otrzymał honorowe obywatelstwo Czeczenii. Ponoć nie wszystkim kadrowiczom się to spodobało.

Maroko z kolei zyskało wielu nowych sympatyków na całym świecie. Waleczne Lwy Atlasu pokazały się z bardzo dobrej strony, i to nawet mimo zdobytego zaledwie jednego punktu z Hiszpanią na otarcie łez. W ich przypadku myślę, że największym mankamentem okazał się brak klasowej dziewiątki. Z całym szacunkiem, ale nawet jeśli – jak w spotkaniu z Iranem – Amrabat, Harit czy Ziyech stworzą pierdyliard okazji pod bramką przeciwnika, to kto ma je wykańczać?

Zróbmy przegląd napastników, których Herve Renard zabrał do Rosji. El Kaabi z Boutaibem to piłkarze co najwyżej nieźli, lecz bardzo chimeryczni. 31-letni Bouhaddouz też prochu już nie wymyśli, a jeśli już trafia, to powinien zwracać uwagę na to, w którą bramkę. En-Nesyri z kolei to melodia przyszłości. Krótko mówiąc – dupy nie urywa. Przydałby się teraz taki Salaheddine Bassir, Moustapha Hadji czy już nawet Marouane Chamakh.

O Nigerii również nie można powiedzieć, że zagrała źle. Wprawdzie już na dzień dobry John Obi Mikel i spółka dostali dwa sztychy od Chorwatów, ale póki co na rosyjskich boiskach od Vatrenich każdy dostaje w palnik. Potem w pojedynku Ahmed Musy z Islandią górą był ten pierwszy, ale ostatecznie marzenia SuperOrłów o wyjściu z grupy wybili mający nóż na gardle Messi i jego Argentyna.

Wydaje mi się, że zadziałał tam głównie brak doświadczenia na turniejach międzykontynentalnych. Niedostatek ogrania na największej ze scen, tego boiskowego cwaniactwa. Spójrzmy prawdzie w oczy – złote pokolenie z lat 90-tych już zeszło ze sceny, zaś Gernot Rohr zabrał do Rosji dość młodą i jeszcze nieopierzoną drużynę. Nie zrozumcie mnie źle. Wierzę w umiejętności takich grajków jak Mikel, Musa czy Victor Moses. Jestem też przekonany, że Kelechi Iheanacho, Wilfried Ndidi czy Tyronne Ebuehi mają olbrzymi talent. Ta mieszanina musi jednak wpierw dotrzeć się i okrzepnąć. Stawiam dolary przeciw orzechom, że za cztery lata wyjście z grupy to minimum, na co będzie ich stać.

W przypadku Tunezji i Senegalu mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony wydaje mi się, że obie ekipy mają większy potencjał niż to pokazały, a z drugiej – czy naprawdę stać ich w tej chwili na coś więcej niż awans na mundial? Jeśli tak, to osobiście dałbym więcej szans drużynie, którą jeszcze w ubiegłym roku prowadził Henryk Kasperczak.

Ustalmy sobie jedno – wśród podopiecznych Nabila Maaloula próżno szukać wielkich gwiazd światowej piłki. Z pewnością nie można za taką uznać nawet najlepszego wśród Tunezyjczyków, Wahbiego Khazriego, który do tej pory błyszczał głównie na boiskach Ligue 1. Jest tam jednak zgrany kolektyw, który potrafił postraszyć Anglików, którzy wcale nie grają tak wybitnego turnieju. Z drugiej strony przeciwko Panamie Orły Kartaginy też nie błyszczały, ale to już był mecz o typową pietruszkę. To nie skoki narciarskie, żeby przyznawać noty za styl. Liczą się trzy punkty i to udało się osiągnąć. Zastanawia mnie tylko, co by było gdyby trzecim grupowym rywalem był ktoś słabszy niż mocna w tym roku Belgia. Tego już się jednak nie dowiem.

Został nam jeszcze Senegal, czyli nasz grupowy rywal i jednocześnie pogromca. Aliou Cisse ma wśród swoich podopiecznych przynajmniej dwie gwiazdy światowej piłki – Khalidou Koulibaly’ego i Sadio Mane. Żaden z nich nie zagrał wybitnego, czy wręcz dobrego turnieju. Zgoda, piłkarz Liverpoolu strzelił gola przeciwko Japonii, ale na więcej nie było go stać. Nie tego oczekiwano od zawodnika, który szalał zarówno w Premier League jak i w Lidze Mistrzów. Stoper Napoli także ma za sobą przyzwoity sezon ligowy, ale moim zdaniem powinien zadzwonić po korepetycje do Yerry’ego Miny. Kolumbijczyk był od niego lepszy pod każdym względem. Co więcej, wśród senegalskich defensorów zdecydowanie bardziej wyróżniał się młodziutki Moussa Wague, dla którego belgijskie Eupen jest już chyba za ciasne.

Lwy Terangi nie zagrały ani jednego dobrego meczu, ale i tak do końca były w grze o awans. Również za sprawą naszych reprezentantów, którzy właściwie jako jedyni podarowali im zwycięstwo na srebrnej tacy. Owinięte wstążką. Przy użyciu czerwonego dywanu. Brakowało jeszcze tylko, żeby zrobili M’Baye Niangowi szpaler. Ostatecznie jednak los-figlarz sprzyjał Japończykom, którzy wygrali tę śmieszną klasyfikację tak zwanego fair play. Inna sprawa, że Samuraje nie zachowali się fair, ale to już nie Senegalu problem. Oni sobie poradzą, jak tylko Ismaila Sarr czy Balde Keita nabiorą doświadczenia i będą mogli pokazać pełnię talentu.

36 lat – tyle czasu minęło odkąd ostatni raz żadna z afrykańskich reprezentacji nie przeszła fazy grupowej mistrzostw świata. W tym roku – z różnych powodów – mamy powtórkę z rozrywki. W większości przypadków widoki na przyszłość są jednak pozytywne. Jeśli nie dojdzie do poważniejszych zawirowań politycznych lub finansowych, za cztery lata sytuacja zmieni się na korzyść ekip z Czarnego Lądu i ich kibiców. Wtedy powiem im tylko – w to mi grajcie!

Arek Przybyłkiewicz

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (25)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
FC Bazuka Bolencin

Dobry tekst! Moim zdaniem najbardzie blisko tego europejskiego sznytu taktycznego i cwaniactwa były: WKS z 2006r. (ale niestety trafili wtedy do grupy śmierci) i Ghana w 2006 i 2010r. Koniec końców jednym i drugim zawsze jednak czegoś w decydujących momentach brakowało.
Natomiast z obecnych graczy Senegalu radzę zwrócić uwagę na Ismailę Sarr’a z Rennes, ma wszelkie przesłanki by stać się znakomitym piłkarzem w przyszłości.

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gelb ist meine farbe!

Najlepiej z drużyny Ghany zapamiętałem…bramkarza. Niesamowity był z niego prawdziwek. Choć minęło tyle lat, a gościa poza tamtymi meczami na Mundialu nigdy nie widziałem, to do dziś doskonale pamiętam jego nazwisko i nie potrzebna mi pomoc wujka Google. Nazywał się Kingson. Bardzo często wychodził do piłek, które leciały w pole karne i zwykle to były poste przeloty. Z kolegami, z którymi wtedy Mundial oglądałem, nadaliśmy mu ksywkę Apollo 13. Szybki start i katastrofa :)

yqm

Bramkarze z Afryki często przypominali ludzi z „łapanki” na mundialu. Ananas z Senegalu z tegorocznych MŚ też nie był lepszy. A co do Kingsona, to z tego co pamiętam w tamtym czasie był czwartym bramkarzem bodajże w Wigan, także tego… :)

Gino Lettieri vel Wunderwaffe
Gelb ist meine farbe!

Dziękuję za ciekawą lekturę. Uprzejmie proszę o więcej i częściej!

Kcramsib

Drużynom afrykańskim (szczególnie tym z „czarnej” części kontynentu) od lat brak po prostu odpowiedniej mentalności i dyscypliny – fizycznie piłkarze takiej Nigerii, Senegalu czy Kamerunu zjadają zwykle rywali na śniadanie, co z tego jednak, skoro przeciętna ale solidnie poukładana taktycznie ekipa z Europy czy Ameryki jest w stanie wyłączyć wszystkie ich atuty? A jak już przestaje iść, to sypie się wszystko – zaczyna się gra „na chaos”, wzajemne pretensje, kłótnie. Nie wiem czy to kwestia braków w szkoleniu we wczesnych latach czy właściwej tym narodom mentalności, pewnie oba, ale póki tego nie zmienią, nawet głupi ćwierćfinał MŚ będzie dla nich nie do osiągnięcia.

Miszcz Joda
Der Adler im Flug ;)

„Kraje” afrykanskie (a co za tym i ich reprezentacje) skladaja sie z dziesiatek a czasem setek narodowosci (czy jak kto woli plemion). W takiej Nigerii jest 300 plemion. Skoro w Ukrainie wystarcza 3 czy 4 grupki (prorosyjska, antyrosyjska, kijowska, neutralna) zeby sie zawodnicy napierdalali na treningu (a czasem i w trakcie meczu) to co dopiero w takiej Nigerii, gdzie polowa plemion jakby tylko mogla to by rzezala inne.
W europie ruchy narodowe, indoktrynacja polityczna i wiezy lokalne w XIX i XX wieku doprowadzily do wytworzenia lub umocnienia wielu narodowm przeciez 150 lat temu nie bylo Niemcow tylko zlepek panstewek.
Afryke natomiast wykrawali glownie Angole i Francuzi wg ichniego widzimisie czesto celowo w ramach jednostek administracyjnych zbierajac zwasnione plemiona, zeby latwiej im sie rzadzilo.
Stad duch zespolowy w kadrach afrykanskich porownywalny do tego europejskiego czy poludniowoamerykanskiego zasadniczo nie istnieje.

LordInfamous
Armia Szatana-antyżydochrześcijaństwo

Najlepsza mieszanka to afrykańskie geny oraz euroPEJSKI system szkolenia
Widać to najdokładniej we Francji, zobaczcie ile tam co roku młodych chłopaków jest rozkupywanych przez inne ligi, nie dość że są w stanie bez problemu zapełnić rodzimą ligę to to jeszcze kluby zarabiają grube miliony dzięki transferom

18-88

zamknij tą spedaloną mordę rasistowska spierdolino

TotoRiina

Tak jak napisałeś, zdecydowanie największy potencjał miała Nigeria lat 90 tych. Do tych zawodników, których wymieniłeś dodałbym jeszcze Sundaya Oliseha, Victora Ikpebę, George Finidiego… świetna drużyna, ale na pewno stać ich było na więcej.

WKS 2006 to też drużyna o dużym potencjale i ze świetnymi zawodnikami, ale tak jak pisze kolega wyżej, los był dla nich mało łaskawy.

OzjaszGoldberg
Maccabi Petach Tikwa

Mutu Adepoju, Peter Rufai, Daniel Amokachi można jeszcze długo wymieniać, oj tak Nigeria z lat 90tych była świetną ekipą a Okocha to był mega grajek szkoda tylko, że leniwy. Mógł osiągnąć więcej niż gra w nie tak mocnym jak teraz PSG.

mccat

Bardzo lubię teksty czytelników, bo pokazują, że nie jest tak łatwo być redaktorem. Pierwsza część nienajlepsza moim zdaniem, malło dojrzała, choć szczera. Druga, merytoryczna, już dużo ciekawsza. Pisz częściej.

malorolny
Martwe Kutaisi (sekcja żeńska)

Świetny tekst, na początku przyjąłem nieco z niedowierzaniem, że można emocjonować się bardziej PNA niż LM, ale widać wyraźnie, że masz co najmniej dobre rozeznanie w temacie.
Trafnie zwróciłeś uwagę, że w przeszłości nierzadko bywało tak, że z Afryki na mundial wchodzili niekoniecznie najlepsi. To przede wszystkim z powodu ciężkich eliminacji. Tam naprawdę robi różnicę: czy gra się u siebie czy na wyjeździe. Mecze na różnych szerokościach geograficznych, w różnych klimatach, ba w różnych porach roku (w końcu Afryka leży po obu stronach równika). Dodatkowo po wygraniu grupy (czyli liczyło się tylko pierwsze miejsce), trzeba było jeszcze wygrać baraż. Czy sądzicie zatem, że planowane zwiększenie liczby drużyn z Czarnego Lądu z 5 do 9 za osiem, a ponoć może nawet za cztery lata, odmieni tę sytuację?
Co do bramkarzy to mi z kolei najbardziej zapadł w pamięć Vincent Enyeama. Jak na afrykańskie warunki to ten koleś to był „prawdziwek”, ale w pozytywnym sensie.

pep pep

Generatorem jednego z problemów jest CAF.Na tych mistrzostwach miało to mniejsze znaczenie choć miało (brak tylko WKS oczywiście trochę słabszej niż za złotego pokolenia) A problemem tym jest idiotyczny system eliminacji polegający na tym, że wychodzi tylko zwycięzca grupy. Co zatem w sytuacji gdy do jednej grupy trafią drużyny z potencjałem na nr 1 i nr 2, co może się zdarzy gdyż w rankingu drużyny z dychy często się mieszają. Wtedy jedna drużyna wypada i cześć. A wystarczyło wprowadzić choćby jeden wentyl bezpieczeństwa – cztery grupy i jakieś baraże zespołów z drugich miejsc.
Co do przyczyn tegorocznej porażki to w przypadku MAR, NGA i SEN jest to po prostu brak farta na styku awansu do szesnastki (u SEN dodatkowo brak błysku gwiazd). Nie sądze żeby zabrakło im dyscypliny taktycznej, pod tym względem wypadli dobrze. Choć Wague w Senegalu to był najsłabszy punkt obrony a nie najmocniejszy- ta strona była nieszczelna
Co do potencjału TUN sie nie zgodzę- to była ewidentnie drużyna z potencjałem nr 30 w MS, szczególnie bez potencjału osobowego w obronie, do tego fatalna taktycznie, przyzwoity wynik z ENG był wynikiem tylko farta. Na pewno większy potencjał niż to pokazał miał Egipt- tu oczywiscie problem kontuzja Salaha i chyba brak formy vice-lidedów (taki Elneny to forma była dnie).

Indywidualnie najlepsi byli: Amrabat (stara rewelacja) ,Khazri, Ziyech, Musa, Etebo (młoda rewelacja), Ndidi ,Niang, Gueye, Sabaly.

Drużyny z Afryki o największym potencjale kadrowym w historii (na papierze i warunek awans) w latach MS?
1.WKS -2010
2.WKS -2006
3.Nigeria -1994 (zresztą pokazali go z BUL i z ITA)
4.Nigeria- 1998
5.Kamerun-2002
6.Senegal-2018
7.Senegal-2002
8.Maroko-2018
9.WKS-2014
10.Algieria-1982
11.Kamerun-2010
12Nigeria-2010
13.Ghana-2010
14.Maroko-1998
15.Nigeria-2018
16.Ghana-2014
17.Egipt-2018
18.Kamerun-2014
19.Algieria-2014
20.Kamerun-1990
21.Kamerun-1982
22.Ghana-2006
23.Maroko-1986
24.Nigeria-2014
25.Kamerun-1998
26.Nigeria-2002
27.Egipt-1990
28.Egipt-1934
29.RPA-1998
30.RPA-2002

malorolny
Martwe Kutaisi (sekcja żeńska)

No i jeszcze swoje robi podbieranie zawodników przez drużyny europejskie – jak jest każdy widzi. Co chwilę słyszymy, a ten to miał propozycję zagrać dla Kamerunu, ten grał w młodzieżówce Algierii etc.

Miszcz Joda
Der Adler im Flug ;)

Tylko to jak z Klose. Gosc wyjechal z Polski w wieku 6 lat, nigdy Polakiem sie nie czul, wychowany w Rzeszy. Niby mogl grac dla Polski jak Polanski, tyle tylko ze byl topowym a nie chujowym graczem i nie musial lapac sie kadry zapasowej.
Tak samo z muzinami. Teraz to czesciej Afryka podkrada niz kadry europejskie. Koles urodzony z obywateli francuskich, gdzie dziadkowie pochodzili z Afryki, ale ma paszport jakiegos Bantustanu i moze grac dla ichniej kadry.

malorolny
Martwe Kutaisi (sekcja żeńska)

Kluczowym czynnikiem jest odpowiednia oferta. Taki łebek najwięcej się zastanawia, kim to on się bardziej czuje. Jak podkradnie Afryka, to ogranicza trochę możliwości młodemu – powszechnie wiadomo, że reprezentant Anglii, Francji czy Belgii będzie wywoływał większe zainteresowanie rodzimej widowni, a co za tym idzie będzie więcej kosztował. Także jako reprezentant Burkina Faso może już nie zrobić zawrotnej kariery, a do tego udział w MŚ znacznie trudniejszy, o Euro nie wspominając;)

pep pep

Trzeba jednak zauważyć, że zmienione przepisy FIFA co do mozliwości zmiany wyboru reprezentacji po grze w juniorskich są generalnie korzystne dla Afryki. Mało jest przypadków gdy ktoś po grze w juniorskiej reprezentacji afrykańskiej potem w seniorach gra w reprezentacji europejskiej. Natomiast jest masa , wielka liczba przypadków odwrotnych , dzięki temu wiele reprezentacji trzyma głębię i w miarę równy poziom korzystając z wielu piłkarzy, którzy kiedyś byliby już spaleni.

malorolny
Martwe Kutaisi (sekcja żeńska)

Niewielu przeskakuje z młodzieżówek afrykańskich do europejskich, bo niewielu jest wybitnych. Idę o zakład, że jeśli któryś grałby ponad stan to zmiana barw byłaby w tę stronę.
Generalnie to chodziło mi też o to, że każdy wolałby grać dla silniejszej reprezentacji, a Afryka wielkich nadziei nie daje. Jak słyszę, że synowie Zidane’a rozważają jakie państwo reprezentować to myślę: WTF?! I po chwili się wyjaśnia, że chodzi o wybór Francja czy Hiszpania. Wiecie, rozumiecie: o Algierii nawet nikt się nie zająknie, bo nikt poważny nie bierze czegoś takiego pod uwagę. Syn George’a Weah, najlepszego afrykańskiego piłkarza w dziejach, gościa, dla którego zmieniono zasady przyznawania Złotej Piłki, gra dla Stanów Zjednoczonych. Syn prezydenta Liberii nie gra dla Liberii.

OzjaszGoldberg
Maccabi Petach Tikwa

Ciekawy tekst

yqm

Świetny tekst, brawo! Co do tematu chyba największe szanse na medal miała Ghana w 2010, zabrakło właściwie kilku cm, by Gyan strzelił karnego w ćwierćfinałowej dogrywce z Urugwajem. Jeśli zaś chodzi o potencjał to zdecydowanie najlepszą pakę miała Nigeria w latach 1994-1998. Szczególnie na MŚ we Francji wydawało się, że mogą namieszać w stawce, z resztą spójrzmy ma na skład:
https://en.wikipedia.org/wiki/1998_FIFA_World_Cup_squads#Nigeria
Później trochę WKS i może Algeria na ostatnich MŚ i to w zasadzie tyle.
Głównym problemem tych drużyn jest złe zarządzanie i organizacja w rodzimych federacjach. Przecież trenerzy w afrykańskich reprezentacjach są zmieniani na rękawiczki, nie ma ciągłości pracy i co za tym idzie w wielu kadrach jest częsta rotacja także zawodników co na pewno nie buduje. Szkoda, bo potencjał w tym rejonie jest ogromny.

KręciNasZdzisek
KS Nadstal Krzaki Czaplinkowskie

Fajny artykuł. Serio. Dużo informacji. Tyle, że nie wynika z niego zrozumienie, dlaczego Afrykanie nie są jeszcze i jeszcze długo nie będą mistrzami świata. A odpowiedź na to pytanie jest antynomią odpowiedzi na pytanie, dlaczego mistrzami świata mogą zostać Francuzi, w reprezentacji których gra 80% i więcej piłkarzy mających afrykańskie korzenie.
Afrykanie grają w większości w europejskich, dobrze poukładanych klubach, ale kiedy wchodzą do reprezentacji mamy odwrócenie sytuacji znanej z Polski. U nas jedynym w miarę profesjonalnym zespołem jest reprezentacja, w Afryce związki to knajackie mafie, zasiedlone przez rodziny aktualnie rządzących bonzów.
Afryka 60 lat temu zaczęła wychodzić z kolonializmu, by popaść w zależność od lokalnych kacyków takich, jak Mugabe, Mobutu, Mubarak, Kaddafi i dziesiątki innych. Ma to przełożenie nz związki piłkarskie i reprezentacje.
Do tego, żeby Afrykańczycy zostali mistrzami świata trzeba profesjonalnego związku, trenera, tradycji, etyki itd. To wszystko mają Francuzi. Mają też coś jeszcze – w ich drużynie grają potomkowie tych, którzy wyrwali się z afrykańskiego syfu, bo chcieli żyć w lepszym świecie, mieli większe ambicje. I nie zostali w Afryce.

nigello

Ale przecież afrykańskie drużyny wciąż mocno stoją. Jedna jutro pogra o brąz, inna jest w finale a jeszcze inna jest wciąż urzędującym mistrzem Europy.

Kierowniku
Za swoje się huśtam!

Bredzisz

Banko Juszewska
Noszę hairy pod pachami

Poczytaj skąd pochodzi większość zawodników. Jak jesteś zbyt leniwy, policz tych o ciemniejszej karnacji.

Mariusz Szewczyk

Skoro Maroko stworzyło pierdylion sytuacji bramkowych, a nie miał ich kto wykończyć, to tak pomyślałem, że Lewandowski by się przydał, jak nic by został królem strzelców.

wpDiscuz

INNE SPORTY