Legia wymęczyła bułę na piłkarskiej prowincji
Weszło

Legia wymęczyła bułę na piłkarskiej prowincji

Kiedy cywilizowany piłkarski świat emocjonował się spotkaniem Belgii z Francją, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, siódmy sort europejskiego futbolu walczył o zbliżenie się do Ligi Mistrzów na mniej niż tysiąc rund eliminacyjnych. Mówiąc konkretniej, zmierzyło się Cork City z Legią Warszawa i w tym starciu wagi ciężkiej lepszy – ale delikatnie – okazał się mistrz Polski.

Nie będziemy krytykować Legii jako klubu, bo ten zaserwował kibicom transmisję rodem z 2005 roku – tak słabą jakościowo – ale jednak zrobił dużo, by fani swoich pupili obejrzeli. Chodzi nam o coś innego, bo paradoksalnie ta relacja mikrofalą powiedziała wiele o stanie polskiej piłki. Otóż trudno było rozróżnić białe piksele od zielonych pikseli ze względu na umiejętności. Z ręką na sercu, czy ktoś z oglądających byłby w stanie powiedzieć, że ci na biało zarabiają kupę szmalu i stawiani byli w roli faworytów, a ci na zielono to ogórki czekające na oklep? No nie, bo przez właściwie cały mecz ta rzekoma różnica była niezauważalna.

Legia miała spore problemy. Widać było, że Klafurić nakazał swojej ekipie cierpliwie rozgrywać futbolówkę, ale niestety, przyjezdni nadawali się dziś do tiki-taki jak Peter Dinklage do konkursu wsadów. Chcieli klepać nawet i przez Malarza, jednak robili to nieudolnie, raz prowokując nawet groźną sytuację dla Cork. Ostatecznie niewykorzystaną, bo napastnik rywali czekał tyle ze strzałem, że zablokowałby go Lucjan Brychczy idąc z Warszawy. Niedokładności widzieliśmy dużo, legionistom nie wychodziły przerzuty na skrzydła, goście notowali głupie straty i gospodarze w końcu stwierdzili, że tę Legię to przecież można ograć.

Niestety dla nich, oni z piłką są jeszcze w gorszych stosunkach niż warszawianie i nawet gdy udało się Irlandczykom coś stworzyć, partaczyli. A to nie trafili w bramkę, a to dali się zablokować, a to dupę Legii ratował Malarz, jak w drugiej połowie, kiedy wyjął okazję sam na sam albo piąstkował bardzo groźne dośrodkowanie. Wojskowi próbowali odpowiadać, natomiast byli równie nieudolni, żeby wziąć za przykład próbę Szymańskiego: 10 metr, masa czasu i nad bramką.

Zaserwowano nam więc przeciąganie liny, gdzie w szranki stanął anemik z gościem zwolnionym całoroczne z WF-u. Pachniało marnym 0:0, ale przypomniał o sobie Michał Kucharczyk. Można go cisnąć cały rok i wielu tak robi, ale jak trzeba, to Kuchy ładuje. Tym razem naszło mu w ten sposób:

Legia nie dała sobie wydrzeć wygranej i po tym cudownym trafieniu, ale i słabym meczu, wywozi z Irlandii 1:0, czyli w sumie pewny awans. Cóż, z taką grą w kolejnej rundze i Lato Muminków może stawić Wojskowym opór, ale wierzymy, że ci się rozegrają. Bo taka rola fana polskiej piłki: musi wierzyć, co mu pozostało.

Cork City – Legia Warszawa 0:1

Kucharczyk 79′

Fot. FotoPyk