Średni trener i żaden lider
Weszło

Średni trener i żaden lider

Mam problem ze Stanisławem Czerczesowem. Albo nawet nie tyle z samym trenerem, ile z tym, co dzieję się wokół niego od meczu Rosji z Arabią Saudyjską. Krótko mówiąc, kompletnie nie kupuję haseł o jego kunszcie i metodach, dzięki którym „Sborna” zaszła na mundialu tam, gdzie zaszła. Ktoś, niewykluczone nawet, że słusznie, uzna mnie pewnie za durnia, ale według mnie Czerczesow jest jedną z ostatnich osób, której za ten ćwierćfinał powinno się przypinać medale. I wcale nie chodzi o to, aby na siłę byłemu szkoleniowcowi Legii umniejszać czy podważać jego warsztat. Raczej o to, aby uczciwie ocenić, co Czerczesow tak naprawdę dał „Sbornej” na przełomie czerwca i lipca. A w mojej ocenie dał raczej niewiele.

Na początek uporządkujmy fakty. Po pierwsze, reprezentacja Rosji pierwszy raz od upadku ZSRR wyszła na mundialu z grupy. Po drugie, pierwszy raz od 1970 roku dotarła aż do ćwierćfinału. Po trzecie, jej trenerem, a więc osobą, która w pierwszej kolejności będzie utożsamiana z tym osiągnięciem (o sukcesie mimo wszystko ciężko mówić) był Stanisław Czerczesow. Przed startem mundialu każdy z tych trzech punktów był dla Rosjan czymś mniejszym od naiwnego marzenia. Czymś, co w powszechnej świadomości w zasadzie nie funkcjonowało. Trudno bowiem wierzyć w zespół, w którym – poza maksymalnie trzema wyjątkami – grają piłkarze do bólu przeciętni, w większości wypaleni i pozbawieni resztek ambicji. Trudno wierzyć w trenera, który przez dwa lata nie potrafił trafić do tej kiepskiej zbieraniny, a na domiar złego wszędzie węszył bandytów i szukał nowych konfliktów. Ciężko też być optymistą, gdy na kilkanaście tygodni przed pierwszym meczem trzech podstawowych zawodników, zamiast na zgrupowanie reprezentacji, pakuje się do sanatorium, by leczyć tam poważne kontuzje. Ciężko w ogóle o jakikolwiek punkt zaczepienia, na którym można by oprzeć choćby najbardziej wątłe przejawy wiary.

A jednak jakoś to wszystko poszło. Jakoś poszło.

Jak? Wsłuchując się w głosy mniej lub bardziej poważnych ekspertów, można dojść do tylko jednego wniosku. Że wszystko jest zasługą Czerczesowa, który poukładał zespół a przede wszystkim odpowiednio wyselekcjonował wykonawców i zrobił z nich DRUŻYNĘ. No cóż, jeśli mam być szczery, to chyba nigdy nie słyszałem większej bzdury na temat rosyjskiej piłki.

O selekcji w wydaniu Stanisława Czerczesowa pisaliśmy na Weszło już kilkukrotnie. Przypomnę więc, że to nie stanowcze decyzje selekcjonera Rosjan, jak bardzo ochoczo się to u nas przedstawia, a zwykły przypadek w dużym stopniu określił jej charakter. Przypadek Dziuby i Czeryszewa, a więc gości, którzy zdobyli na mundialu siedem z dziesięciu rosyjskich bramek, szerzej przedstawiliśmy W TYM MIEJSCU. Do tego duetu koniecznie należy dokooptować Siergieja Ignaszewicza, najlepszego obrońcę „Sbornej” na turnieju, który na radarze Czerczesowa znalazł się tylko dlatego, że wcześniej powrotu do kadry odmówili bracia Bieriezuccy, mocno z nim zresztą pokłóceni. Całej trójki równie dobrze mogło więc na mundialu nie być, a ci najważniejsi, czyli Dziuba i Czeryszew, na marginesie znaleźliby się decyzją Czerczesowa, motywowaną personalnymi zatargami.

Stworzenie z rosyjskich piłkarzy drużyny także jest zasługą, którą opiekunowi „Sbornej” przypisuje się mocno na wyrost. Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że Czerczesow nie należy do mistrzów budowania atmosfery, a w miejscach, w których wcześniej pracował, jego grubiańskie zachowanie rujnowało tzw. team spirit. Rosjanie sami zresztą przyznają, że brak sukcesów ze Spartakiem czy Dynamem Moskwa to konsekwencja trudnego charakteru osetyjskiego trenera, który nie rozumie, że w pewnych sytuacjach honor trzeba schować do kieszeni.

Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli. Uważam, że reprezentacja Rosji na mundialu faktycznie była drużyną, co najlepiej zobrazował mecz z Chorwacją, ale ta drużyna powstała samoistnie, w zasadzie obok Stanisława Czerczesowa. Gdyby były trener Legii maczał w tym procesie palce, to w spotkaniach z Arabią Saudyjską czy Egiptem nie oglądalibyśmy zgranego kolektywu, a zbiór zniechęconych jednostek, które mają szczerze dość swojego szkoleniowca. Bo właśnie tak „Sborna” wyglądała do spotkania otwierającego mistrzostwa. Była rozbita mentalnie i podzielona, a większość tych podziałów sprowokował sam Czerczesow. To on pokłócił się z Akinfiejewem, to on pokłócił się z Dzagojewem, to on pokłócił się ze Smołowem i innymi, a w reprezentacji zostawił ich tylko dlatego, że nie miał pod ręką odpowiednich zastępców. Uznał po prostu, że nie będzie pluł do własnej zupy, choć niewątpliwie miał na to wielką ochotę.

Oczywiście w tym miejscu trzeba postawić pytanie, kto jeśli nie trener zbudował tę drużynę i panującą w niej atmosferę. Ano zrobili to sami piłkarze, zdający sobie sprawę z rangi wydarzenia i powagi sytuacji. Prym wśród nich wiódł Artiom Dziuba i to właśnie tego zawodnika wskazałbym jako postać kluczową dla „ruchu zjednoczeniowego”. Dziuba ewidentnie tęsknił za reprezentacją, a kiedy już do niej wrócił, niemal od razu stał się nie tylko podstawowym zawodnikiem, ale też dobrym duchem. Zawodnik Zenitu zaszczepił kolegom z reprezentacyjnej szatni poczucie odpowiedzialności, napełnił ich odwagą i przekonaniem o własnej sile. Brzmi to mocno górnolotnie, ale właśnie taki przekaz płynie z rosyjskiego obozu. Dziuba, który ma na koncie mnóstwo grzechów i grzeszków, wracając do reprezentacji postawił sobie za cel osiągnięcie z nią takiego wyniku, z którego dumna będzie cała Rosja. Dlatego właśnie od pierwszego dnia zgrupowania tworzył w kadrze unikalny klimat, co szybko podłapali pozostali zawodnicy. O tym, że stał się liderem tej drużyny najlepiej świadczą zresztą obrazki, które mogliśmy oglądać wczoraj. Dziuba motywuje, wspiera, próbuje ściągnąć presję. Czerczesow? Kładzie uszy po sobie i staje w cieniu rosłego napastnika.

Ktoś powie, że to w sumie zrozumiałe, że w takim momencie któryś z zawodników wziął na siebie odpowiedzialność za zespół. Szczerze mówiąc, byłbym nawet w stanie przyjąć do wiadomości taką wersję wydarzeń, ale w ostatnim czasie tyle nasłuchałem się o liderowaniu i technikach motywacyjnych Czerczesowa, że powyższy obrazek zapalił w mojej głowie lampkę ostrzegawczą. No bo zaraz, czy to rzeczywiście ten wielki przywódca i człowiek, który zbudował tę drużynę? Ten gość, za którym piłkarze rzekomo mieli skoczyć w ogień? Coś tutaj ewidentnie się nie zgadzało.

Wszystkie wątpliwości rozwiały pomeczowe wypowiedzi. Zacznijmy od Dziuby, który nie wytrzymał i rozpłakał się przed kamerą. – Chcę podziękować moim kolegom i wszystkim, którzy byli przy nas. Jestem z nich dumny, kocham ich jak moich najbliższych. Staliśmy się jedną rodziną. Całe życie chcieliśmy udowodnić wszystkim w kraju, że mamy naprawdę wielkie ambicje. Że mogą być dumni z tego, że gramy w piłkę. Jesteśmy wdzięczni kibicom za te wszystkie emocje. Mamy rozbite serca, ale naprawdę każdy z nas walczył jak lew. Dziękuję całemu krajowi.

Z kolei po meczu na Instagramie zawodnika pojawił się post, któremu towarzyszył kolaż zdjęć Dziuby z pozostałymi reprezentantami.

Czerczesow? Zlewał dziennikarzy, którzy pytali o wybór zawodników do strzelania karnych oraz z animuszem zapewniał, że chętnie jeszcze trochę by powalczył i że za cztery lata na mundialu dojdzie jeszcze dalej. Przy okazji zjechał też Romana Zobnina za to, że przed konkursem jedenastek „nie wiedział, gdzie jest i co się do niego mówi”. Jest różnica, prawda? Zresztą umówmy się, że jego zachowanie wobec ludzi, których pracą jest zadawanie pytań, było raczej niezbyt grzeczne.

Łącząc ze sobą poszczególne elementy tej układanki, łatwo dojść do wniosku, że Czerczesow na mundialu znaczył dużo mniej, niż przyjęło się uważać. Przed meczem mówił, kto ma grać, w trakcie meczu machał trochę rękami, po meczu karmił dziennikarzy swoimi bonmotami i tyle. W moim odczuciu właśnie do tego sprowadza się jego rola i wpływ na grę reprezentacji Rosji.

Zaangażowanie, walka, poświęcenie – za to wszystko w moim odczuciu odpowiadają wyłącznie zawodnicy. Taktyka? Na ten temat można zapewne prowadzić długie dysputy, ale nie mam wrażenia, że – przykładowo – mecz z Hiszpanią był w wykonaniu Czerczesowa prawdziwym majstersztykiem. Znacznie bliżej mi do opinii Andrieja Kanczelskisa, który całkiem słusznie stwierdził, że ustawienie całego zespołu we własnym polu karnym nikogo nie czyni wielkim trenerem. Czerczesowa też nie uczyniło, a samo spotkanie miałoby zapewne taki sam przebieg niezależnie od tego, ilu obrońców rosyjski szkoleniowiec wstawiłby do pierwszego składu. Bo przecież właśnie przejście z czwórki na piątkę defensorów przedstawiono jako przykład geniuszu taktycznego trenera, którego w Rosji przed 14 czerwca oceniano najwyżej jako średniej klasy fachowca. Mundial na chwilę zmienił optykę dziennikarzy i kibiców, ale zakładam, że kiedy entuzjazm opadnie, Czerczesow szybko wróci na półkę z napisem „średni”.

Nie potrafię też dać wiary opiniom, że to twardy charakter, nieprzejednanie i strach, który Czerczesow wzbudza u piłkarzy, miały największe przełożenie na grę Rosjan. Powód jest zresztą bardzo prosty. Coś, co nie przynosiło żadnych efektów przez okrągłe dwa lata, nie mogło nagle i bez powodu zacząć sprawnie działać. Być może uwierzyłbym w coś podobnego, gdyby swoje podejście do piłki i do zawodników zmienił sam Czerczesow, ale to, jak doskonale wiadomo, nie nastąpiło. Dlatego właśnie jestem zdania, że wszystko, co w wykonaniu reprezentacji Rosji było na mundialu dobre, wydarzyło się niezależnie od jej selekcjonera. Nawet to osławione w przypadku Czerczesowa przygotowanie fizyczne to zasługa Władimira Panikowa i – przede wszystkim – Hiszpana Paulino Granero.

I na koniec – naprawdę dziwi mnie funkcjonujący u nas (i tylko u nas) mit Stanisława Czerczesowa. Rozumiem, że zamordyzm, respektowanie wyłącznie własnych zasad i niepatyczkowanie się z zawodnikami podobają się kibicom, ale żeby aż do tego stopnia? Przecież u Czerczesowa każda z tych, nazwijmy to, cech przybiera przepoczwarzone formy, co w konsekwencji zawsze kończy się wielkim wybuchem. Być może w Polsce był po prostu zbyt krótko, by to pokazać, ale i tak pewne symptomy dało się zauważyć. Swoją drogą, to osobliwe uwielbienie przynosi dość osobliwe skutki. Kilka dni temu tak o Czerczesowie napisał na Twitterze agent piłkarski Roman Oreszczuk (ten z Legii):

Najbardziej interesujące jest to, że Czerczesow swoją pracą w Legii całkowicie zmienił stosunek Polaków do Rosji. Dzisiaj bardzo wielu z nich nam kibicowało.

Jeszcze jedna nieistniejąca zasługa, którą można przypisać Staszkowi. Trochę się ich przez ten mundial nazbierało. Prędzej czy później trzeba je będzie jednak zweryfikować i raczej nie będzie to sympatyczny proces. Choć znając życie, niezależnie od wszystkiego, co się wydarzy, Czerczesow już zawsze będzie utrzymywał, że to właśnie on jest najlepszy.

KAROL BOCHENEK

Fot. FotoPyK