Ruszyła maszyna, czy ktoś ją zatrzyma?
Weszło

Ruszyła maszyna, czy ktoś ją zatrzyma?

Brazylia może nie grać porywająco, czasem nawet nieco usypiać. Może brakować jej trochę siły przebicia albo skuteczności, jednak ostatecznie zawsze stawia na swoim. Jak to się dzieje? A no, indywidualności, proszę państwa. Selecao jest tak naszpikowana graczami klasy światowej, że praktycznie zawsze, w każdym meczu, któraś prędzej czy później błyśnie, prowadząc zespół do wygranej.

W trakcie pierwszej połowy oglądaliśmy drużynę Canarinhos przede wszystkim cierpliwą. Nie tylko oczekującą na błąd rywala, lecz także wobec samej siebie. Świadomą, iż Meksyku nie da się totalnie zdominować, ponieważ jest to ekipa zbyt energiczna, aby ją stłamsić. Podopieczni Titego co prawda nie cofnęli się do obrony, jednak co chwilę otrzymywali okazje do wykazania się w defensywie. W tym kontekście atak pozycyjny może nie był rzadkością, aczkolwiek to nie za jego pomocą obie ekipy szarpały najbardziej. I mimo że skromna wygrana Brazylii na to nie wskazuje, to było spotkanie o scenariuszu napisanym w stylu prawa Hammurabiego – oko za oko, ząb za ząb, akcja za akcję.

Takie właśnie lubimy najbardziej, czyż nie? Podnosiliśmy się z ekscytacją z kanap, foteli, krzeseł i innych stołków za każdym razem, gdy dana ekipa odbierała drugiej futbolówkę, a za chwilę ruszała z kontrą. I jedni bowiem i drudzy zostawiali sobie mnóstwo miejsca właśnie do wyprowadzania błyskawicznych ataków, więc stosunkowo często robiło się gorąco pod polami karnymi. Tym bardziej, że dziś dosłownie każdy chciał dryblować. Pod tym względem chyba najbardziej imponował nam Willian. Co ten gość wyprawiał momentami w drugiej połowie… Brał przeciwników na przyspieszenie, za chwilę mijał kogoś balansem ciała, jeszcze innym razem sztuczką techniczną. Przyznajemy się – nie spodziewaliśmy się po nim tego, bo fazie grupowej głównie rozczarowywał. Dziś chyba jednak Tite dał mu więcej luzu taktycznego, dlatego też zawodnik The Blues grał z takim polotem.

Różnicę robiła tu jednak skuteczność.

Po pierwsze – Guillermo Ochoi. Ten gość jest prawdziwym fenomenem. W futbolu klubowym to zwykły przeciętniak, natomiast w barwach El Tri jego jakość nagle wzrasta kilkukrotnie. Zupełnie jakby był jakimś superbohaterem, który dopiero po włożeniu specjalnego stroju zyskuje nadprzyrodzone moce. Dzisiaj co prawda skapitulował dwa razy, lecz w sytuacjach, w której po prostu nie mógł zrobić więcej. Poza tym jednak jego interwencje aż 7 razy ratowały drużynę! Kosmiczny wynik, a przecież już przed dzisiejszym spotkaniem meksykański golkiper był najbardziej zapracowanym bramkarzem na rosyjskim mundialu.

Katem jego oraz reszty ekipy Osorio stał się nikt inny jak Neymar. Wreszcie! Najpierw w genialny sposób napędził i rozprowadził kontrę – wziął na plecy kilku przeciwników, pobiegł z nimi wzdłuż pola karnego i nagle odegrał piętą do Williana. Zawodnicy El Tri dosłownie zdębieli, za chwilę skrzydłowy Chelsea wjechał w pole karne i płaskim dośrodkowaniem odnalazł Neya, który wpakował piłkę do pustej bramki.

Drugie trafienie to również w dużej mierze zasługa napastnika PSG, który skorzystał z faktu, iż Meksykanie w końcówce wyszli ekstremalnie wysoko, chcąc gonić wynik. Jak zwykle ustawił się na lewej stronie, gdzie miał wręcz hektary wolnego miejsca. Za chwilę wpadł więc w pole karne, próbował uderzyć obok Ochoi, lecz ten zdołał tylko delikatnie zbić piłkę nogą. Żaden jego kumpel nie zdołał go zaasekurować lub pokryć Firmino, który chwilę później zdobył pieczętującego zwycięstwo Selecao gola.

W międzyczasie Meksykanie wciąż szukali godnej riposty. I za każdym razem, kiedy wydawało nam się, iż ta przyjdzie nieunikniona, ci podejmowali fatalne decyzje. Wyglądało to trochę tak, jakby inspirowali się meczem Korei przeciwko Niemcom. Jedna, druga, siódma akcja. A w nich jedno, drugie siódme zepsute kluczowe zagranie. Niesamowite – czyżby Chicharito, Carlos Vela, Hirving Lozano, Jimenez i inni mieli aż tak gorące głowy? A to niecelnie podawali w skrajnie prostych sytuacjach, a to dośrodkowywali w miejsca, gdzie nikogo nie było, albo uderzali z nieprzygotowanych pozycji. Nic dziwnego, że przez 90 minut oddali praktycznie tylko jeden celny, autorstwa Veli.

Klasyczny Meksyk – chciałoby się powiedzieć. Z jednej strony imponujący wolą walki, techniką, dynamizmem. Potrafiący sprawiać wielkie niespodzianki, a za chwilę potrafiący robić co najwyżej wiatr, z którego nie wynika nic. Mimo wszystko i tak będziemy za nimi tęsknić, bo była to jedna z ekip, które dotychczas dawały nam mnóstwo frajdy w oglądanych spotkaniach.

Na kolejne mecze Canarinhos czekamy zaś z niecierpliwością, ponieważ kolejny oraz potwierdzili tezę, iż rozkręcają się z meczu na mecz. Pytanie, jak wypadną na tle rywala znacznie mocniejszego niż ci, z którymi dotychczas przychodziło im się mierzyć.

Brazylia 2:0 Meksyk (0:0)
1:0 Neymar 51′
2:0 Firmino 88′

Fot. NewsPix.pl