Odwrotnie niż u Kazika – Łysy nie pojedzie do Moskwy?
Weszło

Odwrotnie niż u Kazika – Łysy nie pojedzie do Moskwy?

Szymon Marciniak to profesjonalista, kozak, jeden z najlepszych ludzi w swoim fachu nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Do niedawna uchodził też za ulubieńca centrali i pupila Pierluigiego Colliny, szefa sędziowskiej komisji. Aż tu nagle – wielkie bum. Według włoskiej prasy, Marciniak może się pakować, bo nie poprowadzi już żadnego meczu na mundialu. Prześledźmy zatem jego dotychczasowe wyczyny, bo nie obyło się bez kontrowersji. I, niestety, dużych wpadek.

Dla Marciniaka to nie był pierwszy wielki turniej – podczas mistrzostw Europy we Francji, podobnie jak naszej reprezentacji, udało mu się nawet wyjść z grupy i poprowadzić mecz 1/8 finału, starcie Niemców ze Słowakami. Od tego czasu pozycja Polaka w środowisku zdawała się wzrastać, choć też bez wielkiej przesady – jeżeli chodzi o Ligę Mistrzów, ma na koncie dwa mecze w 1/8 finału i jeden ćwierćfinał w ciągu dwóch ostatnich sezonów.

Nieźle, ale bez szału, najsmakowitsze kąski przypadają innym. Marciniak to jeszcze nie ta najściślejsza czołówka topowych europejskich arbitrów, jak Felix Brych, Bjorn Kuipers, Cuneyt Cakir, Damir Skomia czy Milorad Mazić.

Niemniej, nie przeszkadzało to Polakowi snuć dalekosiężnych wizji i marzeń przed mundialem w Rosji:Mam myśl o finale gdzieś z tyłu głowy. Z jednej strony mój wiek pod kątem finału nie jest jeszcze odpowiedni, a z drugiej wiem, jak podchodzą do tego Pierluigi Collina i Massimo Busacca, którzy kierują organizacją sędziowską w FIFA. Jak ktoś będzie świetnie się prezentował, to ma szansę dojść bardzo daleko. Kolosalne znaczenie może mieć też to, że mamy doświadczenie z VAR – zarówno na boisku, jak i w busie. Poza tym będą sytuacje meczowe 50 na 50. Podejmuje się decyzję, po której pół świata będzie zadowolone, a pół nie. Im głośniej o arbitrze, tym niekoniecznie lepiej. Wspaniale byłoby, gdyby po skończeniu meczu nikt o nas nie mówił – powiedział arbiter w rozmowie z Marcinem Cholewińskim z Eurosportu.

Ironia losu – nie dość, że w Rosji o Marciniaku non-stop było głośno, jak chyba o żadnym innym arbitrze, to jeszcze właśnie wszystko przez system VAR. Doświadczenie wyniesione z boisk ekstraklasy miało być dodatkowym atutem, tymczasem Polakowi z systemem wideoweryfikacji było w ogóle nie po drodze. To się nie spodobało sędziowskim bossom w osobach Colliny i Busacci. O co dokładnie mają pretensje?

I na tym polu Marciniak wpadł jak śliwka w kompot.

Wszystko zaczęło się już od pierwszego meczu, który Polak poprowadził jako arbiter główny, czyli starcia Argentyny z Islandią. To był pierwszy występ polskiego sędziego w mistrzostwach świata od dwóch dekad, kiedy Ryszard Wójcik poprowadził grupowe starcie Holandii z Koreą Południową na Stade Velodrome w Marsylii. Jego asystentami byli wówczas Jacek Pocięgiel i Białorusin Jurij Dupanow, a technologia VAR w futbolu wydawała się jeszcze wizją rodem ze Star Treka.

Wróćmy jednak do Marciniaka, któremu tradycyjnie asystowali Paweł Sokolnicki i Tomasz Listkiewicz.

To był mecz poprowadzony przez Polaka zgodnie z założeniami, jakie FIFA przyjęła przed mundialem. Można je uprościć mniej więcej do zasady: żółta kartka dopiero za podwójne złamanie nogi z przemieszczeniem, czerwona za ludobójstwo. Lekka przesada, jasne, ale ewidentnie widać, że sędziowie mają odgórny przykaz, żeby nie karać zawodników choćby za faule taktyczne, które do tej pory automatycznie kończyły się kartonikiem. Polak w swoim pierwszym meczu nie wyciągnął żółtej kartki ani razu, chociaż taki Javier Mascherano popełnił aż sześć przewinień! W Lidze Mistrzów już za samą liczbę fauli obejrzałby żółtko, nawet abstrahując od ich ciężaru. Te mistrzostwa są inne.

Jednak nie to wzbudziło ogólne kontrowersje, bo pod tym względem nasz rodak tylko wpisał się w ogólny trend. Realizował wytyczne. W starciu Islandczyków z Argentyną były aż trzy sytuacje w polu karnym Halldorssona, gdy zapachniało rzutem karnym. Raz Polak wskazał na jedenasty metr – słusznie. Zmarnowany przez Messiego karny należał się Albicelestes jak psu buda.

Innego zdania był chyba wyłącznie Patrice Evra, który dopatrywał się tam padolino. Naszym zdaniem – nadinterpretacja ze strony Francuza. Wapno jak byk.

Marciniak nie widział również karnego w zagraniu ręką zawodnika Islandii, który wykonywał akurat wślizg i został dośrodkowaniem nastrzelony w dłoń, którą się podpierał. Wtedy też Polak miał rację – futbolówka najpierw odbiła się od nogi piłkarza, później trafiła go w rękę. W takich sytuacjach nie ma mowy o rzucie karnym. W pewnych okoliczność ten przepis jest nieco kontrowersyjny, bo trochę promuje nieudolne drewniactwo u obrońców, ale tak już jest i koniec. Marciniak się nie pomylił.

Jednak pod koniec spotkania Polak samemu sobie wrzucił do ogródka nie tyle kamyczek, co wielki głaz. Nie zauważył faulu na Argentyńczyku, w swoim stylu się napiął, sugerując symulkę Pavona i nie dał sobie szansy na skorzystanie z systemu VAR. Na jego usprawiedliwienie trzeba dodać, że prawdopodobnie ze strony wozu również zabrakło odpowiedniej reakcji.

Wiadomo, że to niezwykła pewność siebie zaprowadziła Polaka tam, gdzie jest. Do czołówki. Zresztą, w meczu Argentyny z Islandią też stanowiła jego atut. Świetnie prowadził mecz, kapitalnie sprzedawał swoje decyzje, trzymał widowisko w ryzach i był wśród piłkarzy prawdziwym szefem. Kiedy zatem oskarżył zawodnika o udawanie, nie mógł się już z tej decyzji wycofać. Nie uznał sytuacji za rażącą, kontrowersyjną, wymagającą dodatkowego zbadania.

Według La Gazzetta dello Sport, został za ten mecz oceniony bardzo wysoko, wręcz najwyżej spośród wszystkich arbitrów w pierwszej serii gier. To może sugerować, że nie dostał odpowiedniej informacji na słuchawce i wina leżała raczej po stronie wozu, niż arbitra.

Zatem – debiut niezły, wyceniony ponoć na mocne 7 w dziesięciostopniowej skali przez przełożonych Marciniaka. Jak to się zatem dzieje, że Polak nie tylko nie pofrunął na fali tego meczu aż do finału, o czym marzył przed turniejem, ale prawdopodobnie w ogóle go nie zobaczymy w fazie pucharowej, podobnie jak choćby innego arbitra słynącego z wielkiej odwagi i pewności własnych decyzji, czyli Felixa Brycha?

– Są sędziowie, którzy do tej pory dominowali na boisku i to do nich należała zawsze ostateczna decyzja. Trudno im przyzwyczaić się do tego, że ktokolwiek próbuje kwestionować ich zdanie – oznajmił podczas specjalnej konferencji prasowej Collina. Nie trudno zgadnąć, że odnosił się, choć nie bezpośrednio, właśnie do Polaka i wspomnianego Brycha, który zawalił mecz Szwajcarii z Serbią.

W przypadku Marciniaka i jego drużyny, chodziło z kolei głównie o potężny babol w starciu Niemiec ze Szwecją. Marcus Berg wychodził sam na sam z Neuerem, ale powracający Jerome Boateng w sposób ewidentny, rażący, klarowny, zwał jak zwał… Po prostu Szweda sfaulował, co widać na pierwszej, lepszej powtórce. Niestety – polski arbiter nie dość, że nie nadążył za akcją i faulu nie zauważył, to później znowu się nadął i, wedle dostępnych informacji, zignorował apel wozu, żeby skorzystać z weryfikacji wideo.

Gdyby Polak nie dostał natychmiastowej podpowiedzi od VAR-owców, sytuacja by była zupełnie inna, bo arbiter nie ma możliwości zatrzymania gry, żeby poczekać na opinię obserwatorów. Tutaj było jednak inaczej, bo, wedle włoskiej prasy, reakcja była natychmiastowa, lecz brawurowo sędziujący Marciniak nie wziął jej pod uwagę. Uznał, że, pomimo złego ustawienia, widzi więcej niż kamera. Przeszarżował.

Z drugiej strony – Tomasz Smokowski przedstawia zupełnie inne spekulacje. Póki co, niczego nie wiemy na pewno.

Collina i Busacca zwracali szczególnie uwagę, że VAR ma być wykorzystywany częściej, a kryteria jego użycia traktowane najszerzej, jak to tylko możliwe. Ostatecznie nawet kiedy sędzia podejmie słuszną decyzję, ale sprawdzi ją sobie jeszcze na monitorze, to można w ten sposób lepiej sprzedać całą sytuację, spuścić nieco powietrza ze wściekłych zawodników, trenerów, publiczności. Wszyscy uczestnicy piłkarskiego widowiska powoli uczą się tego systemu i dzisiaj piłkarze czy trenerzy rysują w powietrzu ekran jakieś dziesięć razy częściej od sędziego.

Marciniak, co tu dużo mówić, zachował się dokładnie odwrotnie do tych wytycznych i wszystko wskazuje na to, że przypłaci to pierwszą, wielką zawodową porażką.

Mecz Szwedów z Niemcami w ogóle Polakowi nie wyszedł, zupełnie wymknął się spod kontroli. Marciniakowi i jego kolegom przytrafiały się już duże błędy (w ostatnich miesiącach chyba trochę zbyt często), przypominamy sobie je z ekstraklasy, nawet z Ligi Mistrzów, ale naprawdę rzadko się zdarza, żeby nasza najlepsza sędziowska trójka doprowadziła na boisku do takiego bajzlu, jaki rozwinął się na stadionie w Soczi. Marciniak nigdy wcześniej nie podyktował tylu miękkich fauli, a – dla odmiany – ewidentnego czerwa dla Boatenga pewnie by nie było, gdyby nie stanowcza podpowiedź w słuchawce. Choć to oczywiście także spekulacje i próba odczytania mowy ciała polskiego sędziego.

W nieoficjalnym rankingu, Polak stoczył się po tym spotkaniu na ostatnie miejsce wśród wszystkich arbitrów na mundialu.

Marciniak pozostanie w grze, czy nie – zapomnijmy o tym na chwilę. Na pewno ten turniej to dla niego, podobnie jak dla gwiazd reprezentacji Polski, gigantyczna lekcja pokory. Bo nie sposób uciec od wrażenia, że Polak nieco przekroczył już cienką granicę między pewnością siebie, a butą. Jest znakomitym arbitrem, ale nie aż na tyle znakomitym, żeby być pierwszym w historii sędzią nieomylnym. Jego wpadka w meczu Szwecja – Niemcy to jeden z trzech największych błędów tego mundialu. O ile sytuacja Pavona nie była klarowna, to akcja Berga – ewident.

Na oficjalne wieści dotyczące losu polskiego sędziego wciąż czekamy. Miejmy nadzieję, że dostanie choć jeden mecz w fazie pucharowej, a jego przygoda nie zakończy się na starciach grupowych (dowodził też VAR-em w meczu Urugwaj – Arabia Saudyjska i był sędzią pomocniczym w wozie podczas spotkania Francji z Peru). Niech chociaż dla jednego Polaka ten mundial będzie udany. Najpewniej jednak polski sędzia będzie mógł obrać zupełnie przeciwny kierunek niż Józef Oleksy w piosence Kazika Staszewskiego. Marzenia o finale mundialu, przynajmniej na cztery lata, prawdopodobnie wylądują między bajkami.

fot. FotoPyk