To nie może być koniec (13)
Blogi i felietony

To nie może być koniec (13)

W ostatnich miesiącach reprezentacja Polski przyniosła nam sporo chwil smutnych, kilka dramatycznych, parę naprawdę śmiesznych. Trudno było nie wybuchnąć śmiechem, gdy Kamil Grosicki padł na ziemię, trudno było zachować powagę, gdy Adam Nawałka tłumaczył tę farsę niskim pressingiem. Dominował jednak smutek, poczucie utraconej szansy, rozczarowanie, frustracja. Gdy Thiago Cionek kierował piłkę do swojej bramki, gdy totalnie rozklepany lewy bok naszej drużyny bezradnie obserwował lot piłki kopniętej przez Jamesa Rodrigueza, gdy bezsilny Robert Lewandowski po raz sto piętnasty poprawiał getry.

Żadne uczucie nie było jednak u mnie tak silne, jak wściekłość, która towarzyszy oglądaniu każdej powtórki ujmującej zachowanie Jakuba Błaszczykowskiego przy linii bocznej w końcówce meczu z Japonią. Obejrzałem to milion razy i nadal czuję się jak strzelony w mordę. Lider naszej drużyny, człowiek, który wiele lat niósł prawie cały skład na swoich barkach, nie wspominając o jego całej działalności pozaboiskowej oraz znanej wszystkim historii rodzinnej. Człowiek, którego powinniśmy nosić na rękach, umieszczać na graffiti, traktować jako wciąż grającą legendę.

Człowiek, który obserwuje, jak na boisku pojawiają się Sławomir Peszko i Łukasz Teodorczyk. Człowiek, który patrzy, jak jego koledzy z drużyny nie chcą choćby zamarkować walki o piłkę. Który czeka za linią boczną, już i tak upokorzony tak późnym zaplanowaniem zmiany, czeka i zapewne nie dowierza, że to wszystko dzieje się naprawdę. Czysty surrealizm, mecz o pietruszkę, w którym ta rzeczona pietruszka okazuje się tak cenna, że żaden z dziesięciu zawodników nie ma odwagi przekroczyć linii środkowej, za którą Japończycy leniwie wymieniają piłkę.

Takie kunktatorstwo da się usprawiedliwić w wielu przypadkach, szczególnie w ostatnich meczach dużych turniejów. Najczęściej dotyczy to sytuacji, gdy wynik premiuje obie drużyny awansem. Problem polegał na tym, że my z awansem pożegnaliśmy się wcześniej, a piłkarze zgodnie mówili – chcemy się godnie pożegnać z imprezą. Nie zaistniała żadna przyczyna w najmniejszym stopniu usprawiedliwiająca brak dążenia do drugiego gola, albo choćby do odzyskania piłki. Natomiast zaistniała bardzo wyraźna przyczyna do tego, by walczyć: chęć wpuszczenia na boisko Kuby Błaszczykowskiego, wieloletniego kapitana, lidera, serca tej drużyny.

Serce się krajało, do teraz zresztą jest mi smutno. Jak można było tak późno zaplanować jego wejście na boisko w meczu, który z naszej perspektywy nie przewyższał stawką grudniowych sparingów „hotel na hotel” granych swego czasu przez kadrę? Jak można było wejście 32-letniej legendy zaplanować po wejściu 33-letniego zawodnika ekstraklasowego klubu walczącego o utrzymanie? No i wreszcie jak można było spartolić tak prostą robotę, jak przerwanie akcji leniwie klepiącego rywala? Jak można było wpaść na absurdalny pomysł, że lepsze od podejścia pressingiem na kilkanaście sekund przed końcem będzie, aż mnie trzęsie, udawanie kontuzji?!

Łukasz Olkowicz wrzucił dzisiaj na Twittera wymowny screen z konta facebookowego starszego brata Kuby.

W tym smutnym szaleństwie jest jeden pozytyw. Nie wyobrażam sobie, że to może być koniec reprezentacyjnej kariery Jakuba Błaszczykowskiego. Pocieszam się, że Kuba jest młodszy od Luki Modricia i Cristiano Ronaldo, ale przede wszystkim pocieszam się, że 32-letni stuprocentowy profesjonalista z pewnością po powrocie do formy dostanie szansę (może nawet dopiero na Euro 2020?), by pożegnać się godnie.

Czyli w stylu zupełnie innym, niż my z mundialem.

Czyli w stylu, na który zasłużył swoim całym zaangażowaniem, całym sercem i całą karierą reprezentacyjną.

JO

Fot. FotoPyK