Kołecki: Mam wielu wrogów w ciężarach, nie chciałbym, żeby udupili mojego syna
Inne sporty

Kołecki: Mam wielu wrogów w ciężarach, nie chciałbym, żeby udupili mojego syna

Szymon Kołecki, kiedy jeszcze dźwigał ciężary, był uważany za jednego z największych wojowników w polskim sporcie. Srebrny medal olimpijski z Sydney długo traktował jako porażkę. Poważna kontuzja niemal zakończyła jego karierę, ale zdołał wrócić na pomost i wyszarpać srebro w Pekinie, które po latach zmieniło się w złoto, kiedy Ilia Ilin został przyłapany na dopingu. Już jako mistrz olimpijski rozpoczął karierę w MMA i – co pewnie nikogo nie dziwi – pracuje za dwóch. Nam opowiada między innymi o tym, jak reagują jego dzieci, widząc go w klatce, po co w ogóle zaczął walczyć i czy wyobraża sobie swój nowy sport na igrzyskach olimpijskich.

Wyspany?

Nigdy w życiu. Musiałem wstać o siódmej, przyjechać z Ciechanowa do Warszawy. Regularnie jeżdżę w poniedziałek, zostaję do czwartku. Teraz mam wszystko zaburzone, bo leciałem do Rosji na mecz (z Kolumbią – przyp. red.), więc musiałem wstać wcześniej, zrobię dwa treningi, wracam do domu, a potem prosto na lotnisko.

Taki z ciebie kibic?

Nie jakiś wielki. Kolega mnie zaprosił, więc poleciałem.

A co tam w sportach tobie bliższych?

To znaczy których? Ja bardziej lubię ciężary, ale obecnie ciekawsze dla mnie jest MMA. Śledzę cały czas to, co się dzieje w podnoszeniu ciężarów. Nie widzę niestety jakiś wybitnych postaci, które mogłyby uratować ten sport. Związek robi, co może, ale zadanie ma bardzo trudne.

Wszystko złe, co się mogło wydarzyć, już się wydarzyło…

Dokładnie. Teraz trzeba wszystko zaczynać od nowa. Ciężko jednak w tej sytuacji znaleźć kogoś, kto chciałby pomóc. Trudno pozyskać sponsorów, trafić do mediów i tak dalej.

Czyli jest dokładnie odwrotnie niż w MMA.

Z mojej perspektywy, tak to wygląda. Ale teraz jestem zawodnikiem, a w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów byłem działaczem. To pod wieloma względami trudniejsze zadanie. W MMA też nie jest tak różowo, organizatorzy gal muszą się nachodzić, żeby wszystko zorganizować, znaleźć sponsorów, telewizję, kibiców, pozyskać środki i dobrze na tym wyjść. Ale i tak jest łatwiej niż w ciężarach, w dużej mierze dlatego, że MMA bardzo szybko się rozwija i moim zdaniem będzie się rozwijało dalej.

Jak długo? Jaka jest granica tego rozwoju?

Bardzo trudno ocenić. Ale potencjał jest gigantyczny.

Ty jesteś olimpijczykiem, mistrzem olimpijskim. Widziałbyś MMA na igrzyskach?

Gdyby ktoś opracował odpowiedni system, to jak najbardziej. Potrzebny byłby pomysł na turniejowe rozgrywanie tej dyscypliny. Normalnie w MMA toczy się jedną walkę, raz na parę miesięcy. Na igrzyskach trzeba by było stoczyć znacznie więcej pojedynków, w odstępie kilku dni. Ale da się to zrobić, przecież tak samo jest na przykład z boksem. Na pewno MKOl widzi, że dziś mieszane sztuki walki to jedna z najszybciej rozwijających się dyscyplin, w dodatku przyciągająca mnóstwo kibiców i duże pieniądze. Dałoby się to zorganizować.

Ale to już nie za twoich czasów?

Zdecydowanie nie!

Sponsorów trudniej znaleźć w ciężarach, a który z twoich sportów jest trudniejszy dla zawodnika?

Dla mnie MMA, ale to dlatego, że ja się wychowałem na ciężarach. Dla zawodnika, który zaczynał od sportów walki, znacznie trudniejsze będzie oczywiście podnoszenie ciężarów. Ktoś, kto w wieku 30 lat zacząłby dźwigać, nie miałby żadnych szans na dobre wyniki. W MMA jest o tyle łatwiej, że jest wiele płaszczyzn walki i można szukać ratunku w innej niż ta, w której akurat przegrywasz. W ciężarach albo podniesiesz, albo nie. Nie masz się jak ratować. To bardziej wymierny sport. Cecha wspólna jest taka, że w obu dyscyplinach trzeba naprawdę ciężko trenować, żeby cokolwiek osiągnąć.

Co w treningach MMA jest dla ciebie najtrudniejsze?

Czy ja wiem? Najtrudniejsze jest to, kiedy trzeba zrobić kilkanaście treningów w tygodniu, czasem po trzy dziennie, niekiedy nawet trzy z rzędu, z półgodzinnymi przerwami. Okres przygotowań do walki trwa pięć – sześć tygodni. Ostatnie tygodnie są naprawdę ciężkie, taka kumulacja.

Po co ci w ogóle było to MMA? Chodziło o ambicję, nowy sposób na życie, czy po prostu były dobre pieniądze do zarobienia?

Wszystko się połączyło. Sposób na życie jest ważny, są emocje związane ze sportem i adrenalina, którą uwielbiam. No i nie ukrywam, że zarabiam w ten sposób dobre pieniądze. Przypuszczam, że jedna z tych rzeczy nie skusiłaby mnie do tego, żeby próbować sił w nowym sporcie. Dopiero wszystkie razem, połączone, sprawiły, że MMA jest dla mnie tak atrakcyjne.

Ty nie potrafisz wysiedzieć w domu, co?

Potrafię, ale… Gdybym znalazł coś, co mógłbym robić w domu, co by mnie angażowało i dawało dużą satysfakcję poza radością z bycia z rodziną, pewnie bym w to poszedł. Ale na razie wiodę życie sportowca.

A pieniądze? Zarabiasz pieniądze nieporównywalne do twojego doświadczenia w MMA.

Do doświadczenia faktycznie, pewnie masz rację. Ale porównywalne do doświadczenia w sporcie, do mojego budowanego przez lata wizerunku.

To prawda, że za każde kilka walk możesz kupić jednemu z czwórki dzieci mieszkanie? Czy to oznacza, że zarabiasz lepiej niż w najlepszych czasach w podnoszeniu ciężarów?

Podobnie. W 2007, 2008 roku, kiedy miałem kontrakty sponsorskie, zarabiałem bardzo dobre pieniądze, choć może trochę mniejsze niż w MMA, zwłaszcza w tym roku. Nie ukrywam, że zarobki były ważnym argumentem. To fakt, kilka pojedynków daje mi takie pieniądze, że mogę dziecku kupić mieszkanie dużym mieście. Bardzo mnie to cieszy.

To pewnie wynika z faktu, że – jak powiedział Janusz Pindera – jesteś lokomotywą polskiego MMA.

On powiedział, że mogę być lokomotywą gal Tomasz Babilońskiego. Ale ja się na tym nie skupiam. Dla mnie to nie jest ważne. Pod wieloma względami wolałbym toczyć pierwszy pojedynek na gali, a nie występować w walce wieczoru. Przynajmniej nie musiałbym tyle czasu spędzać w szatni, a mógłbym obejrzeć inne starcia.

Co tu oglądać? Nikt nie robi tego bardziej efektownie od ciebie. Sześć walk, sześć nokautów, sześć razy w pierwszej rundzie. Takiego początku kariery nie miał nawet Mike Tyson!

Nie no, Mike Tyson wygrał przecież znacznie więcej walk z rzędu. A, że nie w pierwszych rundach? To nie ma takiego znaczenia, nie myślę o tym w ten sposób. Czytałem ostatnio biografię Tysona i to był wielki gość. Ja wychodzę do klatki z jasno określoną taktyką, którą staram się realizować. Z reguły chodzi o to, żeby jak najszybciej skończyć.

Ale masz plan B?

To nie jest tak, że masz plan i wiesz, co masz robić. W walce w MMA nigdy nie wiesz, co się wydarzy, jakie obrażenia odniesiesz, jest mnóstwo sytuacji nieprzewidywalnych, na które trzeba reagować na bieżąco. Ale oczywiście, robię wszystko, żeby być przygotowanym na każdą ewentualność. Wolę jednak, kiedy jest ustalona moja ulubiona taktyka i mogę ją realizować, czyli: gong i ruszaj w niego!

A jesteś gotowy na pełny dystans?

Nie mogę tego powiedzieć, dopóki nie sprawdzę. W treningu tak, wygląda to dobrze, mam bardzo fajną wydolność. Nie da się jednak w czasie sparingów i treningów sprawdzić tego, co wydarzy się w realnej walce. Ale jedno wiem: każda minuta mojego zmęczenia równa się więcej niż minucie zmęczenia mojego rywala. To znaczy, gdybym ja nie był w stanie walczyć dalej, to przypuszczam, że mój rywal także nie.

Powiedziałeś o obrażeniach, których można doznać w klatce. Myślisz o tym? Bo w przeciwieństwie do podnoszenia ciężarów, teraz walczysz z żywym rywalem, który wchodzi do klatki i chce ci urwać głowę.

Fakt, kolana, łokcie, naciągnięcia – to urazy z podnoszenia ciężarów. Zresztą, kiedy wychodzisz na mistrzostwach świata, czy igrzyskach olimpijskich, to w ogóle o tym nie myślisz. W MMA rzeczywiście można oberwać. Wiem o tym i jestem przygotowany. Na gali zawsze jest cutman, który ma pomóc w przerwie w razie obrażeń. Ale on jest jeden, a zawodników dwóch. Dlatego ja zawsze zatrudniam cutmana, tylko do mojej dyspozycji.

Przezorny zawsze ubezpieczony. Ale tak po ludzku – boisz się, że coś ci się może stać?

Nie, tego się nie obawiam.

A żona, dzieci?

Żona na pewno na początku się bardziej bała. Ale przyzwyczaiła się do tej sytuacji, ogląda moje walki i widzi, że wprawdzie są brutalne, ale potem ludzie wstają i nic się nie dzieje. To są głównie rozcięcia, to się łatwo goi. Moja żona mnie zna. Wie, że zawsze będę świetnie przygotowany i nikomu nie będzie łatwo mnie pokonać. Dzieci? Była taka sytuacja, że w trzeciej walce po ciosie wylądowałem na deskach. Moja najstarsza przed telewizorem się popłakała i wpadła w histerię. To nie jest łatwe.

Kiedy zaczynałeś przygodę z MMA, mówiłeś, że chodzi o sprawdzenie się, stoczenie kilku walk. Jakie cele teraz sobie stawiasz?

Na pewno muszę się dalej doskonalić i nabierać doświadczenia. Z każdą walką czuję się coraz lepiej. Mam jeszcze zakontraktowane dwie walki w tym roku, pierwszą w sierpniu, drugą, mam nadzieję, w październiku. Potem będę mógł z trenerem przeanalizować plusy, minusy, braki i zastanowimy się nad ciągiem dalszym.

Cele?

Moim marzeniem było na koniec kariery znaleźć się w czołowej piętnastce rankingu w Polsce. To już się udało. Teraz myślę o tym, żeby znaleźć się w dziesiątce. Ale żeby to osiągnąć, trzeba zmierzyć się z kimś z czołówki rankingu. Być może w przyszłym roku do takiej walki dojdzie.

W przeciwieństwie do wielu zawodników, którzy do MMA wchodzą z innych sportów, ty zawsze oceniasz swoje możliwości na chłodno. Dlaczego, skoro akurat ty masz wyniki?

Myślę, że z powodu moich doświadczeń sportowych. Ja przez 20 lat podnosiłem ciężary, wiem, co to jest sport, ile trzeba się napracować, ile mieć umiejętności. Jak ktoś wchodzi do MMA z innej branży i gada, że wszystkich pobije, można się tylko uśmiechnąć. To tylko słowa. Świrów oczywiście nie brakuje, debili nie sieją…

A nie jest dla ciebie krępujące to, że z marszu zostałeś gwiazdą?

Czasem tak, w stosunku do bardzo dobrych zawodników, z którymi trenuję. Widzę, jak oni ciężko trenują, jak zmagają się z różnymi sprawami. Ale oni też rozumieją, że ja nie wziąłem się znikąd, że przez 20 lat uprawiałem dyscyplinę, w której lepiej czy gorzej się zasłużyłem. Dzięki temu mam teraz łatwiej.

Nie żałujesz, że tak późno poszedłeś do MMA?

Nie. Bo choć moja kadencja prezesa Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów zakończyła się fatalnie, to dobrze wspominam ten czas. Gdybym musiał wykreślić ten etap z życia, byłoby mi przykro.

To jeszcze a propos ciężarów: jak smakuje złoty medal, zdobyty po tylu latach?

Dobrze. W drodze z Ciechanowa do Warszawy zawsze mijam siedzibę Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Patrzę i się uśmiecham.

Jaka była twoja pierwsza myśl, kiedy dostałeś informację, że jednak masz złoto z Pekinu?

Tych informacji było wiele. Wiedziałem, że toczy się procedura, badania próbki A, potem B. Jakoś koło świąt Bożego Narodzenia 2016 roku przeglądałem strony Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów i zobaczyłem zmianę protokołu z igrzysk w Pekinie. I swoje nazwisko na pierwszym miejscu.

I co pomyślałeś?

Kurde, nareszcie!

Widziałeś się od tego czasu z Ilią Ilinem, któremu IWF odebrała złoto z Pekinu za doping?

Nie, ale wiem, że będzie niedługo w Polsce. To mój dobry kolega, nie mam do niego żalu. W Kazachstanie tak po prostu było. Już dzieci trafiały w ręce systemu. Oni dopingu tam nie uważają za coś złego. Potem nawet się dziwią, czemu ktoś im krzywdę robi i medale odbiera…

Może to byłby rywal dla ciebie w MMA?

Raczej nie. Ale znalazłbym kilka osób ze środowiska podnoszenia ciężarów, które chętnie bym zaprosił do klatki.

Działaczy, trenerów?

Ech…

Dzieciaki mistrza olimpijskiego pewnie ciągnie do sportu?

Zdecydowanie. Najstarsza córka trenuje akrobatykę i taniec, młodsze taniec, a syn podnosi ciężary.

Jak mu idzie?

Jest w czołówce Polski. Ale ja raczej gonię go do nauki, a nie do sportu. Ja się skupiam na tym, żeby zabezpieczyć przyszłość moich dzieci, gdyby im się nie powiodło. Ale to, co chcą robić, to ich sprawa.

Ale ma talent, predyspozycje do poważnego podnoszenia, czy z Szymona Kołeckiego ma głównie nazwisko?

Ma talent i ciężko pracuje. Problem w tym, że ja w środowisku podnoszenia ciężarów mam nie tylko znajomych i przyjaciół, ale także wielu wrogów. Martwi mnie to, że syn może stać się ofiarą jakiejś gry. Przez lata chcieli udupić mnie, teraz mogą udupić jego. Po prostu mam nadzieję, że mu się krzywda nie stanie.

Niedługo czterdziestka, dostaniesz emeryturę olimpijską.

Już mam, dostałem jeszcze na starych zasadach, kiedy była od 35. roku życia. 2600 złotych miesięcznie. To 30 tysięcy rocznie, nieopodatkowane. Gdybym nie miał MMA, te pieniądze byłyby dla mnie bardzo ważne. Teraz zarabiam, ale nie wiem, jak będzie za pięć, czy dziesięć lat.

W twoim przypadku i tak nikt nie powie, że się nie należało.

Startowałem dwa razy, zdobyłem dwa medale. Ale nie wiem, czy o kimkolwiek można powiedzieć, że się nie należało. Nie znam Polaków, którzy przypadkowo zdobyli medal olimpijski. Trenowałem wiele lat w ośrodkach przygotowań olimpijskich. Nie widziałem dyscypliny, w której byłoby to łatwe. Nawet, jak jest mniejsze obciążenie fizyczne, to dochodzi większe psychiczne i tak dalej. Obserwacja z przygotowań była jedna: jak ktoś nie dał z siebie stu procent, nie miał czego szukać na igrzyskach. Dla mnie każdy medal dla Polski jest równie cenny.

ROZMAWIAŁ JAN CIOSEK

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
RyszardLubicz

„Nie widzę niestety jakiś wybitnych postaci” Co za analfabeta to redagował?

LOBO

Zapewne wybitny, weszlacki ekspert bokserski.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz