Nie było ustawki. Ale hitu też nie
Weszło

Nie było ustawki. Ale hitu też nie

Kupując bilet na ostatni mecz fazy grupowej mistrzostw świata czy Europy zawsze godzisz się z ryzykiem, że trafisz na przegląd kadr. Na reżyserowany spektakl bez nagłych zwrotów akcji, na grę bezkontaktową, na kunktatorstwo i szafowanie siłami. Lecąc 1300 kilometrów z Brukseli czy 1600 z Londynu, kibice Anglii i Belgii musieli mieć to z tyłu głowy. I choć nie dostaliśmy haniebnej walki o to, by przegrać lub połapać przy 0:0 jak najwięcej kartek, to papierowy hit rzeczywistość zweryfikowała zdecydowanie bardziej jako kit.

Szkoda. Niesamowicie szkoda, że losowanie zdecydowało o skojarzeniu Anglików z Belgami w ostatniej kolejce w grupie, której te dwa zespoły były niekwestionowanymi faworytami i w której dysproporcja między Dawidami a Goliatami okazała się zdecydowanie największa. To było starcie z potencjałem na widowisko pokroju Hiszpania – Portugalia, a koniec końców nie sprawiło wiele więcej przyjemności z oglądania niż poniedziałkowa ekstraklasa.

Już składy nie zwiastowały zresztą powtórki z szalonego 3:3 na otwarcie zmagań w grupie B.

Przez pierwszych 45 minut można wręcz było odnieść wrażenie, że oglądamy nieco lepiej wykreowaną farsę niż to, co działo się w ostatnim kwadransie meczu Polska – Japonia. Niby Belgowie oddali osiem uderzeń, ale każde z nich było z nieprzygotowanej pozycji, z trudnej piłki, jakieś takie przyspieszone względem momentu, w którym strzał faktycznie byłby wysoce wskazany. A przy tym długimi momentami męczyli graniem wszerz od lewego do prawego obrońcy. I z powrotem.

Anglia B zdawała się być bardziej przekonująca, ale i bardziej bezradna w graniu piłki podobnej do tej, jaką grać próbowała na tym turnieju Anglia A. Brak celnych strzałów jest tego najlepszym dowodem.

„Oczyścić” spotkanie postanowił dopiero Adnan Januzaj. Zakręcił Dannym Rosem i zapakował Pickfordowi bramkę-murowaną kandydatkę do TOP3 bramek kolejki. „Wybuch radości” Roberto Martineza mógł sugerować, że niekoniecznie dostał od swojego zawodnika to, co chciał.

Faktem jest jednak, że od tamtej bramki mecz nieco się rozkręcił. Oczywiście nie będziemy uderzać w wysokie tony, bo nadal daleki był od spodziewanej jakości meczu Anglia – Belgia, ale stał się nieco bardziej… znośny? A to zakotłowało się w polu karnym Pickforda, a to bliski drugiego gola był Fellaini, a to znów pojedynek sam na sam z Courtois przegrał Rashford, po znakomitym dograniu od Vardy’ego.

Priorytetem wciąż było jednak dograć go bez przesadnego męczenia organizmów, bez kontuzji i bez kartek. To znaczy – na początku Belgowie praktycznie zagwarantowali sobie ewentualną porażkę w klasyfikacji fair play, co w razie remisu dawało im drugie miejsce i pozycję po „łatwiejszej” stronie drabinki (żółtka Tielemansa i Dendonckera), ale później i oni, i Anglicy unikali jak mogli bezpośrednich starć.

Koniec końców osiągnęli swój cel, o którym mówił przed meczem Roberto Martinez, a który między wierszami wspominał też Gareth Southgate. Urazów – brak. Kartek dla najważniejszych graczy – brak. I – co ważne – nie wypięli się na jeżdżących za nimi kibiców, dając im widowisko może nie najwyższych lotów, ale jakkolwiek strawne.

Przede wszystkim – pozbawione żałosnych scen ostatniego kwadransa Polska – Japonia.

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
fan kibolkiewicza

Szkoda, że Belgia nadzieje się na Brazylię i jedna z tych dwóch świetnych ekip, pojedzie do domu już po ćwierćfinale. Ciekawe też czy Anglicy nie przeliczą się w swoim kunktatorstwie i nie dostaną od Kolumbii.

PYZ24

To była ustawka, tylko bardzo ładnie zagrana.

fan kibolkiewicza

odnoszę wrażenie, że Anglicy nie chcieli trafić w bramkę.

MaciekGKS

Wrażenie graniczące z pewnością. 😉

wpDiscuz